Szafirowy całun Pani Nocy zdążył już zakryć pustynne krajobrazy królestwa Varrantu. Miliony ziaren piasku, w dzień o barwie czystego złota, teraz pobladły, zaś ich intensywny kolor zmienił się w mdły pomarańcz. Srebrne punkciki gwiazdozbiorów, górujących dumnie nad zaostrzonymi szczytami okolicznych gór, migotały wesoło i posyłały swe światło roślinom i zwierzętom takim jak jaszczurki czy skorpiony. Szczególnie jednak wzbudzały ciekawość pary fiołkowych oczu, wpatrujących się w nie bez przerwy.


Wśród skalistych, zdeformowanych przez naturalne czynniki skalnych półek, otoczony dziką florą Varrantu, na strzelistym wzgórzu łańcucha górskiego, odgradzającego od siebie wioski na Półwyspie – leżało samotnie białe stworzenie. Ów pradawny wilk, przypominający leśnego zwierza, ułożony był na chudym brzuchu, zaś jego przednie i tylne łapy odpoczywały, leżąc bezwładnie. Tylko łeb dziwacznego wilka pracował, skierowany twarzą do nieba. Jedyne co robił to obserwował konstelacje zawieszone między sobą na tle nocy.
„Gwiazdy mówią o zmianach. Niebezpieczne czasy nadchodzą” – myślał wilk. Jego wzrok, którym pochłaniał niebo, pełen był przygnębienia, ale też stanowczości. Światło Księżyca, wyglądającego dzisiaj jak nienapoczęty rogal, odbijało się w jego fioletowych, ogromnych oczach. Wiedział, że musi działać. Musi coś zrobić. Cokolwiek.
Do tej pory do jego uszu dobiegał jedynie świst chłodnego wiatru, muskającego mu plecy i długi ogon. Zaraz jednak dało się słyszeć szelest rozsypywanego piasku, głośny skrzek charakterystyczny dla zarzynanej świni oraz – choć tylko wyczulony słuch mógł to pochwycić – dźwięk miecza wyjmowanego z pochwy. Odgłosy te były odległe, ale biały wilk zorientował się, że dochodzą za nim, a właściwie na przełęczy, między masywnymi wzniesieniami. Prędko podniósł się na cztery łapy, po czym obrócił za siebie.

Teraz wiatr chuchał mu prosto w pysk, a szare i czarne ziarenka żwiru leciały mu do oczu. Mimo to w paru susach dobiegł do przeciwległej krawędzi szczytu. U podnóża skalnych ścian odnalazł apogeum huraganu. Ogromne tumany piasku wzlatywały i opadały, zakrywając cały teren między wzgórzami i tworząc ruchomą zasłonę. Wilk zmrużył oczy – jego wytężony wzrok pożerał ten majestatyczny widok, starając się przedrzeć przez barierę piaszczystej burzy. W końcu dostrzegł ledwie widoczną sylwetkę czyjejś postaci – w zbroi białej jak marmur i z długim mieczem, którego blask poraził oczy zwierza. Do jego uszu dotarły kolejne dźwięki – grzechot jak u rozwścieczonego grzechotnika zmieszany z wrzaskami śmiertelnie przerażonego wilka. W pewnym momencie gęsta mgła opadła, by odsłonić swój sekret.


Oddział uzbrojonych po zęby wilków różnej rasy walczył z przerażającym monstrum. Przypominało ono wielkiego robala, uzbrojonego w ciężki, chitynowy pancerz z setkami zaostrzonych kolców po bokach. Z tego, co zobaczył zwierz, poruszało się ono pod ziemią, by w nieoczekiwanym momencie wyskoczyć i z rykiem pochwycić w swoją zaślinioną paszczę któregoś z oponentów. Trzy wilki już padły i spoczywały w pokrytym swoimi sokami piasku. Dokładniej to dwa i pół, gdyż jak zauważył pradawny, jednemu z trupów brakowało dolnych partii ciała.
Pradawny wilk nie zamierzał spoglądać bezczynnie na to wszystko ani sekundy dłużej. „Nie będę stać bezczynnie!” pomyślał. Chwilę potem już zjeżdżał ze stromego zbocza, niczym głaz toczący się z góry na dół. Jego śnieżnobiałe futro lśniło intensywnym blaskiem pośród ciepłokolorowego krajobrazu. U podnóża góry wyhamował gwałtownie, czemu towarzyszyło zgrzytanie skaczącego do góry piasku, by zobaczyć jak na placu boju zostaje, prócz potwora, tylko jedna osoba. Pozostali leżeli na krwawej posadzce pustyni, ranni lub martwi. Odziany w lśniący, masywny pancerz, brązowy wilk, wyglądający na Lotryjczyka, w pełnej gotowości czekał na kolejną reakcję robala. Rękojeść jego długiego miecza uniesiona była na wysokość głowy, zaś w drugiej ręce śmiało dzierżył metalową tarczę.


Potwór zaatakował szybciej, niż agent Syndykatu by się spodziewał. Jego rozwarty pysk z każdą sekundą był coraz bliżej przeciwnika. Lotryjczyk ciął instynktownie naprzód – trafił jednak w twardy kieł. Miecz wypadł mu z dłoni, zaś on sam padł pod naporem cielska potwora. Ten powoli zbliżył się do swego oponenta z rozdziawioną mordą, wydając z siebie triumfalny ryk. Słaby i wyczerpany wilk popatrzył chwilę zamglonym wzrokiem na ten makabryczny widok, po czym zamknął oczy. Wiedział, że zaraz nastąpi koniec jego służby dla Syndykatu. Wtem jednak rozbłysło białe, mocne światło.


