11 lutego, 635 r. według kalendarza ludzkiego.
Łańcuch Kłów – niegdyś pasm strzelistych i stromych Gór Białych, naturalnej granicy Centralnej Ziemi i Południa. Z lotu ptaka wyglądający na szereg zębów wyjętych z paszczy wilka, dzięki czemu otrzymał swą nazwę. Zamieszkany przez czworonożne postrachy puszcz i kniei rozciągających się wokół Kłów oraz najgroźniejsze bestie – smoki. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaciągał się w tamte tereny. Do czasu…
ZDJ.
Plagi doszły do nas z mroźnej i wojowniczej Północy. Lodowe piekło przeszło przez ziemie naszych ojców, dziadów i pradziadów, nie zostawiając przy życiu niczego. Nasze plemię nie miało wyboru – musiało uciekać. Znaleźć nowy dom.
Tą niebezpieczną drogą, którą był Łańcuch Kłów, przeszło kilkanaście tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Przeżyło ją znacznie mniej – połowa, a może i mniej. Cała wędrówka trwała kilka miesięcy i kosztowała nas wiele łez, potu, wysiłku. Ale najbardziej brakowało nam nadziei. Nadziei na lepsze jutro…
Pamiętam jak przez mgłę jeden z wielu „postojów” na szlaku górskim, jedyne chwile przerwy od katowskiej tułaczki. Ta przerwa utkwiła mi w pamięci bardziej niż inne. Siedziałem na twardej i gładkiej półce skalnej, pośród rzędu szałasów, okryty ciepłą, wciąż pachnącą Środkowymi Lasami skórą niedźwiedzia. W trzęsących się od zimna rękach trzymałem gliniany kubek napełniony do połowy herbatą, której miętowa woń i smak nie były w stanie mnie rozgrzać.
W pewnym momencie obok mnie pojawiła się druga osoba. Tak jak ja otulona płaszczem, tyle że ze skóry lamparta. Stary upominek od wojowników Zachodu. Na widok pełnych niepokoju brązowych oczu mego brata, kubek mimowolnie wyleciał mi z rąk.
- Garah… – zaczął, lecz coś powstrzymywało go przed dokończeniem.
- Potrzebujesz czegoś bracie? – spytałem najspokojniej jak umiałem, lecz niepokój był silnie przytwierdzony do mej twarzy. Z Vivaldem nie rozmawialiśmy od tygodni, nie było czasu ani okazji. Moje długie, czarne włosy powiewały lekko od podmuchów górskiego wiatru, gdy tak czekałem na to co powie mój druh.
ZDJ.
- Wypadł ci kubek – stwierdził nagle, zupełnie zmieniając tor rozmowy.
- No i?
- Nie dopijesz swojej herbaty. Nic tak nie stawia na nogi w tym klimacie jak łyk czegoś gorącego – urwał, po czym kilka sekund później dodał z uśmiechem – W tych czasach ludzie powinni cieszyć się takimi drobiazgami. Nawet pięknem tego prószącego śniegu.
Jakby na potwierdzenie słów Vivalda, na mój nos opadł zimny, mokry płatek śniegu. Nie przyznawałem jednak racji bratu.
- Myślisz, że lecący z nieba śnieg jest w stanie napełnić nasze puste brzuchy? Jak do końca miesiąca nie dostaniemy się na równiny, zapasy skończą się nam całkowicie.
- Bracie – Vivald znów spróbował podjąć ważny dla niego temat i znów się zawiesił. Dopiero za trzecim razem próba się powiodła – Mówię ci to wszystko, ponieważ… nie chcę zarazić się waszym pesymizmem. Większość już pogodziła się z wyrokiem zagłady ludzkiej. Ale musimy wierzyć w nasze siły. Musimy być twardzi i iść dalej przed siebie. Nie możemy się poddać.
Imponowała mi silna wola brata. Ale przyszłość wtedy była niepewna, a los rodzaju ludzkiego w rękach bogów.
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
20 września, 642 r.
Przechodząc wzdłuż obozu, po raz kolejny zdumiała mnie jego wielkość. Pochłaniał praktycznie całą martwą kotlinę, w której przyszło nam zamieszkać przez siedem lat. Mimo iż przez dwa pierwsze lata nasza sytuacja wydawała się poprawiać, tak teraz znaleźliśmy się w punkcie wyjścia. Naszych krewnych i przyjaciół poczęły dotykać choroby, głód, zaś nasze środki do życia kończyły się nieubłaganie. O dalszej wędrówce nie było nawet mowy – nasze zmęczenie osiągnęło apogeum. Poza tym dalsze tereny znajdowały się pod pieczą smoków, które wystarczająco nękały nas swymi napadami. Pozostawało nam tylko patrzeć na powolny, ale pewny kres naszej cywilizacji.
ZDJ.
Jedynym promykiem słońca w tych trudnych czasach okazał się jak zwykle Vivald, pełen wiary i nadziei na lepsze jutro. Choć osobiście nie podzielałem jego poglądów, to dodawały mi znacznie otuchy. Miło było widzieć entuzjazm, przynajmniej na jednej twarzy. Wpływało to znacznie na jego energię, nie było bowiem dnia gdy komuś nie pomagał. Albo rąbał drewno na opał, albo pomagał rozstawiać szałasy, albo chodził z innymi chłopakami na ryby.
