Kraty rozstąpiły się, wydając z siebie irytujący, metaliczny dźwięk. Far, przy drobnej pomocy Aardona, przekroczył próg celi i rozejrzał się niemrawo po jej wnętrzu. Nie znalazł nic poza posłaną pryczą i małym, okrągłym oknem, zagrodzonym przez stalowe pręty. Kamienne ściany o kolorze ciemnej szarości przyprawiały go o mdłości. Całe pomieszczenie cuchnęło starą pleśnią.
Nawet sam komendant Twierdzy Kruków nie mógł marzyć o luksusach. Więzienia Syndykatu na ogół pozbawiały swoich mieszkańców wszelkich nadziei.
- No cóż… – zaczął Aardon, pocierając energicznie brodę – Kunsztowny lokal to to nie jest, ale mam nadzieję, że ci nie przeszkadza.
- I tak jest lepiej niż gdy byłem u ciebie i Yean w domu – powiedziawszy to, Far uśmiechnął się krzywo. Aardon zaśmiał się lekko i urwał jakby coś stanęło mu w gardle. Młody komendant uznał, że być może nadal trapi go co się dzieje z jego siostrą.
Nagle dreszcz przebiegł mu po plecach. Wspomnienie posiniaczonego, bladego, oślizgłego ciała porucznik Oddziału Szturmowego powróciło niczym bumerang i uderzyło go w głowę. „Bogowie, przecież on nie wie co oni z nią zrobili”, pomyślał.

- Aard. Musisz o czymś wiedzieć…
- Nie musisz mi się tłumaczyć – zapewnił szybko i stanowczo oficer, odwracając się plecami i zaciskając palce na prętach krat – Nie zrobiłeś nic złego Far. Ja to wiem, Berungar to wie, Yean to wie, inni też to wiedzą. A jeśli nie, to się dowiedzą. Ktoś tu bawi się Syndykatem niczym marionetką. A ja i Bergy dowiemy się kim jest ta osoba. Masz moje słowo.
Umilkł. Far zamknął usta. Ochota by powiedzieć Aardonowi o Yean szybko się ulotniła, nie wiedzieć czemu. Słońce atakowało ich twarze swoimi promieniami, formując jasne maski na facjatach.
- Muszę iść – powiedział oficer i otworzył drzwi celi. Chwilę potem zgrzyt przekręcanego klucza i widział twarz muskularnego Morrawarczyka przez przerwy między stalowymi prętami – Niedługo pewnie przyjdzie Bonfiriczi by cię utuczyć podwójną porcją jagnięcych kopytek. Gdzie ty mieścisz te jego żarcie, co?
- Taa… powiedział tłuścioch – odciął się Fargoth.
- Wiesz… Mógłbyś jeszcze wrócić do Skrzydła Szpitalnego. Carnival mówi, że powinieneś poleżeć jeszcze u niej ze 2 lub 3 dni. Twoje rany nie zrosły się jeszcze wystarczająco dobrze.
- Przecież i tak zamierzają mnie ściąć – zaśmiał się kwaśno komendant.
- Nie dopuszczę do tego – odburknął Aard i ruszył długim korytarzem.
Far patrzył przez krótką chwilę na zamykające się za nim drzwi. Westchnął przeciągle i usiadł na krawędzi pryczy. Myśli napłynęły do jego głowy jak szalone. Spuścił głowę w dół, by dać im się uporządkować. Medytację przerwał mu jednak metaliczny zgrzyt, jakby ktoś otwierał drzwi. Spojrzał na prawo i włosy stanęły mu dęba.
Wyjście z celi stało otworem, a w nim Greed z założonymi rękoma. Jak zwykle na jego wargach pojawił się ironiczny półuśmieszek.

- Marnie wyglądasz. Ten bladodupy cesarz nieźle cię pokiereszował. Szkoda, że ja nie miałem tego szczęścia.
- Co, zazdrość cię zżera? Przyszedłeś pozbawić mnie drugiej kończyny? – spytał szyderczo komendant, patrząc lisowczykowi głęboko w oczy. Jego zimne spojrzenie napawało go jednocześnie wściekłością i dziwnym lękiem. Miał wrażenie jakoby ów mag krył w swojej duszy straszną historię, niczym cierń przebijający serce.
- Niestety nie mam tej przyjemności. Mistrz prosił bym dostarczył cię w jednym kawałku… choć trudno tak o tobie powiedzieć, kiedy się patrzy na tą przerwę przy barku.
Fargoth spojrzał na niego pytająco, co rozszerzyło uśmiech lisowczyka.
- Tak, dobrze słyszysz. Masz okazję poznać Magistra.
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
Przedzierając się przez gąszcz dzikich krzaków, drużyna maszerowała po błotnistej podłodze puszczy, w której się obecnie znajdowali. Ogień Irvinga oraz miecze Gilberta, Azraka oraz Nirthiego stanowiły dobry sposób by ułatwić sobie drogę. Ogromne korony wierzb z opadającymi, niczym płaczącymi gałęziami oraz niewielkie oczka wodne porozrzucane po całym lesie sugerowały, że znajdują się gdzieś w sercu morrawarskich kniei. Zapytany o to Irv pokiwał twierdząco głową.
- Powiedz mi… – zaczął swoje pytanie Nirthi, wyrównując krok z magiem – Uriel naprawdę jest mallahem? Takim jak Serakhiel?
- Tak. Opiekunem wszelkiej magii na tej ziemi.
- Myślisz, że znał Serka?
- Nie myślę, ja to wiem. Opowiadał mi, że został strącony do sheolu równocześnie kiedy Serakhiel został ułaskawiony i wstąpił ponownie do Niebios.
- To fascynujące – powiedział Mordin, bez cienia ironii. Naprawdę był pod wrażeniem – Mag połączony z istotą eteryczną, i to w dodatku przebywającą w krainie Niebieskich Piasków. Osiągniesz z tym wiele w Kolegium Taumaturgii.
- O ile zdołam przywrócić w nim porządek… – mruknął i spuścił głowę.
- Nie martw się Irving. Pokonamy my gdy Akolitów, za Hexa i jego popleczników się zabierzemy.