Lotryjczyk zaczął rozglądać się na wszystkie strony, lecz oślepiający blask zbyt mu to utrudniał. Odruchowo zasłonił ręką twarz, lecz nawet przez szpary w palcach docierały do niego promienie światła. Poczuł niesamowity żar, który ogarnął całą okolicę. Chwilę potem do jego uszu dobiegł dźwięk łamanego pancerza. Pradawny zwierz, zrzuciwszy swoją wilczą powłokę stał się teraz nieskazitelną energią uformowaną w błyskawicę. Z całym impetem uderzył w robaka i przebił się przez niego, jakby przechodził przez gęstą maź. Kilka sekund później wylądował na swoich futrzastych, śnieżnobiałych czterech łapach po drugiej stronie pola bitwy. Szybko obrócił się za siebie i ponowił ten nadzwyczajny kontratak. Opancerzone ciało potwora zaczęło wypełniać się wielkimi dziurami, z których wypływała szarozielona posoka. Kiedy pradawny po raz piąty przebił się przez przeciwnika, ten wydał z gardzieli bolesny dla ucha skrzek. Z wielkim łomotem padł wzdłuż, głową w odległości półmetra od białego wilka, tak jakby oddawał honor zwycięzcy.

Tymczasem Lotryjczyk zdołał już podnieść się na nogi. Zdyszany i spocony, patrzył z niedowierzaniem na bezwładne cielsko skalnowija. Odór jego krwi, która mieszała się już ze szkarłatnymi sokami jego wilków, dotarł do nozdrzy wojownika, na co ten zareagował natychmiastowym zatkaniem nosa. Starał się zlokalizować osobę, rzecz czy zjawisko, która dokonała tego, co nie udało się doświadczonym pogromcom potworów. W pobliżu jednak nikogo więcej nie dostrzegł. Ale czterołapy wilk był już daleko od łańcuchów górskich.
- Komendancie Carreg! Argh… Nic panu nie jest!? – usłyszał za swoimi plecami. Odwrócił się i spostrzegł, że jeden z jego wilków, varrantcki mag, podniósł się już na nogi. Dyszał ciężko, trzymając się kurczowo kolan, zaś jego ramię pokrywała głęboka, sięgająca torsu rana. Mimo to, zdołał zadać komendantowi trapiące go pytanie:
- Wygraliśmy?
- Tak… Choć mam wrażenie, że tylko dzięki łasce bogów.
Mówiąc to, nie zauważył, iż świecący na niebie gwiazdozbiór migotał teraz niczym biała pochodnia.

***

Na głównym dziedzińcu o tej porze zazwyczaj nie można było znaleźć wielu wilków, nie licząc żołnierzy Twierdzy. Tak było i tego dnia. Poranek po raz kolejny przyniósł ze sobą przepiękny wschód słońca, który znad murów syndykackiej siedziby wyglądał niczym bogowie patrzący życzliwym okiem na organizację. Pod ścianami lewego skrzydła koszar, oparci plecami o kamienne ławki siedzieli Leto i Arukar, z przyjemnością sącząc amebyjską kawę. Przyjemny zapach werbeny rosnącej dookoła uderzał w ich nozdrza, dopełniając miłej atmosfery. Nieco dalej, na prawo od bramy głównej spoglądała na nich łapczywie Jasmina, udając zajętą rozmową z Roranem, który dopiero niedawno wrócił z Kolegium. Właśnie opowiadał swojej lisiej przyjaciółce o przerażającej w skutkach kłótni magów, od której „niebo zmieniło barwę na krwistą”, lecz ta w ogóle go nie słuchała. Z zazdrością obserwowała jak varrantcki kapitan śmieje się z żartu Leto.

- Ta budowla… – zaczął Aru, po dużym łyku gorącego napoju – Ona jest wspaniała. Jak Syndykatowi udało się coś takiego zbudować, podczas gdy konflikt z Zakonem Inkwizycyjnym wciąż się zaostrzał?
- My jej tak naprawdę nie zbudowaliśmy – odpowiedział Leto i również przyłożył swój kubek do ust. Mocny, gorzki smak rozszedł się po jego gardzieli – Nosfery pomogły nam ją wyremontować. Nie wiemy jednak kto ją tu postawił. Morrawarczycy tak samo. Tak czy inaczej, posłużyła za wspaniałą bazę obronną. Białe wilki trzy razy przeprowadzały oblężenie. Trzy razy bez najmniejszego powodzenia.
- Walczyłeś na Wielkiej Wojnie?
- Nie. Berungar zwerbował mnie trzy lata temu, gdy jeszcze mieszkałem w ojczyźnie.
- A czym się wcześniej zajmowałeś? Musiałeś się gdzieś nauczyć walczyć.
Na wargach Varrantczyka pojawił się kwaśny uśmiech. Podążając za jego wzrokiem, Arukar spostrzegł, że wpatruje się intensywnie w tańczące na wietrze płatki czerwonego maku.
- Pracowałem jako skrytobójca na zlecenie, by powiązać koniec z końcem. Zabijałem dworzan, kupców i niewygodnych świadków dla kartelu przestępczego w mieście Al-Jabbar. Berungar przyłapał mnie kiedyś na mojej… „robocie”. Zamiast jednak oddać mnie pod sąd królowej, zaproponował mi służbę dla Syndykatu. Po dziś dzień nie żałuję.