Ja i Vivald byliśmy dla siebie jedyną rodziną, nasi rodzice zginęli podczas wielkiej emigracji. Ale mój brat uważał nas wszystkich za wspólnotę, jedną familię, która powinna trzymać się razem, bez względu na okoliczności. Ta miłość, którą darzył nasze plemię… imponowała mi. Jeśli chodzi o mnie, to zawsze byłem samotnikiem. Nie czułem dużej więzi z naszymi pobratymcami. W przeciwieństwie do Vivalda. Podświadomie nazywałem ten jego sposób bycia, tą ideologię, którą wyznawał, vivaldizmem.
Szedłem z nim ramię w ramię, przyglądając się fortyfikacjom obronnym i żałobnie wzdychając nad ich prymitywnym wykonaniem.  Palisady i wielkie głazy to trochę za mało by powstrzymać smoka, jednak co mogliśmy poradzić.
- Widzę ich – wyrwał się nagle Vivald, z typową dla siebie ekscytacją w głosie. Podążyłem wzrokiem za palcem mego brata, by po chwili ujrzeć legion krępych mężczyzn stłoczonych na łagodnym wzniesieniu pośród wielkich, stożkowatych namiotów. Wszyscy odziani byli w skórzane kirysy, hełmy i nagolenniki. Dodatkową ochronę stanowiły metalowe naramienniki, pozostałości ekwipunku z wędrówki przez Łańcuch Kłów. Razem z moim bratem ubrani byliśmy praktycznie tak samo, więc gdy wcisnęliśmy się w tłum wojowników nie sposób było nas znaleźć. Przepychaliśmy się tak dobrych kilka minut, torując sobie drogę naprzód, aż wyszliśmy przed szereg i ujrzeliśmy oblicze kapitana.
ZDJ.
John zachował swój stopień, pomimo faktu, że w tamtych czasach rangi i protokoły przestały nas obowiązywać. Najwyraźniej bardzo lubił swoją pozycję i nie zamierzał się z nią łatwo rozstawać. Był rosłym, czarnoskórym chłopem z pięćdziesiątką na karku, pochodzącym z Zachodnich Landów. Jako jedyny z nas wyróżniał się kompletną metalową zbroją, co mogło być odebrane przez niektórych jako wywyższanie się. Na policzkach mieścił się nierówno ogolony zarost, a krótkie, czarne włosy ukryte zostały przez rogaty hełm. Natrafiliśmy na niego akurat gdy przydzielał poszczególne osoby do ich oddziałów.
- Nervil, kompania czwarta pod komendą Cairna, a wy dwaj… Rufus i Elias, zgadza się? Idziecie pod komendę Blooda do kompani siódmej. A teraz… Ooo – wyrwało mu się na nasz widok – Garah i Vivald… Na pewno macie dość jaj, żeby brać udział w polowaniu na smoki? – zapytał drwiąco, na co większość wojów zareagowała gromkim śmiechem. Poczułem jak gniew we mnie wzbiera, lecz Vivald uspokajająco położył mi dłoń na ramieniu.
- Zapewniam cię, kapitanie John, że umiemy machać mieczem.
Osobiście podziwiałem brata za ten spokój i cierpliwość do ludzi pokroju Johna.
- Hmm… skoro tak – prychnął kapitan i zerknął na listę – Kompania trzecia. Odmaszerować.
Posłusznie wykonaliśmy rozkaz, choć miałem wielką ochotę by się odwrócić i splunąć w twarz temu łajdakowi. Gdy tylko wcisnęliśmy się z powrotem w rząd grubych, umięśnionych ramion, kapitan wygłosił swoją przemowę.
ZDJ.
- Myślę, że jest już nasz wystarczająco. Oficjalnie zamykam nabór i gratuluję wam odwagi, żeście tu przyszli by zadbać o nasz lud.
Dziwnie to brzmiało w jego ustach, zważywszy, że był obcokrajowcem.
-    Jak wiecie, nie polujemy na byle wilka czy niedźwiedzia, ale na znacznie większego bydlaka – smoka. Zapasy nieubłaganie się kończą i jeśli w ciągu dwóch lub trzech lat nie skombinujemy pożywienia, zdechniemy na tym odludziu.  Smocze mięso jest naszą jedyną alternatywą, więc musimy zaryzykować! Pamiętajcie, bestie te mają nad wami przewagę wzrostu i masy, no i zieją tym swoim plugawym ogniem. Mam nadzieję, że dobrze się wyposażyliście i pożegnaliście z kobietami i dziećmi, bo możemy nie wrócić z tej wyprawy żywi. A teraz –komu w drogę, temu czas. Naprzód!
I tak ruszyliśmy, stu wojowników przeciwko zapomnianemu bóstwu. Nasze szanse zapowiadały się marnie…
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
2 października, 642 r.