Za ostatnim rzędem drzew, w skład których wchodziły głównie modrzewie i sosny, ich oczom ukazała się rozprzestrzeniająca się wzdłuż i wszerz  polana, cała zakryta krwistoczerwonymi płatkami maków. Ruszyli tą gęstą, łaskoczącą w łydki posadzką i poczęli dokładnie penetrować okolicę. Na pierwszy rzut oka równina usiana była jedynie kwiatami. Jednak w miarę jak parli naprzód , zauważyli, że ziemia przed nimi łagodnie opada. Nie musieli czekać długo by odkryć, że weszli wgłąb doliny.
Dolina nie była głęboka, ale świetnie maskowała pewien punkt, niewidoczny wcześniej dla drużyny. Punktem tym był ciemnoszary, olbrzymi głaz spoczywający w objęciach łąki, w samym środku owej doliny. Podchodząc jeszcze bliżej, wilki spostrzegły, iż w twardym kamieniu wydrążony jest niewielki otwór, jednak nie tak mały by nie mieć możliwości przejścia.
- Po co tu właściwie przyszliśmy? – spytał Ragnar, jednocześnie odrzucając pustą butelkę whisky między legiony kwiatów.
- To co macie przed oczami – wyjaśnił Irving – to znany tylko członkom Nosferatu skrót na Czarne Mokradła. Lasy Morrawaru są teraz niebezpieczne, ze względu na dużą liczbę mutantów, które widzieliście w Herndall. Pomyślałem, że coś takiego nam się przyda.
Nagle wszyscy usłyszeli tupot ciężkich kroków. Zaraz potem dołączyło głośne sapanie. Ekipa ze zdziwieniem wybałuszyła oczy na widok długich, brudnych rogów wynurzających się z wylotu kamienia. Po chwili widzieli już całą głowę dziwnego stwora. Ze stęknięciem wciągnął brzuch i wypadł cały pod stopy wilków. Chwiejąc się na wszystkie strony, spróbował się podnieść. Za trzecim razem mu się to udało.

Stwór budził wstręt, jednak wyglądał niegroźnie i z jakiegoś powodu, także nieszkodliwie. Grube, tłuste fałdy brzucha opadały mu wprost do kolan, całych w ziarenkach piasku. Każdy skrawek jego ciemno umaszczonego ciała pokrywał brud wszelkiego rodzaju. Wokół talii zawiązaną miał przepaskę z liści figowych, na szyi zaś naszyjnik z kła nieznanego zwierzęcia. Można było uznać, że zajmuje wysoką pozycję w hierarchii swojej rasy.
Zaraz za nim wygramolił się drugi stworek. Był nieco mniejszy od swojego poprzednika oraz miał ciemniejszą skórę, ale należał do tej samej rasy. Na plecach dźwigał mężnie plecak załadowany bogowie wiedzą czym. Faktem jest, iż miał tam pełno rzeczy.
Gdy jego wzrok spotkał się ze wzrokiem Irvinga, uśmiechnął się szeroko i wesoło rozwarł paszczę. Fioletowy język widniał mu na wierzchu.
- Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz Zdzisiu – rzekł Irv i wyjął rękę przed siebie. Zdzisiu energicznym ruchem zdjął swój bagaż i wręczył go magowi. Ten uśmiechnął się pod nosem, oglądając jego zawartość.
- Czy te potworki to koboldy?? – wyrzucił z siebie Ragnar, jakby to pytanie ugrzęzło mu w gardle i przez jakiś czas nie mogło wyjść.
- Jestem w szoku – skomentował szybko Mordin – Ty wiesz coś o jakichkolwiek stworzeniach innych niż prostytutki?
- A jużci, kobolda to ja rozpoznam! – zagrzmiał – Raz taki jeden zapierdzielił mi mój młot i przez kilka dni dziada szukałem! Nie wiedziałem wtedy, że są takie duże…
- Albo, że jesteś taki mały – podcięła go Gwen nie ukrywając uśmieszku.
Jakby dolewając oliwy do ognia, Zdziś wysunął cały język przez usta i skierował go w stronę Lotryjczyka. Zanim jednak cały zagotowany ruszył na kobolda, Gwendolyn i Gilbert złapali go za ręce, a Irv wtrącił swój głos:

- Ten tu szaman – wskazał na większego kobolda, który wyszczerzył żółto-czarne zęby – przeprowadzi nas przez tutejszą wioskę koboldów do serca Mokradeł, tak jak wam obiecałem. A tu – począł grzebać w plecaku – są moje niezastąpione zaklęcia i runy. Jeśli mamy walczyć ramię w ramię z Akolitami i ich sojusznikami, będziemy potrzebować większej artylerii. Zaklnę wasze bronie najlepszymi formułami jakie mam i jak najlepiej potrafię.
- Widać, że nieźle wszystko przygotowałeś – podsumował Nir z niemałym zachwytem. Irv uśmiechnął się na komplement – Dla jednego z was mam też specjalny podarek.
Mówiąc to, podszedł do Gilberta i chwilę pogrzebał we wnętrzu torby. Biały wilk, tak zaciekawiony, puścił Ragnara i z niezmierzonym zainteresowaniem przyglądał się czynności Irvinga.
Nagle coś błysnęło. Białe światło zamigotało pośród  milionów płatków maków, by po chwili przedstawić zarys srebrnego miecza o długiej klindze i średniej grubości ostrzu. Palce Nosfera spoczywały na jej rękojeści, zaciśnięte, a jego oczy pożerały ten piękny, zabójczy przedmiot.
Gil nie wykrztusił ani słowa. Oczy dosłownie wyszły mu na wierzch.
- Jako agent Syndykatu, powinieneś mieć broń godną najlepszych szermierzy. Widziałem jak walczysz i jestem pod wrażeniem. Niech ci służy. A, zanim zapomnę – tradycją jest, że każdy agent nazywa swój miecz. Mój to Mallhewet. Daję ci trochę czasu na pomyślenie nad odpowiednią nazwą, zanim zabiorę się do zaklinania.

Młody wilk nadal nic nie mówił.  Z otwartą buzią patrzył z niedowierzaniem jak obraca miecz palcami, jak przesuwa je po rękojeści i ostrzu.
- Nie myśl tyle, bo cię zjedzą motyle! – wrzasnął mu do ucha Ragnar, przerywając jego zamysł. Irving tylko pokiwał głową, wyraźnie z dezaprobatą, i ruchem głowy skinął do szamana. Nadal uśmiechnięty, wraz ze Zdzisiem wczołgali się spowrotem przez otwór do środka. Gdy tylko zniknęli w ciemności, Irv pstryknął palcami, a z ich czubków posypały się iskry. Krawędzie przejścia poczęły się topić, tym samym poszerzając się i dając wygodne wejście do jaskini. Nie czekając długo, Irv poszedł śladami koboldów. Reszta, choć niechętnie, ruszyła za magiem.