- O rany… ty zabójcą?? Taki miły facet? – spytał zuchwalsko Aru, w reakcji zaś na policzkach Leto wystąpiły rumieńce.
- Też potrafię być miła – powiedziała Jasmina, ni stąd, ni zowąd pojawiając obok chłopaków i zostawiając zdezorientowanego Rorana. Bez żadnej subtelności wcisnęła się między Varrantczyków, i założywszy nogę na nogę, uśmiechnęła się kokieteryjnie do Aru.

Leto zaś przybrał minę kogoś, komu właśnie przeleciał kamień nad głową, po czym zwrócił się na tyle uprzejmie, na ile mógł do lisicy:

- Właśnie rozmawiamy…
- Zauważyłam – odpowiedziała szybko i twardo Jasmina, niechętnie przerzucając wzrok na twarz swojego dawnego chłopaka. Chwilę wpatrywali się w siebie, niczym dwie żmije gotowe zaatakować, po czym Jasma dodała chłodno – Bonfiriczi prosił bym ci powiedziała, żebyś ruszył swoje cztery litery i pomaszerował do niego po swoje kalesony.
Leto w odpowiedzi na to skierował spojrzenie na swojego kolegę i wzruszył przepraszająco ramionami, co miało sygnalizować: „siła wyższa”. Przez dłuższą chwilę odprowadzali go wzrokiem, aż w końcu jego postura zagubiła się w otchłani kamiennego labiryntu Twierdzy. Aru jednym okiem zerknął na rudą lisicę i spostrzegł, że dyplomatorka uśmiecha się złośliwie. Nie skomentował tego jednak.
- No więc… – Jasmina powoli oraz, jak pomyślał stojący w pobliżu Roran, uwodzicielsko zwróciła swoje bursztynowe oczy ku varranckiemu gwardziście – Widzę, że bardzo zaprzyjaźniłeś się z podwładnym Bergiego.
- Cóż… tak, można tak powiedzieć. Leto wie dużo ciekawych rzeczy. Zaimponował mi – odparł Aru.
- Wiesz… – ręka Jasminy delikatnie musnęła długie palce kapitana – Też znam wiele ciekawych historii pochodzących z murów głównego Syndykatu. O Leto także wiem mnóstwo historyjek. Wiesz, że nie zawsze był taki grzeczniutki, miły? Kiedyś to prawdziwy był z niego tygrysek…

Zdezorientowany Aru poczuł na prawym uchu lekki oddech swojej rozmówczyni. Z ust Jasminy zaczęły wylatywać pojedyncze słowa, a następnie zdania, które przyprawiły gwardzistę o dreszcze na plecach. Pochłonięci plotkowaniem nie spostrzegli, że Wielkie Wrota, główna brama Twierdzy Kruków otwiera się, pod wpływem siły dwóch strażników. Ta brama, która kilka lat temu skutecznie powstrzymywała legiony Inkwizytorów, teraz, jak na ironię, zapraszała do środka białe wilki. Na główny dziedziniec bowiem wmaszerował oddział Nordmandczyków ubranych w białe tuniki, z czerwonymi, szerokimi krzyżami na torsie. Na ich srogich, naznaczonych życiowym doświadczeniem minach malowało się zmęczenie wywołane prawdopodobnie długą wędrówką. Przekroczywszy próg fortecy, oddział począł dzielić się na dwa rzędy, rozstawione po obu krawędziach wybrukowanego głazami chodnika. Z samego końca utworzonego przezeń tunelu wyszła otoczona dwoma gwardzistami postać, ubrana w biało – niebieskie szaty.
Na znak dany przez Asparo, białe wilki z oszałamiającą szybkością sięgnęły do swych czarnych pochew, by po chwili ich długie, lśniące ostrza uniosły się ponad głowami właścicieli. Cesarz Nordmandii oraz jego dwaj przyboczni ruszyli naprzód, mając pod głowami sufit mieczy.


Wtem Aru, Jasmina, Roran oraz inni agenci Syndykatu znajdujący się w pobliżu spostrzegli, że za nimi idzie jeszcze kilka par strażników. Co więcej, ciągnęli oni za sobą stalową klatkę na dwóch drewnianych kołach, której kraty obwiząne były znajomą wszystkim rośliną – jemiołą. W klatce leżała dziwnie znajoma postać, której buty bezwładnie wystawały poza pręty. Ciemnobrązowy pancerz, który miał na sobie, a także szafirowy miecz dzierżony przez jednego ze strażników ostatecznie przekonały wszystkich zgromadzonych z kim mają do czynienia. Fargoth Sapphir III został w końcu pojmany.
Zanim ktokolwiek z Syndykatu zdążył podejść nieco bliżej, by spojrzeć w oczy swojemu komendantowi, ogromna, trzymetrowa brama prowadząca do holu głównego otworzyła się z hukiem. Stały w niej dwie postacie, z minami wyrażającymi szok zmieszany z grymasem kogoś, komu odbiera się najcenniejszą rzecz w życiu. Byli to dwaj najbardziej szanowani oficerowie w Twierdzy i zanim dali znak, by się rozstąpić, wilki Syndykatu już utworzyły koło wokół nich i członków Gildii.
Aardon i Berungar w kilku krokach znaleźli się twarzą w twarz z Asparo, który jak gdyby nigdy nic przyglądał się tym samym murom, które kilka lat temu chciał jeszcze zdobyć wraz z Zakonem Inkwizycyjnym. Jego typowe, aroganckie spojrzenie spotkało się w końcu z jasnoniebieskimi oczyma oficera Aardona, który zaciskał pięści, by zwalczyć chęć wyciągnięcia swojego dwuręcznego, srebrnego ostrza i przekrojenia małej główki cesarza na pół. Zauważył bowiem, że Fargothowi brakuje jednej ręki, zaś cały jego tors zakryty został przez i tak zakrwawione już bandaże.