- Uważaj!! – ryknąłem z całych sił, ale było już za późno. Gdy tylko Sid, jeden z lepszych kumpli Johna, wyskoczył z nad skalnej półki i wybiegł w kierunku szponiastej łapy bestii, chmura ciemnoczerwonego ognia zagrodziła mu drogę. Płomienie pochłonęły jego ciało i skórzany pancerz, pozostawiając tylko zwęglone szczątki, nie przypominające już w niczym człowieka.
- Nie wychylaj się!! – krzyknąłem z całych sił do kucającego po drugiej stronie wielkiego wąwozu Vivalda. Z całej kompanii ochotniczej tylko my dwaj ostaliśmy na polu bitwy. Bitwy, raczej masakry. Większość wojowników Johna, w tym on sam, poległa. Ich spalone i zmiażdżone zwłoki walały się na zakrwawionej ziemi, gdzieniegdzie tworząc małe pagórki. Ci, którzy przeżyli, uciekli w popłochu, zostawiając nas na pewną śmierć.
ZDJ.
- Jak mamy zabić to bydlę!? – wrzasnąłem z całych sił do brata. Rękojeść miecza ślizgała mi się w dłoni, nie mogłem jej utrzymać moimi spoconymi dłońmi.
- Mam pewien pomysł!! – odkrzyknął po chwili i przerwał, bowiem z gardzieli bestii dobiegł kolejny, ogłuszający ryk.
- To ryzykowne, ale… Słuchaj!! Ty pobiegniesz w prawo, a ja zaraz potem w lewo. Jeśli dobrze kombinuję, smok weźmie mój trop. Wtedy ty zakradniesz się od tyłu, wespniesz się po grzbiecie i wbijesz ostrze w łeb. To go powinno ostudzić – zaśmiał się, co w tamtym momencie ogromnie mnie zirytowało.
- O, naprawdę, tylko tyle!? Dzięki… A poza tym, co jeśli plan nie przebiegnie zgodnie z twoimi oczekiwaniami?!
- Nie ma życia bez ryzyka!
„Życie to my możemy zaraz stracić tak czy inaczej”, pomyślałem, jednak kiwnąłem w końcu głową. Odczekałem kilka sekund by zaczerpnąć tchu, zacisnąłem mocniej palce na rękojeści i w końcu odsłoniłem się.
Nie minęło nawet pół sekundy, zanim nie odwróciłem się i pobiegłem jak antylopa przez długi, wyrzeźbiony w kamieniu smoczym ogniem wąwóz. Zanim to zrobiłem zdążyłem jednak pochwycić oblicze bestii, która właśnie opuściła swą pieczarę.
Jeśli kiedykolwiek coś zmroziło mi krew w żyłach, to nie mogło się równać z tamtym widokiem. Wysoki na kilkadziesiąt metrów, może trzydzieści. Wielkością dorównujący pałacom, które widywałem na Wschodnich Równinach. Całe cielsko pokryte czarnymi jak węgiel łuskami, emanującymi dziwnym, krystalicznym blaskiem. Kończyny grube i masywne, zakończone szponami o rozmiarach ludzkiego ciała. Ale najbardziej przeraziła mnie jego paszcza, u wylotu której dostrzegłem dziesiątki ostrych jak brzytwa kłów i siekaczy oraz spojrzenie. Patrzył się na mnie dużymi jak tarcza oczami, upiornymi, jedno czerwone, drugie o kolorze ciemnej purpury. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałem i nie rozumiałem, ale czułem, że to bóstwo może pochodzić tylko z jednego miejsca.
Z Piekieł.
ZDJ.
Biegłem co sił w nogach, ani razu nie oglądając się za siebie. Po chwili usłyszałem ten sam dzwoniący w uszach ryk i grzmot, powtarzający się co kilka sekund, jakby coś o olbrzymiej masie uderzało o powierzchnię. Coś takiego jak… łapy smoka. Zaraz doszedł też łopot skrzydeł, o rozpiętości żaglu, jakie ma jedynie flota Zachodnich Landów. Musiałem przemieścić się dobrą milę od miejsca rozstania z Vivaldem, by do mnie dotarło – potwor gonił za mną. Za mną, nie za mym bratem.
- Cholera…
Moja droga ucieczki kończyła się kamienną ścianą, zasypaną kilkoma szarobiałymi głazami. Zatrzymałem się gwałtownie i z niedowierzaniem pokręciłem głową, słysząc za sobą ciężki, donośny oddech i w miarę zbliżające się, lekkie trzęsienia ziemi. Spojrzałem za siebie i ze zgrozą uświadomiłem sobie, że to już koniec. Bestia przyglądała mi się i uśmiechała triumfalnie. Zdałem sobie sprawę, że zaraz dołączę do rodziców. Chciałem się pomodlić, ale zrezygnowałem z tego. „Bogowie i tak nas opuścili”. Zamknąłem oczy, by przygotować się na nieuniknione, jednak gdy powieki opadały już na dół, dostrzegłem błysk światła przy łbie potwora.