Trzy stuknięcia o drewniane drzwi gabinetu wystarczyły, by Aardon usłyszał upragnione „Proszę!”. Śmiało wszedł do środka, a do jego ciała doszło ciepło płomieni tańczących wesoło w kominku.
Pracownia Berungara była przytulnym miejscem, wypełnionym od ściany do ściany półkami, na których stały poukładane grube tomy książek. Żarzące się wesoło ogniki świec oświetlały twarze tu obecnych. Jasmina, Berungar, Arukar i Leto, wiercący się dziwnie i niespokojnie na kanapie. Oficer spostrzegł też jeszcze jedną osobę, siedzącą naprzeciwko biurka, plecami do niego. Jej spięte w kucyk złote włosy bardzo mu kogoś przypominały. Zawzięcie masowała się ona po ramionach, jakby ogień kominka nie mógł jej dostatecznie rozgrzać.
- Chyba domyślam się po co mnie wezwałeś. Chodzi o Fargotha, prawda? – spytał szybko Aard, rzucając spojrzenie na każdego z osobna.
Berungar pokiwał wolno głową i podniósł się z krzesła. Mrok nocy przebijający się przez szybę okrągłego okna dodawał jego twarzy nieziemskiej upiorności.

- Merrill, powiedz proszę oficerowi Aardonowi to, co powiedziałaś nam.
Tajemnicza blondynka wstała. Aardowi rzuciła się w oczy jej sierść o kolorze słomy oraz czarna tunika, kończąca się powyżej kolan. Gdy tylko się obróciła w jego stronę, przypomniał sobie skąd ją zna. Merrill – jedna z uznanego za martwy Oddziału Szturmowego, faworyzowana przez Yean. „Yean!”, pomyślał, „Ona może wiedzieć gdzie jest moja siostra!”.
- Oficerze Aardon, ja… – zaczęła niepewnie, po czym spojrzała głęboko w oczy muskularnemu wilkowi. Odnalazła w nich niepewność i strach, w połączeniu tworzące nieopisany gniew. Zrobiło jej się żal. Nie chciała nic mówić, gdyż wiedziała, że byłby to zabójczy cios dla serca oficera.
„On ma prawo wiedzieć o porucznik Yean”, odezwał się głos w jej głowie.
Łzy napłynęły jej do oczu, gdy drżącym głosem wymówiła słowa:
- Pani porucznik nie żyje. Padła ofiarą spisku Rady.
Jakby na znak dany im przez tą dramatyczną chwilę, wszyscy, prócz Aardona, spuścili głowy. Sam oficer stał i gapił się martwo w niewyraźne, ubogie wręcz oblicze łuczniczki. Ta z kolei, z twarzą zalaną potokiem łez, upadła na kolana i zaczęła szlochać w niebogłosy. Jasmina szybko znalazła się obok niej, objęła i szeptała do ucha ciepłe słowa.
- Ja… domyślam się, że to dla ciebie wstrząs – powiedział Berungar, kładąc dłoń na ramieniu oszołomionego Aardona. Przez chwilę milczał, patrząc bezradnie jak jego przyjaciel patrzy się tępo w ścianę, z rozdziawionymi ustami. Wciąż myślał, że to tylko zły sen, a on sam zaraz się znów wstanie niewyspany, obudzony przez punktualnego do bólu trębacza.

- Merrill ma dla nas cenne informacje, które rzucają światło na kilka spraw… – wydusił z siebie w końcu Ber, lecz Aardon jakby w ogóle go nie słuchał. Jego wzrok skierowany był teraz ku młodej Amebyjce, która nadal cicho łkała w ramionach Jasmy.
- Kto? – spytał cicho, ale stanowczo, jak ktoś komu nie odmawia się odpowiedzi. Merrill początkowo nie zrozumiała pytania, patrzyła tylko na oficera i czuła się jak najżałośniejsze stworzenie na ziemi. Spodziewała się paru cierpkich słów zawodu z jego strony, zawodu, iż nie dopilnowała bezpieczeństwa Yean.
- Kto ją zabił?
Nagle Merrill zrozumiała już wszystko. Oficer nie był wściekły na nią. Nie był wściekły na nikogo. Kierowała nim już całkowicie chęć zemsty na zabójcy siostry. Czując, że i ją dopada ta choroba, powiedziała tak zwięźle jak tylko w tej chwili mogła:
- Nie widziałam tego, ale…. prawdopodobnie… cesarz.
Cisza. Martwa cisza zapanowała w całym gabinecie. Trwała tak przez kilka sekund. Aardon zacisnął mocno obydwie pięści. Na zewnątrz była cisza, jednak wewnątrz jego głowy trwała prawdziwa burza.
„A to parszywy gad! Wpierw kroisz mojego kumpla jak jakieś prosię i przynosisz go jak trofeum, a teraz jeszcze zabijasz moją jedyną rodzinę? Przysięgam ci Asparo III, możesz się kryć w najmocniejszej twierdzy Kagariny, otoczony przez legiony rycerzy Gildii, chroniony przez najpotężniejszych, nordmandzkich magów i ich czary – to ci nie pomoże. Moja zemsta kiedyś cię dopadnie…”

Berungar nadal stał, milcząc, i trzymał przez cały czas swoją prawicę na potężnym ramieniu kolegi. I w nim emocje brały górę, jednak nie pozwolił im nad sobą zapanować. Aardowi gniew zdążył wyjść na całą twarz, jego brwi napięły się jak cięciwy, a zęby tarły o siebie, wydając dźwięk drapania o kamień. Jego wzrok spoczął na wschodzącym na horyzoncie księżycu, widocznym przez okno, gdy Berungar mówił do niego:
- Posłuchaj. Ja wiem co to wszystko dla ciebie znaczy. Jakie to dla ciebie brzemię. Dla mnie jej śmierć też jest… niewyobrażalna. I w dodatku bolesna. Ale Fargoth nadal żyje, a wraz z tymi tutaj dokumentami – mówiąc to zabrał z biurka zwinięty w rulon papier i pomachał Aardonowi przed oczyma – mamy szansę by oczyścić jego imię i rzucić światło na brudne sprawki, do których dopuszczała Rada w Syndykacie. Naprawdę chcesz się w takiej chwili załamać?
- Nie… – odpowiedział cicho oficer, przybierając godny zbitego psa wyraz twarzy – Nie, nie, masz rację – dodał, tym razem bardziej stanowczo.
- Ale co w takim razie proponujecie, by zrobić w tej sprawie? – spytał Leto, nadal nie mogąc usiedzieć w miejscu – Przecież nie pójdziemy bezpośrednio do któregoś z Radnych i nie oskarżymy go o zdradę.
- Arukar podsunął mi już pewien pomysł… – powiedziawszy to, Berungar zwrócił się do Aardona – Czy Roran nadal jest w obrębie Twierdzy?
- Taak… Mówił mi, że nadal jest pod opieką pani Carnival, rany na głowie, których doznał po tajemniczym ataku na Kolegium wciąż wymagają opieki medycznej.