- Ach… – zaczął Asparo, lecz Berungar od razu wyczuł w jego głosie dumę. Wzrok starszego Morrawarczyka pozostawał jednak pusty, pozbawiony jakichkolwiek emocji do odczytania – Oficerze Aardon. Oficerze Berungar. Jak miło, że tak zaszczytne osoby z organizacji wyszły mi na powitanie.
- Nie wyszliśmy na powitanie, Wasza Dostojność – odparł Aard, szyderczo akcentując ostatnie dwa wyrazy – Chcemy wiedzieć co to ma znaczyć.
Wskazał swoim grubym, ozdobionym srebrnym sygnetem palcem na ledwie przytomnego komendanta. Jego powieki uniosły się do góry, tak by jego przyjaciele mogli popatrzeć mu w oczy. Zobaczyli w nich tylko zmęczenie i poczerwieniałe gałki, tępo spoglądające naprzód. Arukar odruchowo zakrył usta dłonią, jego towarzyszka zaś cala kipiała od gniewu. Asparo także odwrócił się, by popatrzeć na swoje trofeum. Starał się przy tym by każdy jego gest interpretowano jako bezczelny i nietaktowny.
- Gildia oraz JA dokonaliśmy tego, czego nie udało się największym łowcom na kontynencie. Złapaliśmy groźnego renegata, zaś JA i reszta Rady zamierzamy dopilnować, by spotkała go zasłużona kara.
- Lerrin nie zgodzi się na to – warknął Aardon, groźnie unosząc brwi – Nie zaakceptuje tego, co zrobiłeś z Fargothem.

- Sądzę, że Lerrin II, suweren Morrawaru, może się sam wypowiedzieć w tej kwestii – odparł cesarz z półuśmieszkiem na ustach.
Wszyscy zgromadzeni poszli za jego wzrokiem, który świdrował teraz nadal otwarte wejście holu. Postać, która w nim stała, miała nierówno ostrzyżoną brodę, zarost na lewym policzku był znacznie intensywniejszy niż ten na prawym. Długie, opadające na ramiona kudły upodabniały go z daleka do niewiasty, jednak każdy kto znał go choć odrobinę wiedział, że ma do czynienia z doświadczonym weteranem.
- Jak miło cię widzieć, przyjacielu – powiedział wesoło Asparo, o dziwo bez krzty sarkazmu.
- Wzajemnie. Widzę, że sprowadziłeś nam do Twierdzy gościa.
- Tak, można i tak to ująć. Jeszcze miesiąc temu nazywał to miejsce domem, czyż nie?
Far nic nie powiedział, nie poruszył nawet głową. Wyglądał jakby miał za chwilę przestać oddychać. Berungar, zauważywszy, że jego przyjaciel kiepsko się czuje, skinął głową na Rorana oraz pobliskiego żołnierza Twierdzy.

- Zanieście go do Skrzydła Szpitalnego, do Lady Carnival. Roranie, użyj swojej magii i na tyle, na ile możesz złagodź ból brzucha i żeber. Jasmino – gdy tylko Morrawarczyk skierował się do lisicy, ta szybko ożywiła się i skierowała twarzą w jego kierunku – Znasz się na medycynie. Pomożesz pani Carnival.
- Zaraz potem zaś odprowadzicie komendanta do przyszykowanej już dla niego celi – wtrącił władca Nordmandii, na co Lerrin II skwapliwie pokiwał głową. Jego długie kudły opadły mu przy tym na bursztynowe oczy.
Jasma popatrzyła chwilę na obu z takim uczuciem, jakby właśnie zjadła coś niesmacznego i chciała to zwrócić. Berungar pokręcił jednak szybko głową, dając jej w ten sposób do zrozumienia, żeby lepiej już poszła. Nie musiał tego powtarzać drugi raz, gdyż lisica szybko ruszyła za Liońskim magiem, niosącego wraz z nieznanym żołnierzem ledwo przytomnego Fara. A przynajmniej nie musiał tego powtarzać jej. Aard przybrał bowiem podobną minę i zanim oficer zdążył go powstrzymać, muskularny wilk ryknął gniewnie do suwerena:
- Jak możesz go popierać!? Ty, który razem z nami przelewałeś krew podczas Wielkiej Wojny! Wytłumacz mi, jak możesz to robić!?
Białe wilki poczęły nerwowo zerkać na siebie, niektóre też szeptać. Najwyraźniej nie spodobało im się przypomnienie o rzezi, jaką bagienne wilki zrobiły w południowej Nordmandii.
- Mogę, i muszę – odparł krótko i zwięźle Lerrin, lecz bystre oko Berungara dostrzegło kropelki potu spływające z jego brwi. „Przestraszył się” – Fargoth Sapphir III przebił serce swego brata. Podniósł rękę na innego agenta Syndykatu, co równoważy się ze zdradą. A za zdradę organizacji należy się kara śmierci, bez względu kim nie byłby zdrajca.