W powietrzu rozległ się świst miecza. Zaraz potem stwór znów ryknął, jednak nie z furii czy satysfakcji jak dotychczas. To była oznaka bólu, potwornego.
ZDJ.
Oniemiałem z wrażenia. Na tle jasnego nieba, na czarnym cielsku smoka zauważyłem postać Vivalda. Ześlizgiwał się w dół po szyi bestii, pozostawiając po sobie krwawy ślad swego espadona. Na ziemię opadł dopiero po dłuższej chwili, a wraz z nimi duże krople ciemnoczerwonych soków. Bestia zakręciła nerwowo ogonem kilka razy, zarzuciła łbem, po czym wydała z siebie najdonośniejszy ryk, który rozszedł się głucho po całym skalnym pustkowiu. Był to jej ostatni ryk, po którym ciało smoka opadło bezwładnie na twardy kamień, powodując przy tym silne wibracje.
Vivald osunął się gwałtownie, po części z wysiłku w jaki siebie włożył, po części z silnego trzęsienia, jaki wydał z siebie martwy smok. Chwycił go za ramię i spojrzałem w oczy. Uśmiechał się.
- Vivald… jesteś niesamowity! Zabiłeś to!! Zabiłeś tego bydlaka, tego… Vivald, zabiłeś zapomnianego boga!
- Naprawdę? Mój plan przewidywał że ty to zrobisz. Wybacz, chyba odebrałem ci chwałę.
Zasnął z uśmiechem na twarzy.
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
8 maja, 643 r.
Na comiesięczną Ucztę Wiwatową zebrali się jak zwykle wszyscy, każdy mężczyzna, kobieta i dziecko z obozu. Powinienem powiedzieć „z wioski”, bowiem przez parę ostatnich miesięcy dużo się zmieniło. Pojawiły się pierwsze drewniane chaty, wybudowaliśmy odlewnię i kuźnię, gdzie rozpoczęła się masowa produkcja mieczy i toporów wszelkiego rodzaju. Mięso smoka okazało się dla nas odżywczym zbawieniem, źródłem energii, dzięki któremu mogliśmy stanąć naprzeciw przeciwnościom. Po raz pierwszy uwierzyłem, tak jak mój brat, że jest jeszcze dal nas nadzieja. Udzielił mi się jego vivaldizm.
ZDJ.
Długi stół wewnątrz wielkiego, ustawionego na planie kwadratu namiotu prezentował się wykwintnymi potrawami postawionymi na obrusach ze skór gepardzich bądź wilczych. Pieczyste ze smoka, gulasz smoczy, ziemniaki zapiekane w smoczym sosie oraz wiele innych, równie apetycznych i smacznych. Kusiły swoim zapachem tu i na zewnątrz, gdzie mieściły się dodatkowe stoły z setkami ludzi jedzących, wiwatujących i śpiewających wesołe, ludowe piosenki.
- Całe szczęście, że mamy wolny wstęp do środka. Tutaj są najlepsze smakołyki – powiedział Vivald, pojawiając się ni stąd, ni zowąd.
Stuknęliśmy trzonami srebrnych kielichów w geście toastu, bym następnie wlał w siebie duży łyk czerwonego Rovilius z 623 r.
- Tobie na pewno się to należy. To ty zabiłeś boga, by nasi mogli się obżerać i bawić.
- A ty nadal umniejszasz swoje zasługi…
„Bynajmniej”, pomyślałem. Beze mnie Vivald i tak pokonałby smoka.
- Powiedz lepiej co tam popijasz – zagadnął.
- Rovilius. Rocznik 623.
- Dobry rok – mówiąc to zagryzł wargę – Mnie się dostał tylko północny miód pitny.
- Właśnie, apropo trunków… Słyszałeś coś może o tych tajemniczych badaniach Horifiusa?
- Tak, wielu o tym szepta – Vivald pokiwał głową – Podobno sprawdza właściwości smoczej krwi. Niektórzy szeptają, że szaman zdoła dzięki niej posiąść magię bogów, niektórzy, że oszalał. Jeszcze inni sądzą zaś, że zajmuje się produkcją smoczego wina – zaśmiał się.
Zawtórowałem mu i pociągnąłem łyk.
ZDJ.
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
6 czerwca, 643 r.
Wielki wybuch wstrząsnął całym obozem, podrywając wszystkich śpiących i zmęczonych minionym dniem ludzi na równe nogi. Wraz z Vivaldem i dziesiątkami innych spostrzegliśmy na tle szafirowego nieba zwijającą się kolumnę gęstego, szarego dymu. Chwilę potem wszyscy już biegli w stronę złotego, rzucającego się w oczy nawet w nocy namiotu, siedziby wszystkich szamanów i uzdrowicieli. Zanim dobiegliśmy do wejścia, wokół nas pojawiło się już sporo ludu. Przekrzykując i przepychając się wzajemnie, chcieli wymusić na dwóch strażnikach wejście do namiotu, lub chociaż stosowne wyjaśnienia.