- A więc doskonale się składa. W Skrzydle Szpitalnym na pewno znajdują się jakieś zapasy tojadu. Pójdziesz do niego i razem weźmiecie od Carnival garść tego ziela. Następnie wszyscy spotkamy się w kuchni Bonfiricziego.
- Tojad?? Co ty właściwie planu – zaczął swoje pytanie Aardon, jednak jego kolega szybko uniósł dłoń do góry, dając w ten sposób wymowną odpowiedź.
- Czekam na was w stołówce. Do zobaczenia – powiedział tylko i jak gdyby nigdy nic wymaszerował z gabinetu. Aard, nadal zdezorientowany, pokręcił tylko głową i chwilę później też wybiegł, by szukać swojego maga.
- Idziesz z nami? – spytał delikatnie Aru, nie chcąc przypadkiem obrazić tak znakomitej agentki, jaką była Merrill – Wiele przeżyłaś. Samo dotarcie tutaj musiało być ciężkie, biorąc pod uwagę te wszystkie szkaradztwa, które Korpus wyhodował.
- Nadal mi trudno uwierzyć, że Rada stoi za tym wszystkim – burknął Leto.
- Dam radę – powiedziała cicho, lecz stanowczo Amebyjka. Błyskawicznie otarła łzy z okolic oczu i podniosła się na nogi – Muszę dopilnować by śmierć pani porucznik nie poszła na marne.
Czym prędzej pobiegła śladem Berungara, a Aru, nie czekając na swoich kompanów, też opuścił pokój. Gdy drzwi zamknęły się z donośnym trzaskiem, Leto łypnął dziwnie spode łba na reveiską lisicę. Nie przestawał ruszać tyłkiem.
- O co ci znów chodzi? – spytała jak głupia Jasmina. Mimo wszystko nie udało się jej zakryć szyderczego uśmieszku.

- Nie rżnij głupa! To przez ciebie dupa swędzi mnie , jakby legion mrówek maszerował między moimi pośladkami! Może wyjaśnisz mi tak łaskawie czemu moje kalesony zalatują orzechami amebyjskimi!?
- Ojoj… Bonfiriczi ma w swojej kolekcji tyle płynów… Jestem święcie przekonana, że orzechowy trafił na twoją garderobę przez czysty przypadek.
Lisica uśmiechnęła się szeroko, co wprawiło Varrantczyka w jeszcze większą furię. Za uśmiechem tym skrywał się triumf, zawiść i radość.

Przechodząc pod ciemnym, kamiennym sufitem, ozdobionym, tak jak i ściany, prymitywnymi malunkami przedstawiającymi kulturę koboldów, drużyna ledwo widziała prowadzącego ich Zdzisia. Korytarz pozbawiony był jakiegokolwiek źródła światła, więc wilki zdane były jedynie na skomandrycki wzrok Irvinga. Wkrótce jednak ich oczy zauważyły słabo migoczące w oddali plamki, dlatego czym prędzej przyspieszyli kroku. Z każdym kolejnym ich nozdrzy dotykała przyjemna woń pieczonego mięsa.
- No, nareszcie napełnimy czymś brzuchy! – krzyknął uradowany Ragnar – Mam nadzieję, że znajdzie się też beczka lub dwie pysznego, imbirowego piwa.
- Koboldzie nie lubić alkohol – odpowiedział mu Zdziś, podcinając tym samym skrzydła zmęczonemu wojowi – My po nim strasznie rzygać.
- To jeden z uroków tego świętego napoju.
W miarę jak tak wymieniali się argumentami, światło, a raczej okrągłe przejście wydrążone w kamieniu, przez które przebijały się pomarańczowe błyski, stawało się coraz bliższe. Gdy już zatrzymali się przed skalną ścianą z otworem, popatrzyli na niego ze zmieszaniem.

Był wąski i niedużej wielkości, stanowczo za małej by normalny wilk mógł przejść bez wysiłku. W dodatku oblepione mchem, włosami i tłuszczem koboldów przejście zniechęcało do skorzystania z tego. Oczywiście, niewzruszony niczym kobold Irvinga już przeciskał się tą wyrwą, by po chwili stać po drugiej stronie i z obnażonymi wesoło kłami zachęcał do przejścia.
- Chyba nie mamy większego wyboru – skomentował Mordin, choć wyraźnie obecna sytuacja była mu w niesmak.
- Ja nie dam rady przez to wejść – zaprotestował Azrak.
Słysząc to, Irv swoim zwyczajem pstryknął palcami. Małe ogniki zasiedliły gęstą mieszaninę starego brudu. Zaraz potem płomienie ogarnęły cały mech zastygły na skalnej półce, roztapiając go i zamieniając w brudną, lepką ciecz. W ten sposób zdołał poszerzyć trochę przejście.
Na pierwszy ogień zdecydował się pójść alchemik. Za nim pewnym krokiem poszli Irv i Gwen. Cała trójka gładko i bez problemu przecisnęła się przez otwór.
Ragnar nie miał już tyle szczęścia. Kiedy po drugiej stronie barykady znalazł się jego łeb i połowa korpusu, ze zgrozą spostrzegł, że coś blokuje mu drogę naprzód. Tym czymś był brzuch, zaklinowany w wyrwie ściany.
- Ktoś tu jest za gruby – mruknął Grix, po czym zaczął rechotać z własnego dowcipu jak żaba.
- To nie wina tłuszczu tylko mięśni, pielęgnowanych latami treningów! Ty chudzielcu nie możesz się tym pochwalić.

- Niech ktoś mu tam lepiej pomoże – burknął Irv, kręcąc głową z ubolewaniem nad dziecinnością berserkera. „Czemu mój brat musi mieć zawsze znajomych półgłówków”.
Azrak, wraz z czerwonym psem, spokojnie odliczył do trzech po czym równocześnie , z tą samą siłą, uderzyli stopami w zad Ragnara. Berserker wyleciał jak z armaty, a jego wrzask rozniósł się po całej jaskini. Na jego szczęście, wylądował na podłodze kilka centymetrów przed kamienną ścianą.
Gdy Grix i Azrak także uporali się z przeprawą na drugą stronę, drużyna mogła wreszcie przyjrzeć się miejscu, w którym się znalazła.
Nad ich głowami rozciągało się czarne jak smoła sklepienie ogromnej groty, z którego niebezpiecznie wystawały spore, grube stalaktyty. Niektóre z nich łączyły się z wyrastającymi z ziemi stalagmitami, tworząc stalagnaty. Między tymi naturalnymi, skalnymi kolumnami przechadzały się dziesiątki małych, grubych koboldów, zajętych swoimi sprawami. Drużyna znajdowała się ponad ich głowami, na niedużej platformie utrzymującej się na jednym ze stalagmitów.
- Hej, a tamci? – mówiąc to, Gwen wskazała palcem na jarzące się pod szczególnie grubym stalagnatem ognisko, źródło tajemniczego światła, które wskazało im drogę do groty. Na malutkich pniach siedziały tam przygarbione, otulone w brudne szmaty wilki, w przeważającej liczbie Morrawarczycy. Mimo ciepłej aury ognia, nadal dygotali, choć nie wiadomo czy z zimna, czy może ze strachu. Sokoli wzrok Gwendolyn dostrzegł też rany na ich twarzach. Niektóre mniejsze, niektóre większe i cięższe.