„Irving żyje”, pomyślał Bergy. Ale nawet gdyby powiedział to teraz na głos, czy to by coś zmieniło? Ile osób by mu uwierzyło? Wywołałby tylko dodatkowe zamieszanie.
- Rektor Hex też podtrzymuje naszą decyzję – powiedział Asparo – Oficer Irving był jego oddanym magiem, więc trudno mu się dziwić. Nawet sam Wielki KalKil przyznał nam rację.


- Bo podstawiliście go pod mur!! – ryknął ponownie Aardon – Daliście mu jakieś marne dowody, nie sprawdzone, niepewne! Gdyby tu był, na pewno przynajmniej wysłuchałby Fargotha!
- Ale go nie ma, razem z innymi klanami zebrał się na naradę na Czarnych Mokradłach! – odrzekł walecznie Lerrin. Pot nadal zalegał na jego czole, choć trzy razy pod rząd przecierał je dłonią – My jako Rada mamy tu do powiedzenia ostatnie słowo. I macie je uszanować i się dostosować, czy to jasne!?
Aard zacisnął ze zgrzytem zęby. Zaczął nimi szurać, a każdy dźwięk był dla niego dodatkową dawką gniewu. Miał naprawdę ogromną ochotę iść do kuchni, wziąć od Thorima największy młot jaki miał pod ręką i zmiażdżyć nim cielska Radnych oraz tych z Gildii. Wziął naprawdę głęboki wdech i spuścił na moment powieki. Tej techniki zawsze uczyła go Yean. Niestety, nie zawsze dawała skutki jakich oczekiwał.
- Owszem – powiedział za niego Berungar – Wszystko jasne.
Jego spojrzenie mówiło coś odmiennego.

***

Gilbert rozejrzał się za siebie, zaniepokojony. Miał wrażenie jakby usłyszał za sobą czyjś głos, stłumiony przepływającą w rurach wodą. W oddali widział jednak tylko nieprzeniknione ciemności, za którymi kryły się wejścia do miejskich kanałów.
- To tylko szczury – powiedział Azrak, stojąc kilka kroków przed młodym wilkiem i spoglądając, tak jak on, w otchłań niekończącego się tunelu.
- Chodźmy. Reszta czeka już od godziny – dodał duży wilk i pomaszerował w stronę nikłego światła. Gil przyglądał się jeszcze dłuższą chwilę ciemnościom, licząc na to, że zaraz wyjdzie z nich komendant, cały i zdrowy jak ryba. Dopiero po minucie zauważył, iż to złudna nadzieja. Prawda była bolesna – Fargoth przepadł, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
U wylotu ścieku, z którego grubym strumieniem wypływała woda zmieszana z nieznanego pochodzenia chemikaliami, dostrzegli wyraźne zarysy drzew okolicznej puszczy. Na tle tego majestatycznego widoku pojawiły się też twarze reszty drużyny – zaniepokojone, zdenerwowane, zupełnie jakby ktoś wyrwał ich z grobu. Odór dochodzący z tunelu jakby zupełnie nie dochodził do ich nozdrzy. Gdy tylko Gilbert i Azrak postawili stopy na błotnistej, przesiąkniętej brudną cieczą powierzchni, to Gwen pierwsza zadała pytanie, które chodziło po głowach wszystkich:
- Znaleźliście…?
Biały wilk jedynie smutno pokiwał głową. Czuł się naprawdę podle. „Mogłeś coś zrobić!”, myślał. „Mogłeś nie dopuścić, żeby cesarz go dorwał! Ale ty przecież jesteś nikim! Jak mogłeś myśleć, że kiedyś staniesz się taki jak komendant Fargoth?? Jesteś zwykłym niedołęgą”.

Gwendolyn zakryła usta i nos dłońmi, składając je jak do modlitwy. Nirthi westchnął ciężko. Azrak spuścił głowę. Darkasurri zapatrzył się w dzięcioła, wykonującego swoją pracę. Chciał być jak najdalej od myśli, że stracił jedyną szansę by oczyścić imię heretyków.
- Co teraz? – pytanie to padło z ust Ragnara. Drużyna po raz pierwszy widziała na jego facjacie smutek połączony z zaniepokojeniem. Nikt jednak nie był w nastroju na podobne komentarze.
- Do diabła – mruknął głośno Mordin. Całą jego twarz spowijał ogromny grymas bólu. Coś skrzypnęło w jego plecach. Na pytające spojrzenie posłane przez Nirthiego powiedział tylko:
- To nic. Podczas ucieczki z laboratorium uświadomiłem sobie, że nie jestem już taki młody, jak w duchu myślałem. Ale tu nie chodzi o mnie, tylko o Fara! – warknął – Musimy działać, a nie wciąż się ukrywać przed strażą miejską Herndall! Musimy się dowiedzieć gdzie jest Fargoth i uwolnić go!
„Świat stanął do góry nogami”, pomyślał Nir, przegryzając wargę. „Ragnar smutny, Mordin wściekły i wulgarny”.
- Najprawdopodobniej jest tam gdzie Akolici. A my nie mamy pojęcia gdzie ich szukać – podsumował cierpko Azrak – Tak w ogóle, to od kiedy zacząłeś się nim tak przejmować? Od kiedy zacząłeś się przejmować KIMKOLWIEK? Przecież ty masz zawsze wszystkich gdzieś – dodał z wyrzutem.