- Proszę się uspokoić, spokojnie! – powtarzał w kółko ten sam wojownik szamanów – Najwyższy kapłan Hofirius prosi o wybaczenie, iż przerwał wam odpoczynek, lecz na razie – urwał, spostrzegłszy wśród mieszaniny rozwścieczonych i zaniepokojonych twarzy moją i Vivalda. Umilkł na moment, po czym ruchem ręki wezwał nas, byśmy zbliżyli się do niego i jego kolegi. Spojrzeliśmy po sobie zdziwieni, lecz szybko doszliśmy do wniosku, że trzeba się wpierw przedrzeć przez tłum gapiów. Zajęło nam to dobrą minutę nim stanęliśmy twarzą w twarz z opalonym, zarośniętym wartownikiem.
- Wy jesteście Vivald i Garah?
-    Zgadza się – potwierdziłem niepewnie.
-    Hofirius pragnie z wami rozmawiać.
ZDJ.
Ponownie wymieniłem spojrzenia z bratem, jednak i on niewiele wówczas rozumiał. Nigdy nie utrzymywaliśmy jakichś ścisłych, bliskich kontaktów z którymkolwiek z szamanów, nie mówiąc już o ich przodowniku. Nasze wizyty, jeśli już takowe zachodziły, były typowo lekarskie, zwichnięta noga, gorączka i tym podobne sprawy.
- Prowadź nas – powiedział w końcu Vivald.
Wnętrze bazy uzdrowicielskiej jak zwykle zrobiło na nas ogromne wrażenie, stanowiło nieliczny wyjątek od pustych przestrzeni, jakie wypełniały tysiące innych namiotów w obozowisku. Zaopatrzeni w kominy buchające parą, drewniane stoły, na których roiły się okłady, opatrunki i zioła wszelkiej maści oraz prowizoryczne materace, które zajmowali chorzy. Tak, szamani mieli przyzwoite, wręcz wyśmienite warunki  do wykonywania swojej pracy. Wśród licznych postaci, ubranych w proste przepaski z liści palmowych, z twarzami ozdobionymi zawiłymi tatuażami w kolorze krwi, to jedna osoba rzuciła się nam w oczy zaraz po wejściu.
Szła już w naszą stronę, podpierając się skręconym, czarnym kosturem zakończonym czaszką rogatego stworzenia.. Jego łysa głowa odznaczona ciemnymi plamkami jaśniała w świetle lampionów zwisających z góry, długa biała broda typowo opadała mu do pasa.  Wstrząsnęło mną gdy ujrzałem jego usta: ciemnoczerwone, z których strużki krwi pokrywały brodę, nadając jej specyficzny, przerażający wygląd.
ZDJ.
Podszedł do nas, a na jego twarzy zauważyliśmy wyraz błogiego uniesienia, jakby objawienia. Oczy, czarne i martwe, ożyły nagle, gdy napotkały nasze twarze. Najwyższy szaman Hofirius wyciągnął do nas ręce, gotów by nas uściskać, lecz nagle je cofnął i powiedział tylko chrapliwym głosem:
- Przyjaciele… Udało mi się… Odkryłem źródło mocy smoków… mocy Upadłych.
Szybko wymieniłem zaniepokojone spojrzenia z bratem. Coś zmieniło się w głosie kapłana, był wyraźnie mocniejszy. Nim jednak zdążyłem o cokolwiek zapytać, mój brat mnie uprzedził?
- Co się dzieje, Wasza Ekscelencjo? Czemu nas wezwałeś?
Hofirius jakby nie usłyszał pytania. Gestem dłoni zaprosił nas, byśmy z nim poszli. Posłusznie skierowaliśmy się do wyrwy w złotym płótnie, przez którą przebijało się migoczące światło. Kiedy tylko stanęliśmy w progu, niesamowicie przyjemnie ciepło musnęło nasze twarze, a oczom ukazał się niewiarygodny widok.
Ogromny fragment cielska smoka, po trójkątnym kształcie oceniłem, iż był to tułów, spoczywał, cały pokryty w buchających płomieniach w wielkiej, srebrnej czarze, której ciężar podtrzymywały cztery nóżki, ustawione do siebie równolegle. Czarne jak smoła łuski  upadały na dno naczynia, pozostawiając jedynie krwawą błonę, pękniętą w niektórych miejscach. Całą zewnętrzną powierzchnię kielicha pokrywały strużki ciemnoczerwonej krwi spływającej ku jałowej, wysuszonej trawie.
ZDJ.
Obaj zaniemówiliśmy z tępymi wyrazami twarzy. Na tej należącej do Vivalda malowało się oszołomienie połączone z gniewem. Od naprawdę długiego czasu nie widziałem go w takim stanie.
- Jak mogłeś!? – wykrzyczał w końcu, zapominając o zachowaniu grzeczności w stosunku do kapłana – Zmarnowałeś tyle cennego mięsa! Wiesz jak ciężko pracowaliśmy z Garah, by zabić tego smoka!? Zdajesz sobie sprawę…
- To nie żaden smok – ożywił się nagle Hofirius i bezpardonowo wszedł w słowo Vivaldowi – Ludzie nazwali je tak setki lat temu, ale to nie ich prawdziwe miano. A dzięki temu co odkryłem i czego dokonałem, ich mięso jest już nam zbędne. Jesteśmy w stanie zabić ich więcej. Dzięki TEMU – podszedł szybko do pobliskiego stołu i chwycił szklaną fiolkę wypełnioną czerwoną, bulgoczącą substancją.