- Co się stało tym biedakom? – spytała się Irvinga.
- No cóż… – westchnął mag – To kolejny skutek czarcich działań Rady. Te hybrydy potworów, które produkuje Korpus… stanowią nie lada problemy. Naprawdę niebezpiecznie zaczęło się w Morrawarze, czego świadectwem jest upadek Oddziału Szturmowego Twierdzy Kruków. Teraz w większości rejonów kontynentu tak jest. Potwory atakują wioski i osady, i zabiją wszystko co żywe. Koboldy to chyba jedyne stworzenia, które w miarę swoich możliwości pomagają uchodźcom owych straszliwych napadów.
- To… – Gwen nie mogła znaleźć słów na to co myślała o tym wszystkim – To przecież barbarzyństwo! Co te bydlaki z Rady próbują przez to osiągnąć?!
- Hex, to znaczy rektor Kolegium Taumaturgii, pomaga w krzyżowaniu i mutowaniu tylko dlatego, że ma dzięki temu odpowiadające mu profity – Krew Bogów. Uważa, że magowie z jej pomocą uwalniają swoją prawdziwą moc i mogą zająć należne nam miejsce jako bogowie. Nigdy bym nie pomyślał, że jest zdolny do takich rzeczy. Wiedziałem, że jest pyszny i zarozumiały, ale żeby szalony…
- A Asparo III? I Lerrin II, suweren Morrawaru? – spytał tym razem Azrak – Jakie oni mają z tego korzyści?
- Nie wiem – wyszeptał Irving, nadal śledząc wzrokiem siedzące przy ogniu ofiary potworów, drżącymi palcami trzymające łyżki i siorbiące z nich zupę – Naprawdę nie wiem dlaczego to robią…
***
Słysząc regularny, głęboki oddech dobiegający od strony wschodnich nor, Gilbert miał dziwne przeczucie, że znalazł tego, którego szukał. Nie namyślając się długo, wpakował się całym ciałem w wywiercony w piaskowej ścianie, podtrzymywanej przez drewniane belki otwór. Szybkimi ruchami łokci dotarł do wylotu, który doprowadził go do malutkiego, lecz ciepłego i przytulnego pokoju.

W pomieszczeniu tym, otoczonym przez dziurawe niczym ser ściany, łączącym jak się zdawało większość tuneli, siedziała zguba drużyny. Darkasurri grzał się przy ognisku, smętnie patrząc jak szkarlatno-pomarańczowe liżą się wzajemnie. Jego przybita twarz i martwe spojrzenie podpowiadały Gilbertowi, że Asamit nie ma ochoty na rozmowę. Mimo to biały wilk rzucił:
- Wszystko gra? Odłączyłeś się od nas i…
- Nie wierzę, że po tym co dziś widzieliście nadal którekolwiek z was przejmuje się mną – odpowiedział powoli, jednak na tyle stanowczo, by przerwać młodemu.
- Właściwie to…. Eh. Tak, masz rację, nikt z naszych nie kazał mi cię szukać. Sam chciałem cię znaleźć.
- A więc znalazłeś. Cieszysz się z osiągnięcia swojego celu? – spytał Asamit, i choć w ustach kogoś innego brzmiało by to pewnie jak pytanie retoryczne, Dark wydawał się mówić poważnie i bez nuty ironii. Dorzucił długą, poskręcaną gałąź leżącą nieopodal do ognia, po czym po chwili znów zadał pytanie:
- Wiesz czego zawsze ja pragnąłem w życiu? Być takim jak mój ojciec. Być mądry jak on, charyzmatyczny jak on… i mieć tą pewność, którą on miał. Która pozwoliła mu dzielnie stawić czoła Wielkiemu Asamitowi, Wregsenyhremu. Przez te wszystkie lata też myślałem, że ją mam. Jak dotąd nigdy nie wątpiłem, aż do dzisiejszego dnia…

Darkasurri wstał i podszedł do wschodniej ściany. Oparł się o nią, wyglądało to jakby robiło mu się niedobrze.
- Dark? – spytał niepewnie Gilbert, zbliżając się do Asamita – Wszystko w porządku? Chodźmy stąd, nie powinno się siedzieć tyle w takiej duchocie.
Jego kompan jakby go nie usłyszał.
- Powiedz mi wilku Białej Rasy… Gilbert. Czy jako Asamit mam prawo do bycia tym dobrym? Czy mam prawo mieć uczucia?
- Oczywiście, że tak! – oburzył się błyskawicznie Gilbert i pokręcił głową jak niedowiarek – Każdy ma takie prawo, nieważne jakiej jest rasy!
- Czyżby? Mój ojciec nauczał tak samo i nigdy nie zwątpiłem w jego słowa… Ale widząc nienawiść, zresztą zrozumiałą, jaką Szary Generał Krwi Giovannich, zaczynam myśleć, że jednak wszyscy Asamici, ja też, jesteśmy tylko mordercami, potworami, którzy opanowali do perfekcji sztukę zabijania. I może, gdyby nie było nas wszystkich, na świecie byłoby odrobinę mniej mroku… Powinno się nas powybijać, niczym chwasty pleniące się wśród czystych, nieskazitelnych roślin.
W pewnym momencie Darkasurri poczuł na swoim ramieniu dotyk ciepłej dłoni. Kątem oka zauważył jak Gilbert, trzymając go, wymawia twardo słowa:
- Spójrz mi w oczy.
Asamit nie usłuchał od razu. Wahał się trochę czasu, zanim zdecydował się spełnić prośbę towarzysza. Bał się spojrzenia, którym teraz świdruje go wilk.
Jednakże Gil patrzył na niego z troską, jakby martwił się o przyjaciela.
- Wiesz co – zaczął – Kiedyś okropnie nie lubiłem pająków. Razem z braćmi nie mogliśmy pojąć po co bogowie powołali do życia takie szkarady. Zabawialiśmy się nimi przy każdej sposobności – wrzucaliśmy do ognia, zakopywaliśmy pod ziemią, zamykaliśmy w słojach… Aż pewnego dnia mama mi coś wytłumaczyła. Nie można osądzać kogoś po tym jak wygląda lub jak zachowuje się reszta takich jak on. Nie można odmówić mu prawa do uczuć, jeśli się nie wie czy coś czuje. To po prostu podłe. I wiesz co jeszcze? Na moje ósme urodziny mama podarowała mi małego krzyżaka, popularnego w rejonach Nordmandii. Po bliższym poznaniu okazał się miłym, fajnym stworzonkiem.