Alchemik łypnął na niego spode łba. Źrenice zwężyły się u niego jak u kota. Szybko jednak ochłonął się z niekontrolowanego szału i błyskawicznie zwrócił wzrok w bok. Poczucie wstydu, że niepohamował swoich odczuć biło od niego równie mocno jak zapach lehmarskich kadzideł zawieszonych przy pasie.
- Jedyne co możemy zrobić… – zaczął grobowo Gilbert, spoglądając na czubki swoich kaloszy – to wrócić do swych domów… do swoich normalnych zajęć – łzy pociekły mu po policzkach. Nawet nie próbował ich zetrzeć. Było wyraźnie widać, że każde słowo sprawia mu niewyobrażalny ból – Powiedzmy sobie otwarcie: wszyscy trzymaliśmy się razem ze względu na komendanta. To… Fargoth trzymał nas w kupie. A bez niego… Nie mamy już celu – uniósł głowę i spojrzał wszystkim głęboko w oczy – To koniec.
Świat nagle stał się cichy, odległy i obcy. Żadne dźwięki, prócz lekkiego kołysania źdźbeł trawy nie docierały do uszu drużyny. Rodzina skowronków, których gniazdo usadowione było na wysoko położonej gałęzi dębu, skończyły swój koncert towarzyszący wilkom przez ponad godzinę. „To koniec”, powtarzali sobie wszyscy w myślach.
Koniec? Czy po tylu zadanych sobie trudach, wspólnej podróży i licznych przygodach drogi bohaterów rozchodzą się przy kanałach ściekowych? Schodzą już ze sceny, niczym aktorzy kończący swój akt, pokonani przez siły przewyższające ich mocą?
- Nie – gruby, niski głos dochodził z głębin śmierdzącego tunelu. Nirthi podskoczył jak porażony. Już go słyszał. On, Fargoth i Berungar.

W ciemnościach kanału ni stąd ni zowąd zamigotało słabe, żółte światełko. W miarę upływu kolejnych sekund zaczęło świecić jakby intensywniej, stawało się coraz większe. Ekipa ze zdziwieniem przyglądała się jak w mrocznym wnętrzu „paszczy” pojawiają się zarysy sylwetki czyjejś postaci. Ubrana w fioletowy uniform, składający się z długich spodni i bezrękawowej bluzy w różnych odcieniach fioletu, przyglądała się im wszystkim z przyprawiającą o ciarki powagą.
Ale wilk ten nie był sam. Za jego ramieniem pojawiła się druga twarz. Krwistoczerwone, potargane kudły opadały na ramiona o tym samym kolorze. Wściekłe spojrzenie, godne urodzonego zabójcy, mogło przebić na wylot najmocniejszego wilka. Smugi pod oczyma, strużki krwi wypływające z ust. Nir bardzo dobrze znał tą twarz z Varrantu. Nienawidził jej i jednocześnie pragnął ujrzeć.
Postać w uniformie zeskoczyła z kanału, wprost przed oblicze Gilberta. Młody rekrut Syndykatu niespodziewanie się ożywił. Sterczące do góry włosy, długie pazury i miodowy, głęboki wzrok skleiły ze sobą fragmenty układanki. Oficer Irving najzupełniej w świecie stał przed nim i przyglądał się mu od stóp do głowy, z wyraźną dezaprobatą.
- Pan Irving? – wychrypiał Nordmandczyk.
- Jak myślisz, co by powiedział twój komendant gdyby cię zobaczył w takim stanie? – spytał bez ogródek Irving.
Gil szybko upadł na jedno kolano i przyłożył pięść do serca. Jego policzki nadal były mokre od łez, które znów poczęły wypływać i kapać na chodnik matki natury.
Irv chwycił go za ramię. Niezbyt mocno, lecz stanowczo. Wszyscy już spostrzegli, że dotychczasowe, złote światło bijące mu z oczu po prostu zniknęło.

- Już dobrze. Wszyscy czasem mamy moment, kiedy chcemy się poddać – po tych słowach zwrócił się twarzą do reszty ekipy – Ale to nie jest ten moment. Szukałem was z Urielem długi czas, zostawiliście po sobie mnóstwo śladów. Ciągle byliśmy za wami o krok, aż do teraz…
- Zaraz, zaraz, powolutku – przerwał mu Ragnar i zmrużył oczy, robiąc przy tym dość głupawą minę. Zwrócił ją w kierunku nosferackiego maga, który przyglądał mu się ze zdziwieniem.
- Zacznijmy od tego, że nic o tobie nie wiemy. A przynajmniej większość z nas. Wpadasz tu bez żadnego uprzedzenia, nieoczekiwanie i trujesz nam o końcu. I jeszcze ten jakiś Uriel, kto to do kutwy jest!? Ten czerwony kundel co się kuli za tobą?
Grix, zatopiony we własnych myślach, zorientował się, że rozmowa skierowała swe żagle na jego temat. Posłał lotryjskiemu berserkerowi agresywne spojrzenie, a ten nie pozostał mu dłużny.
- Ja wiem kim on jest – syknął Nirthi, dobywając ze skomandrycką szybkością miecza – To cel, który sprowadził mnie aż do Quaxi. To dzięki czemu się z wami spotkałem. Panie i panowie, oto Grix, największy sukinsyn Varrantu!!
Grix już wcześniej miał wrażenie, że skądś zna Varrantczyka. Tą srogą, niestrudzoną twarz i umieszczone na niej takie samo spojrzenie, rozpalone do czerwoności niczym węgiel. Szkarłatną szarfą przewieszoną przez jego ramię podmuchiwał lekki wietrzyk. „Generał szaraków”, pomyślał cierpko czerwony.
- Możesz mi lojalnie powiedzieć, co ta kreatura z tobą robi?? – Nirthi zwrócił się do Irva. Ledwo panował nad tym, by każde słowo wymawiać spokojnie – Czy nie wiesz kim on jest?? Co to za potwor?? Bestia!? Nie zdajesz sobie sprawy co on zrobił!!