- Co to jest? – spytaliśmy równocześnie.
Hofirius uśmiechnął się, zupełnie jak dziecko, które przepełnia duma z powodu dobrze wykonanego zadania.
- To, moi drodzy, jest krew Upadłych.
- Kim są ci cali Upadli? – spytałem, zupełnie zapominając o sprawie zmarnowanego jadła. Dla mnie smok był smokiem, zapomnianym przez czas i Niebo bóstwem, którego nikt już nie wielbił, za to budził powszechny strach.
Szaman nie odpowiedział od razu. Podrapał się chwilę po zakrwawionej brodzie, głęboko nad czymś rozmyślając. Krew, o ile była prawdziwą krwią, zabulgotała bardziej, tworząc unoszące się do góry, pieniste bąble.
ZDJ.
- Znacie historie o mallahach?
- Tak, i co z tego? – spytał gniewnie Vivald, nie dając mi szansy dociec co to takiego mallah.
- Więc jesteś nielicznym wyjątkiem Vivaldzie, bowiem mallahowie należą do najstarszych wierzeń ludzkich. To słudzy bogów, ich posłańce oraz żołnierze światłości, że się tak wyrażę. Mallahowie mają ogromne moce tworzenia, jednak nie mogą robić nic bez zgody stwórców. Z natury są dobrzy i święci, uosabiają nasze cnoty, jednak… – urwał na moment, szukając właściwego słowa.
- Jednak co? – ponagliłem, gdyż historia opowiadana przez starego szamana naprawdę mnie zaciekawiła. Choć z drugiej strony, nadal nie pojmowałem czemu Hofirius zmarnował tyle bezcennej żywności na rzecz smoczej krwi.
- Jednak – podjął znów – zdarzały się istnieć mallahy, które przepełniały nadmierna duma i pycha. Uważały się za lepsze nawet od bogów i dlatego buntowały się przeciwko ich władzy w Niebie i na Ziemi. Chcieli przejąć ich tron, za co zostali surowo ukarani.
- W jaki sposób? – tym razem pytanie padło od Vivalda.
- Mallahowie to istoty eteryczne, byty duchowe. Bogowie uwięzili buntowników w fizycznych, plugawych skorupach, poruszających się na czterech łapach jak zwierzęta. Ich ciało pokryli tysiącami ostrych, czarnych bądź czerwonych łusek, które wbijają się i kaleczą ich przy każdym ruchu. Zostali strąceni do Piekła, gdzie przestali być już bożymi sługami. Stali się Upadłymi, stworami ciemności.
- Czyli smok, którego zabił Vivald – zacząłem niepewnie, jakby dopiero teraz docierał do mnie sens opowieści – był tak naprawdę dawnym mallahem?
- Tak. Splugawioną, piekielną, cielesną formą mieszkańca Nieba.
ZDJ.
- Ale skąd ty wiesz o tym wszystkim tak wiele? – zainteresował się Vivald – Tajemnice bogów i Nieba powinny być niedostępne dla zwykłych śmiertelników.
- Lecz ja nie jestem zwykły. Bogowie obdarzyli mnie wyjątkowym darem. Mogę oglądać inny wymiar tego świata, niebieski jak Niebo, piaszczysty jak ziemia. Krainę zmarłych. Mogę rozmawiać z gwiazdami i zmarłymi…
Obaj spojrzeliśmy pobłażliwie na starego szamana. Gestem pokazaliśmy, że nie chcemy drążyć tematu. Cóż, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że istnieją Władcy Cieni.
- Po co ci więc krew Upadłego mallaha? – spytałem?
- Ponieważ przełamałem ich sekret! – wykrzyknął cały rozradowany, po czym dodał nieco ciszej – Odkryłem źródło ich potęgi i mocy. Widzicie… wy tak naprawdę nie zabiliście tego Upadłego. On nadal żyje. I będzie żył na wieki – w tym – podniósł butelkę z czerwoną cieczą do góry. Wyraz niezrozumienia na naszych twarzach wystarczył, by kontynuował:
- W płynie owym zaklęta jest dusza mallaha. Splugawiona i zniekształcona przez Piekło, ale nadal dusza potężnego, niebiańskiego ducha. Przez wiele miesięcy eksperymentowałem, mieszałem ją z leczniczymi ziołami i innymi substancjami alchemicznymi, destylowałem w odpowiednich proporcjach. Serie niepowodzeń i błędów kosztowały mnie życie mych najlepszych uczniów i asystentów… W końcu, dzisiejszej nocy, uzyskałem zamierzony efekt! Pozyskałem prawdziwą potęgę!
Nim zdążyliśmy się zorientować co zamierza Najwyższy szaman, było już za późno. Połowa zawartości fiolki zniknęła w ustach starca. Następnie wszystko potoczyło się w zwolnionym tempie.