- Jaki z tego morał? – spytał w końcu Dark, uchodząc wzrokiem w bok.
- Nie daj sobie wmówić jaki jesteś. Bo akurat to wiesz najlepiej tylko ty. Ja wiem ile złego zrobili twoi pobratymcy, ale znam też ciebie – uczciwego i honorowego scomandr. Uratowałeś mi kiedyś życie. Myślę, że to dobrze o tobie świadczy.
Nie spodziewał się tak ogromnej i głębokiej reakcji, gdy nagle Dark objął go mocno po przyjacielsku. I nie spodziewał się tych kilku kropel łez na jego ramieniu. „Płaczesz”, pomyślał. „To właśnie świadectwo dobra w twoim sercu”.
***
- Gdzie my właściwie przyszliśmy – wyrzucił z siebie w końcu Far, spoglądając na stare, kamienne wejście umiejscowione u zbocza wysokiego wzgórza przywdzianego w topole i dęby. W oddali, za horyzontem przysłoniętym przez szczyty pagórków piętrzyła się Twierdza Kruków. Greed nie odpowiedział od razu, zajęty dokładnym i przesadnym obserwowaniem czy na pewno nikt ich nie śledził. Komendant spojrzał z nadzieją na Lockiego, lecz ten nie zwracał na nic uwagi – wciąż myślał o niebieskich migdałach.
- Dostaniemy się tędy do naszej kryjówki – powiedział wreszcie lisowczyk – To wejście prowadzi do ruin architektury pewnej starożytnej cywilizacji… Tak, do tej samej cywilizacji, która wybudowała świątynię pod ziemią Lamijczyków.
- Nie boicie się, że znając lokalizację waszego mistrza i was, będę mógł podzielić się tą wiedzą z moją ekipą? Albo z Syndykatem?
- Nie będziesz miał okazji by z nimi pogadać – mówiąc to, lisowczyk uśmiechnął się, a jego tryumf malował się jak zwykle w sposób drwiący. Tym razem jednak Far naprawdę się zaniepokoił. „Czego oni ode mnie chcą?”

Tymczasem Greed uniósł nagle rękę do góry, po czym wypowiedział po cicho parę słów, prawdopodobnie zaklęć. Na jego rozkaz zardzewiały zamek ustąpił, a masywne wrota rozwarły się, niczym ramiona, zapraszając do środka. Far nie oglądał się długo, lecz ruszył za Akolitami. Gdy tylko znalazł się we wnętrzu starodawnych murów, drzwi zatrzasnęły się z hukiem, dając znak, że nie ma już odwrotu.
Znaleźli się w ciemnym, nieprzeniknionym korytarzu, zbudowanym z kamiennych ścian udekorowanych kilkusetletnimi pajęczynami. Przed nimi rozprzestrzeniał się tylko gęsty mrok. Mogli iść jedynie przed siebie.
W międzyczasie, komendant zdołał zauważyć jak Locky kątem oka obserwuje nieliczne małe pajączki osiadłe na ścianach. Biały wilk dziwnie szczerzył się na ich widok, niczym dziecko, które widzi coś szczególnie miłego dla oka. Pająk z pewnością do takich rzeczy się nie zaliczał, więc Far wyrównał krok z Greedem, by go zapytać:
- Twój towarzysz jest… niezwykły… na swój sposób. Tak jak każdy z was, Akolitów, jednak on jest inny…
- Chciałeś powiedzieć: głupi? – spytał chłodno lisowczyk, na co Far lekko się wzdrygnął. Rzeczywiście, chodziło mu o coś w ten deseń. Greed nie wydawał się jednak rozgniewany, gdyż kontynuował nieco łagodniej:

- Znalazłem go kiedyś, przechadzając się uliczkami małej wioski nordmandzkiej, której nazwy nie znajdziesz raczej na żadnej mapie. Był wtedy małym chłopcem, którego stan i wygląd skruszyłby nawet serce z kamienia. Posiniaczony, zmarznięty, zgarbiony niemiłosiernie. Nie wspomnę o zezowatych oczach i powyginanych palcach. Prawdopodobnie matka porzuciła go, bo przez jego wygląd, wzięła go za dziecko diabła… lub coś w tym guście. Zabrałem go do Magistra. Wtedy wśród Akolitów byłem tylko ja i Ignar III, obecny cesarz Nordmandii. Nie wiedzieliśmy jak dziecko się nazywa, więc ochrzciliśmy go Locky – szczęściarz. Został trzecim sługą Mistrza Krwi.
- Ignar III? – zdumiał się Fargoth i wytrzeszczył oczy – Wybacz, że ci przerywam, ale… to było jakieś 300 lat temu!
- Owszem – odpowiedział lisowczyk, jakby to było coś zwyczajnego – Ja sam służę Magistrowi ponad 400 lat. Bo widzisz – dodał, widząc, że Far jest coraz bardziej zdezorientowany – Krew Bogów usprawnia nasze ciało pod każdym względem. W tym też pod względem starzenia – przeżyjemy wiele wieków, jeśli nie całą wieczność. Kolejna wspólna cecha ze scomandr, jednak, jak reszta naszych umiejętności – lepsza. Jedyne co nas może zabić to, jak już wiesz, cios w serce.
- Czemu jednak Locky zachowuje się jak dziecko, bo nadal nie rozumiem?
- Sądzę, że to skutek uboczny jego Daru Krwi. Mistrz obdarzył go siłą równą dziesięciu Malkavianów, jednak w wyniku jej używania… deformuje się w wielkie nie wiadomo co. No i jego inteligencja uległa spadkowi. Wobec tego, jak to określiłeś, zachowuje się jak dziecko…

Komendant czuł, że czymś uraził Akolitę, jednak ten nie dał po sobie poznać czym. „Zresztą to mój wróg”, pomyślał, „Nie będę się z nim spoufalał”. Jednakże, po historii opowiedzianej mu przez lisowczyka poczuł współczucie do białego olbrzyma. Zdziwiło go, że Magister, który wydawał mu się głównym antagonistą i sprawcą wszystkich ostatnich nieszczęść, bez wahania przyjął pod swoje skrzydła bezbronne dziecię.
Szli dalej naprzód, milcząc i pochwycając uszami błogą, choć mroczną ciszę. W pewnym momencie, najmniej spodziewanym jak sądził Far, Locky pochwycił za cieniutkie odnóża wielkiego pająka, umiejscowionego na suficie, po czym szybko podbiegł z nim do Greeda.
- Myślisz, że Magister pozwoli go zatrzymać? – spytał, na co komendant wyraźnie się wzdrygnął. Pierwszy raz usłyszał jego głos. Tubalny, niski, przyprawił go o gęsią skórkę. Jeszcze bardziej zdziwił go uśmiech na twarzy lisowczyka. Uśmiech bez cienia aroganckiej wyższości, drwiny lub pychy.
- Myślę, że nie będzie mu zbytnio przeszkadzał. Może wymyślisz imię swojemu przyjacielowi?
- Yyy… Pan pajączek?
- Ładnie.
Locky pomaszerował żywszym krokiem, uradowany ze zdobycia nowego zwierzątka, wyprzedzającym znacznie swojego kolegę i Fargotha. Lisowczyk spojrzał kątem oka na komendanta, i, widząc jego zdumienie, zmieszał się.
- Chyba go lubisz. Pierwszy raz widzę, żebyś…