- Wiem kim on jest – powiedział Irving, bez śladu lęku – Wiem co robił. I gdybyśmy nie potrzebowali jego pomocy, najchętniej ubiłbym go jak świniaka.
- A niby jak ta gadzina może nam pomóc, co?? – spytał drwiąco Ragn.
- On wie gdzie są Akolici – wyjaśnił cierpliwie mag – Zna kryjówkę ich Mistrza. To najprawdopodobniej tam znajdziemy Fargotha.
- A niby dlaczego mamy wierzyć temu bydlakowi!? – wybuchnął szarak – To żmija, kłamca, który zrobi wszystko byle tylko zachować swoją skórę! Na pewno powiedział ci to tylko po to, żebyś go nie utłukł!!
Irv chciał już odpowiedzieć, że Grix sam go znalazł i bez jakiegokolwiek przymusu opowiedział o wrogu, ale ubiegł go ktoś inny. Ponury, zasmucony głos Darkasurriego, który od dłuższego czasu spoglądał na bok, wydobył się z gardzieli Asamita:
- On mówi prawdę.
Wszystkie twarze zwróciły się w tej chwili w stronę skomandryckiego zabójcy. Wyglądali jakby przed sekundą uderzył w nich piorun. Nir poczuł jak krew Giovannich gotuje się w jego żyłach. Wściekle czerwone oczy powędrowały do twarzy Darkasurriego.
- A ty niby skąd możesz to wiedzieć?

Cisza. Przez kilka sekund nikt nie poruszył się ani o milimetr. Czujne obserwowanie Asamita było ich jedynym zajęciem.
- Ja go znam – odpowiedział w końcu – To Grix, poszukiwany w Varrancie i królestwie Czerwonych Psów za różnego rodzaju przewinienia… a także mój przyjaciel. To on powiedział mi o Herndall i o tym, że znajdziemy tam odpowiedzi.
Nie sposób wyrazić zdziwienia, jakie zapanowało na obliczach wszystkich, także Irvinga. U Nirthiego natomiast szybko zostało ono zasłonięte przez maskę nienawiści.
- Przewinienia!? Przyjaciel!? Ty… ty pieprzony asasynie!! Wiedziałeś o nim i nie pisnąłeś ani słowa!?? Ty cholerny samolubie, wiedziałem, że nie można ci ufać! Jesteś jak reszta Asamitów, jak Wregsenyhry: kłamca, bezuczuciowy gnojek i morderca!!
Z każdym słowem szarego generała, Darkasurri czuł jak coś w nim pęka. Jak zapora, którą budował tyle lat w swoim sercu, teraz nagle rozsypuje się niczym piasek. A cała złość i gniew, gromadzona przez te wszystkie lata, wylewa się strumieniem jak woda przez uszkodzoną tamę.


Nie wiadomo kiedy, znalazł się przy Nirthim i błyskawicznie zacisnął swoje długi palce na jego szyi. Żadne z obecnych tu osób nigdy wcześniej nie widziało u niego takiej złości. Gilbert i Azrak pomyśleli, że nawet tego dnia w Themer, kiedy ich zaatakował, nie wydawał się taki groźny jak teraz.
- Nigdy nie porównuj mnie do Wregsenyhrego! – syknął – ON był mordercą i kłamcą. Ja jestem tym dobrym, rozumiesz? Jestem z tych dobrych! Nie jestem potworem!

- Puszczaj, do cholery! – Nir począł się wiercić i majtać nogami w górze, ale moc Asamita była dla niego zbyt duża. Inni przyglądali się w milczeniu, nie chcąc się wtrącać. Irving ilustrował wzrokiem potężną posturę nastroszonego Darkasurriego. Uznał, że łatwo dałby sobie z nim radę, ale… Nie. Far nie chciałby, żeby krzywdzić jego towarzyszy.
- Zrobić coś trzeba – głos Uriela lekko zabrzmiał w jego głowie.
- Dość – rzekł twardo Irv. Dark spojrzał jednym okiem na niego, lecz nie przestawał dusić Nirthiego – Posłuchaj mnie… Darkasurri, tak? Jeśli naprawdę nie jesteś mordercą, to odstawisz swojego towarzysza na ziemię i przestaniesz uniemożliwiać mu oddychać. Tylko w ten sposób zachowasz swoje dobre imię w naszych oczach.
Asamit drgnął. Wstyd ogarnął całe jego ciało. Poczuł żal, że nie umiał się pohamować. „Co by powiedział ojciec”, pomyślał.
Jego dłoń puściła gardło szaraka. Generał z trudem łapał powietrze, ale tak zawzięcie, jakby bał się, że zaraz ktoś mu je zabierze. Łypnął groźnie spode łba na heretyka, ale nic więcej nie mówił. Oparł się o łagodne zbocze wzniesienia, z którego wystawał wylot kanału, by móc pooddychać.
Darkasurri nie musiał patrzeć na resztę by wiedzieć jak na niego teraz patrzą. „Mają mnie już za potwora”. Skulił się przy najbliższym drzewie i zaczął spoglądać na odległe wieże strażnicze Herndall. Gałęzie rzucały cień na jego ciemno umaszczony pysk.