ZDJ.
Czerwone ślepia, jak u demona. Ciało pokryte krwistoczerwonymi, cienkimi żyłami. Hofirius z ogłuszającym krzykiem wyciąga rękę przed siebie…po czym olbrzymi podmuch przechodzi przez namiot, podnosząc do góry płócienne ściany. Przez długą chwilę patrzyliśmy na chmury szarego piachu podnoszące się na horyzoncie, zanim Hofirius nie podał nam przed nos krwi Upadłych.
- Przyczyniliście się do mojego sukcesu. Przez cale me życie nie zdołam pewnie wyrazić wdzięczności, jaką do was żywię… Przynajmniej jako pierwsi, zaraz po mnie, zakosztujecie tej mocy.
Kamień, papier, nożyczki. Przegrałem z Vivaldem po trzech próbach. Pełen nerwów po pokazie mocy szamana, wziąłem do ręki szyjkę fiolki. Pot spłynął mi po twarzy, jeszcze raz przyjrzałem się upiornej cieczy. Zamknąłem oczy i jednym, szybkim ruchem wlałem w siebie piekielną krew.
Nigdy nie zapomnę tego pierwszego razu, gdy spróbowałem Krwi Bogów. Ten cudowny, słodki smak, te ciepło, ten głos szepczący do mego ucha…
Nigdy tego nie zapomnę…
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
21 kwietnia, 661 r.
Krew Bogów. Nazwa dobra jak każda inna, ale oddająca pełnię znaczenia potęgi, w której posiadanie weszliśmy. Krew, bowiem była krwią Upadłych mallahów. Bogów, gdyż zaklęta w niej moc dorównywała mocy stwórców. Moc plugawa, pochodząca z trzewi Piekieł, okazała się naszym zbawieniem.
ZDJ.
Eksperyment Hofiriusa szybko wdarł się do życia wszystkich obozowiczów. Krwią Bogów pożywiał się każdy, świadczyły o tym nieustanne przepychanki i niekończące się kolejki w szamańskiej siedzibie.  Nie minął rok, a już wszyscy nasi pobratymcy nosili w swych żyłach soki Upadłych. Rozpoczął się jeden z największych okresów w dziejach ludzkości. Nastała Era Krwi.
Przez kilka tygodni od tej przełomowej nocy, gdy silny wybuch twarde skorupy Upadłego poderwał nas na nogi, razem z Vivaldem i Najwyższym szamanem badaliśmy i analizowaliśmy wszystkie profity jakie przynosiła ze sobą piekielna krew. Nadludzka siła, niewiarygodna szybkość, nadzwyczajna zwinność i wyostrzone zmysły… to tylko te podstawowe. Tak naprawdę, największym szacunkiem darzono te osoby, których Krew Bogów obdarzyła swoją magią – potężną, mistyczną, która dawała nam, śmiertelnikom, moce kształtowania rzeczywistości wokół nas. Pozwalała władać – nad żywiołami. Nad samą materią świata. Tworzyć i przemieniać ją wedle naszej woli. Zaiste, potężniejszych czarów nie widziałem aż do dziś… I czułem się zaszczycony, kiedy po wypiciu całego bukłaka pełnego tej nieziemskiej mocy, z mych własnych rąk w stronę nieba poleciała wielka kula ognia w kolorze krwistoczerwonym. Chwilę zawisła wśród chmur, by zaraz potem przybrać kształt ciemnopomarańczowego smoka. Prócz mnie magią zostali obdarzeni jedynie Vivald, Hofirius i paru nielicznych szamanów. Zaczęliśmy nazywać siebie Magistrami.
Oficjalna legenda Krwi Bogów, opracowana przez naszą trójkę i przekazana ludowi, który chciał z kolei wiedzieć, skąd w naszych rękach tak potężne narzędzie, stała się wkrótce podstawą naszej nowej wiary, ochrzczonej przeze mnie vivaldizmem. Brzmiała ona następująco: bogowie zrzucili z Nieba wielu swoich braci, gorszych i słabszych od nich. Nazwali je smokami i rozkazali żyć na pustkowiach, w odosobnieniu. Przez setki lat nie było śmiertelnika, który oddałby im chociażby pokłon. Aż do dnia, gdy kampania kapitana Johna zginęła pod jarzmem jednego z dawnych bogów. Jednak gdy jeden z dwóch ocalałych  szczęściarzy zdołał utoczyć mu krwi, zaoferował układ. Odda im siebie i swoją moc, zapanują nad nim, w zamian za wieczne uwielbienie. Tak narodziło się święte wyznanie Krwi Bogów.
ZDJ.