- Jest dla mnie jak brat – przerwał mu Greed, nie chcąc więcej słuchać wywodu komendanta – On i Magister to jedyne osoby w moim długim życiu nastawione do mnie przyjaźnie. Tylko w kryjówce Mistrza uzyskałem to czego pragnąłem przez całe życie – zrozumienie. Opiekę. Współczucie… Przedtem żyłem jako nędzarz, żebrak, wychowujący się na brudnych ulicach miasta Rev w Reveis. Rzadko miałem w pysku kromkę chleba lub trochę wody. Bezwzględnie poniżany, a to przez szlachtę, a to przez kartel, a nawet przez straż, liczyłem tylko na szybką śmierć z głodu lub mrozu. Do końca życia będę dziękował Magistrowi, że któregoś dnia zauważył mnie i moją krzywdę… I wyciągnął do mnie rękę.
Po tych słowach lisowczyk przyspieszył, zostawiając Fara w tyle. Komendant nic już więcej nie mówił. Wiedział, że usłyszał już dość. W dodatku, irytujące swędzenie rany, które dokuczało mu całą drogę z Gildią, powróciło ze zdwojoną siłą.
„Do końca moich dni będę służył Magistrowi”, mówił sobie w myślach Greed. „Zawsze będę mu wdzięczny za to lepsze życie…”.

***
- Czemu właściwie zawdzięczam waszą wizytę, panowie? – spytał uprzejmym, lecz nieco zniecierpliwionym tonem Lerrin II. Trzymając w ręku gryfie pióro, którego ostrą końcówką zapisywał stronicę jakiejś grubej księgi, spoglądał uważnie na stojących z założonymi rękoma Aardona i Berungara. Oparty o ścianę, naprzeciwko biurka Radnego stał też mag Roran. Jego rozmowy z oficerami słuchali też Arukar i Leto, przyczajeni po prawej stronie od drzwi wejściowych.

- Pamiętajcie – ostrzegł ich Berungar, gdy spotkali się już w kuchni Bonfiricziego – Jeśli ktoś będzie chciał wejść, uprzedzcie go, że suweren nie może rozmawiać, gdyż jest zajęty sprawami administracyjnymi Twierdzy. Interweniujcie tylko, powtarzam, TYLKO, kiedy usłyszycie niepokojące was dźwięki. Bogowie, oby obyło się bez incydentów. Liczę na ciebie Leto. I na ciebie Aru, jako twój tymczasowy mentor.
- A niech to psia kość… – mruczał pod nosem Leto, stojąc zirytowany na stanowisku i drapiąc się intensywnie – Ta ruda małpa tego pożałuje…
- Nie sądzisz, że trochę przesadzasz? – spytał Aru ziewając i rozglądając się czujnie, bowiem jego uszu dobiegł stłumiony dźwięk. Szybko jednak doszedł do wniosku, iż to jakiś wilk zgubił się w plątaninie korytarzy Twierdzy. On tak miał za pierwszym razem – Poza tym Jasmina mówiła o tobie takie pochlebne rzeczy…
- Ooo, naprawdę? – spytał były skrytobójca, lekko ironicznie, choć zdumiony był rzeczywiście.
- Owszem – odpowiedział Aru i uśmiechnął się tajemniczo.
Tymczasem Berungar najspokojniej jak umiał w tej sytuacji podszedł do biurka Radnego, wręczając mu przy tym miedziany kubek z brązowym, gęstym płynem, dziwnie bulgoczącym.
- Zanim przejdziemy do sedna, proszę to przyjąć – gorąca czekolada parzona z amebyjskimi owocami leśnymi. Taka jaką pan lubi milordzie.
Lerrin wziął od niego napój, nadal patrząc się podejrzanie, po czym zakosztował uwielbianego przez siebie płynu. Słodkawy smak rozszedł się po kubkach smakowych suwerena, pozostawiając za sobą mokre plamy na brodzie.
- No, to teraz do rzeczy – rozkazał. Był to jednak rozkaz przyjacielski, co wprawiło Aardona w dziwny zachwyt. „Sztuczka Bergiego jednak działa”, pomyślał, patrząc jak suweren wypija mieszaninę czekolady i tojadu.

Przypomniało mu się jak niecałą godzinę temu przyjaciel wyjaśniał im działanie tej specyficznej rośliny, rosnącej jedynie w Morrawarze i Lehmarii.
- Tojad ma to do siebie, że wprowadza organizm wilka w stan trudnej do określenia „nieważkości”. Osobnik rozluźnia się, czuje wewnątrz siebie niesamowite ciepło. W połączeniu z ziarnami kakaowca nawiedzają go jednak mdłości, szok. Jest wtedy w stanie zrobić wszystko, byleby tylko uśmierzyć nieopisany ból brzucha.
W międzyczasie, Lerrin ze smakiem sączył ostatnie krople „mieszanki prawdomówcy”, jak to określił muskularny oficer. Zgodnie z teorią Berungara, mieli oni doprowadzić suwerena do tak podłego stanu, by nie mógł zgrabnie łgać i powiedział prawdę odnośnie tego, co przekazała im Merrill.
Po chwili skutki tojadu wyszły na wierzch. Z czoła suwerena zaczęły powoli wypływać strużki potu. Radny kaszlnął raz, drugi, a jego oczy wyraźnie poczerwieniały. Wyglądał w tej chwili jakby nie spał od wielu dni.
- Teraz możemy rozmawiać – Berungar uśmiechnął się przenikliwie – Po co cała ta szopka z mutacjami i wypuszczaniem potworów na cały kontynent? Co próbujecie osiągnąć? Bo z listu rektora do cesarza Asparo wynika, że planujecie coś na wielką skalę.
Lerrin z trudem spojrzał na oficerów, a w spojrzeniu tym kłębił się szok. Nie udawany, lecz prawdziwy. Poczuł jak  pod wpływem silnych emocji substancja, która była w czekoladzie rozchodzi się znacznie szybciej, potęgując tym samym ból brzucha.
- Akolici… Oni… Dali nam to… Nie chciałem brać w tym udziału, klnę się na bogów! Ale Hex i Asparo omamili mnie wizją mocy i władzy…
- Co za Akolici? Mów w tej chwili! – warknął Aardon – Tylko w ten sposób oczyścisz swoje zhańbione imię!