Rzeczywiście, nie pomylił się zbytnio w swej ocenie. Ekipa wpatrywała się teraz z niego z trwogą, nie mogąc dać wiary temu co stało się przed chwilą. Jednak w przeciwieństwie do tego co myślał Asamit, wcale nie czuli do niego żalu. Być może zaniepokojeni sytuacją z Farem, nie chcieli teraz roztrząsać tej kwestii. Grix, cały roztrzęsiony ze strachu, nerwowo objeżdżał palcami ramiona, jakby to miało go uspokoić. Był zupełnie zdezorientowany. „Co powinienem robić? Zabić? Nieee… Im więcej ich tym lepiej. Sam sobie nie poradzę z gwardią Magistra… A gdy wleję sobie do gardła jego Krew, rozedrę ich na strzępy, o tak! I zacznę od tego szarego…”
- Czy jeszcze ktoś ma coś, z czym chciałby się z nami podzielić? – spytał w końcu Irv. Odpowiedziało mu jedynie krakanie kruka, lecącego nad koronami drzew.
- A więc posłuchajcie mnie teraz wszyscy. Gdy dołączaliście do Fara, myśleliście pewnie, że szykuje się dla was kolejna przygoda. Wielu z was, jak widzę, przeżyło w swoim życiu niejedno i zapewne myślało, że nic już was nie zaskoczy – umilkł na chwilę, by przejechać po twarzach zgromadzonych. Każdy, nawet Grix i Dark, słuchali go z pełnym skupieniem – Ale to już nie jest zabawa. Zadarliśmy z siłami, których potęgi możemy się tylko domyślać. Z osobami, które przewyższają nas zdolnościami oraz wpływami. Spisek w Syndykacie to coś więcej, niż do tej pory myśleliśmy. Dlatego teraz zadaję wam pytanie: kto z was chce odejść? Kto rezygnuje? Zdumienie odbijało się po kolei na obliczach wszystkich. Zdumienie połączone z szokiem i gniewem. Jedynie Grix patrzył tępo, gotów do ataku, w razie gdyby ktoś jeszcze chciał się go o coś czepiać.
- Jestem agentem Syndykatu – pierwszy podniósł głos Gilbert – Nie mówiąc już o tym, że jestem prawą ręką komendanta Fargotha. Ta sprawa dotyczy w równym stopniu mnie jak i pana, oficerze!
- Nie składałeś jeszcze przysiąg. Nie dostałeś sygnetu. Możesz jeszcze…

- Proszę mnie nie obrażać! To dla mnie zaszczyt uczestniczyć w tej misji! Nie zawiodę komendanta ani pana, zbyt panów szanuję. Ma pan mój miecz.
- I mój młot także, a jużci! – ryknął zaciekle Ragnar – Nie przestraszę się jakichś wymoczków i tego całego ich mistrza, co to mocni są tylko dzięki tej Krwi jakiejś tam! Honor i kodeks Stalowych Pięści mi na to nie pozwala!
Irving uśmiechnął się lekko. „Prawdziwi wojownicy”.

- Duszą i sercem.
- Nie zrezygnuję z tego, nie ważne jakiej wagi byłaby ta sprawa – powiedziała Gwen i zrobiła jeden krok naprzód. Chwilę tak stała, trochę zawstydzona swoją śmiałością, lecz zaraz dopowiedziała – Mam u Fara dług. I zamierzam go spłacić.
Nosferacki mag skierował teraz swój wzrok na alchemika. Stał on z założonymi rękoma i patrzył czujnie w oczy brata Fargotha. Stary, gorzki wzrok był dla Irvinga niczym szorstka gąbka, którą ktoś szoruje mu po twarzy.
- Idę – powiedział w końcu Mordin, a Irv poczuł jakby coś ciężkiego przestało oplątywać jego serce.
- Mnie nie musisz pytać – dodał szybko Nirthi, już doszedłszy do siebie – Jestem lojalny wobec przyjaciół. Nie tak jak inni – jego wzrok podążył do drzewa i skulonego pod nim Asamita. Ten pokiwał głową w stronę maga, na znak, że też nie rezygnuje. „Wciąż mam misję do spełnienia”, myślał.
- A więc dobrze – odrzekł Irving, wyraźnie zadowolony. Wyciągnął ręce przed siebie – No to kwestię formalną mamy już z głowy. Chwyćcie moje dłonie, a także dłonie swoich towarzyszy. Uriel i ja mamy wam coś do pokazania.


- Kim jest Uriel!? – wrzasnęli niemal wszyscy prócz Grixa, który niepewnie chwycił rękę Mordina i Gilberta.
Błysk światła. Oczy Irvinga nagle znów zaczęły jarzyć się złotym blaskiem.

- Jam jest Uriel – z jego ust wydobył się głęboki, niski głos.

Rayman
Wrzesień 2011