- Byłeś wielkim wojownikiem, wzorem dla wszystkich Morrawarczyków – dodał smutno Berungar – Na Wielkiej Wojnie gotowi byliśmy z Aardonem pójść za tobą w ogień.
Przez kilka sekund suweren milczał, klęcząc ze spuszczoną głową. Oficerowie stali i czekali w niepewności, zaś Roran przyglądał się całej scenie, nie spuszczając wzroku ze swojego przywódcy. Jedno kaszlnięcie przerwało tą pełną napięcia ciszę. Następnie wszystko potoczyło się jak w zwolnionym tempie.
Niczym wystrzał z rewolweru, suweren sięgnął po krótki miecz zawieszony przy jego boku, na co Aard i Berungar odpowiedzieli wyjęciem swoich. Nagle poczuli jakby trafili na twardą przeszkodę w otaczającej ich przestrzeni. Kiedy próbowali się ruszyć, żadna komórka ich ciała ani drgnęła. Czuli się jak sparaliżowani. I nie pomylili się.
- Zaklęcia entropiczne są naprawdę przydatne i praktyczne – stwierdził Roran, ziewając i podszedł do fatalnie wyglądającego już suwerena – Hex rozkazał zabrać pana w bezpieczne miejsce. Nasz mały, brudny sekret wyszedł chyba na jaw.
Aardon poczuł jak coś w nim pęka, jakiś istotny fragment serca. Roran, ten Liończyk mag, którego wybawił 5 lat temu z rąk rozwścieczonego tłumu, gotowego rozerwać go na strzępy za spalenie ich karczmy. Ten sam, któremu pomógł dostać się do Kolegium Taumaturgicznego… teraz okazał się zdrajcą. Chytrym lisem, który przez ostatnie dni go szpiegował i donosił Radnym o jego poczynaniach. „Musieli mieć kogoś w moim otoczeniu, żeby nie dopuścić do poznania przeze mnie prawdy o mutacjach i wykorzystywaniu tej… Krwi Bogów. Czymkolwiek ona by nie była.”

- Rooo…rannn – Aard z trudem wyjąkał imię maga. Usta też odmawiały mu posłuszeństwa – Dlaczego? Dlaczego tak mnie wystawiłeś? Miałem cię za prawdziwego druha. Co próbujesz osiągnąć? To wszystko dla tej cholernej Krwi Bogów?
Roran odwrócił się twarzą skierowaną na oficera. Jego widok zmroził krew w żyłach Aardona i Berungara. Ciemnoczerwone oczy, z których wypływa posoka w tym samym kolorze przywdziewały Liończyka w wygląd rodowego demona. Wyglądał jakby był przez coś opętany. Przemówił jednak do oficerów normalnym, spokojnym głosem:
- Tu chodzi o coś więcej niż ci się wydaje Aardonie. O większe idee niż myślisz. O nowy porządek tego świata, lepszego świata. Rządzonego twardą ręką przez magów. A Krew Bogów… pomoże nam w tym.
Uśmiechnął się tajemniczo, po czym podniósł Lerrina i zarzucił mu jego rękę przez swój bark. W tym samym momencie do gabinetu jednak ktoś wpadł. Roran rzucił kątem oka na drzwi i spostrzegł sylwetki Arukara i Leto, wyraźnie zdumionych tym co się dzieje.
Pierwszy zareagował Aru. Błyskawicznie chwycił za nóż przypięty do pasa i z niebywałą szybkością i gracją nożownika, rzucił go w stronę maga. Ten był już w oknie wraz z suwerenem, kiedy varranckie ostrze musnęło jego ogon. Wycie zranionego maga rozniosło się po całych północnych murach Twierdzy, zaś Roran i Lerrin wpadli w gęstą otchłań dębów i świerków.

Leto niczym strzała pomknął do okna, zaś Aru pomógł rozprostować kości oficerom. Jak się okazało, na ich szczęście, paraliż miał być tylko krótkotrwały, lecz dawał wystarczająco dużo czasu na ucieczkę renegatom. Tymczasem Leto ze wstrętem podniósł owłosioną kitę leżącą na parapecie. Aardon i Berungar też oniemiali gdy zauważyli czym jest „coś” trzymane w rękach byłego skrytobójcy.
- Masz celne oko – pochwalił swojego kolegę Leto, choć nadal zbierało mu się na wymioty, gdy spojrzał na ogon Rorana – Wiedziałem, że oficer dobrze zrobił, werbując cię.

***
Wielkie drzwi rozsunęły się z głuchym pyknięciem, odsłaniając przed Fargothem wnętrze kryjówki. Cały pokój wykonany był z czarnego kamienia. Pomieszczenie oświetlały jedynie porozstawiane na ścianach świece oraz płomienie kominka po prawej stronie. Przed kominkiem zaś stał wysoki tron koloru takiego jak ściany. Przy tronie oparty o barek z winem patrzył na komendanta i Akolitów inny wilk. Ubrany w czarną tunikę, z opaską spinającą jego rozczochrane włosy, zasłonięty chustą na ustach, wydał się Farowi bardzo znajomy. Poznał go dopiero po wystającej zza pleców rękojeści srebrnego miecza.
- Jesteś z Syndykatu…
- Akolita Zwinny, do twych usług komendancie – Morrawarczyk ukłonił się nisko, i choć był to ukłon sztuczny, dodało to Farowi otuchy w tym ponurym miejscu.
- Ja również cię witam komendancie – powiedział niespodziewanie ochrypły, zimny głos zza tronu.
- Magister – wyszeptał Far.
- Zwany także Mistrzem Krwi, Białym Mędrcem, Diabłem pod Nordmandią i wiele innych tytułów…
Blada postać w długiej szacie, której kolor zlewał się z cerą, wstała. Magister wyglądał w świetle okna niczym ożywiony, wyjęty z grobu trup. Jednak to jego przednie oblicze całkowicie sparaliżowało komendanta.
Obrócił się powoli, a każdy kolejny element swojej twarzy, który odsłaniał, przyprawiał Fara o gęsią skórkę. Oto stał przed nim stwór budzący uczucie grozy i zmieszania, wprost niepochodzący z tego świata. Mistrz Krwi był całkowicie pozbawiony włosów i futra, jego kości oplatały jedynie biała skóra. Oczy miał jakby skradzione demonowi, ciemnoczerwone, pod którymi zastygła stara krew. Jego usta były w podobnym stanie. Na niektórych kawałkach skóry dało się zauważyć pęknięcia, pozostawiające za sobą szkarłatne rysy.
- Ty jednak możesz mi mówić Garah – przemówił w końcu Mistrz, a ruch jego warg doprowadził Fara do pobożnego lęku – Garah, Ostatni Człowiek…

by Rayman
Październik/Listopad 2011