Zmiany jakie zaszły w naszym życiu, dotknęły także gospodarki. Wioska przeobraziła się w miasto, wielkie, drewniano – murowane, otoczone grubym, kamiennym murem, z lotu ptaka wyglądającym jak olbrzymie oko. O surowce nie było trudno, zważywszy fakt, że od kilkudziesięciu lat mieszkaliśmy na wyjałowionym pustkowiu. Nasi wojowie, dzięki uzyskanej szybkości i sile, zapuszczali się na tereny do tej pory niedostępne dla nas. Drzewa sprowadzali z dalekich Błękitnych Kniei na wschodzie, zza Łańcucha Kłów eksportowali zaś gruby i najtwardszy kamień. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że nasze dawne ziemie, dawna ojczyzna… jednym słowem lodowy żywioł zniszczył doszczętnie wszystko. W obecnych czasach jednak machnęliśmy na to lekceważąco. Miasto prężnie szło naprzód, wokół niego powstawały nowe wioski. W obieg wchodziły typowe zajęcia, jak rzemiosło czy nawet handel. Powoli zaczynaliśmy się odradzać…
Nasze wojska liczyły kilkaset umięśnionych, krzepkich, brodatych chłopów, w których żyłach na dobre zagościła krew Upadłych. W naszym życiu pojawiły się też pierwsze spory o ziemię, wpierw między Błękitnymi Plemionami. Bandy uzbrojonych w dzidy i krótkie toporki dzikusów, ich skóra ozdobiona niebieskimi znakami. Wyzywające uśmieszki i głośne obelgi rzucane w stronę mych wojsk i mnie, nowego czempiona Krwi. Pamiętam ten dzień, pamiętam też ten słodki smak zwycięstwa zmieszany z zapachem świeżo wyciętego drzewa, na niedużej polanie, gdzie doszło do pierwszych walk.
Walk? Raczej rzezi. Błękitni nie wiedzieli kiedy uderzyliśmy. Nim się zorientowali, większość odeszła już ze świata żywych. Przerażone krzyki nielicznych ocalałych, wiwat wojowników Krwi. Duma jaka rozpierała mnie z tego kim się stałem.
Było dobrze, a miało być co raz lepiej…

***
29 września, 2007 r.
Przeciągnąłem się kilka razy, zanim się na dobre nie rozbudziłem i nie wstałem. Potrzebowałem dłuższej chwili, by odkryć, że w łożu brakuje mej lubej Lukrecji. Kurtyzany ze stolicy znikały zawsze po wschodzie słońca, niczym nocne demonice. Mi ta reputacja w każdym razie nie przeszkadzała.
Całkiem nagi, żwawym krokiem podszedłem do marmurowej łaźni na prawo od łoża, dzięki czemu nie musiałem długo stąpać boso po szafirowo niebieskich kafelkach. Odkręciłem kran, a wanna w kilka sekund wypełniła się taflą przejrzystej, kryształowej wody, przykrytej warstwą śnieżnobiałej piany. Gdy już siedziałem w wannie po brodę, sięgnąłem za trzon złotego kielicha i pociągnąłem łyk świeżej jak zawsze Krwi. Jak zawsze słodka i ciepła, rozeszła się w moich ustach.
Gdy tylko wyszedłem z wody, swoje kroki skierowałem do obramowanego na złoto, wielkiego na dwa metry lustra. Me odbicie w szkle było takie jak zwykle – przez tyle setek lat wciąż pozostawało niezmienne. Długie, czarne, lśniące włosy, nieułożone, gdyż dopiero co wstałem z łóżka po upojnej nocy. Haczykowaty, mały nos oraz niewiele większe oczy, z każdym rokiem czerwień w nich tężała. Prócz paru szczegółów nic się nie zmieniło. Krew Bogów zapewniła nam wieczne życie i młodość, a jedynym warunkiem było uwielbienie Upadłych mallahów. Czy był to dar czy przekleństwo? Cóż, wtedy długowieczne życie bardzo mi odpowiadało.
Opuściłem swój dwór, prosząc lokaja by nikogo nie przyjmował aż do mego powrotu. Ten kiwnął tylko posłusznie głową i odszedł w swoim kierunku. Ma służba była wyjątkowo lojalna, co oczywiście mi odpowiadało. Zresztą, nie dziwiłem im się, w końcu byłem jednym z najwyższych Magistrów.
ZDJ.
Magistrat rządził Imperialnym Miastem, które w 643 r. było zaledwie nic nie wartą kupą drewna i płótna, stanowiących naszą wioskę. Teraz przechadzałem się krętą, szeroką uliczką schodzącą w dół z łagodnego wzniesienia, podziwiając stojące po bokach i prezentujące się z dumą oraz bogactwem pałace, zamki, dwory szlacheckie białe niczym śnieg lub wykonane z czystego złota. Ze strzelistych dachów lub ogromnych, kulistych kopuł wyrastały w górę masywne, zbudowane na planie koła wieże. Na szczytach każdej z nich powiewała lekko ta sama flaga – rubinowy smok na białym tle.
Przechodząc pod zwalistym, marmurowym łukiem, stanowiącym główną bramę do dzielnicy arystokracji, przyjrzałem się szeregom długich, połączonych ze sobą domów mieszczaństwa. Ich ściany z białych lub szarych kamieni kontrastowały niekiedy z blaszanymi dachówkami w kolorze rdzy. Przez małe, kwadratowe okna ludzie przy nich stojący kłonili się z ręką na piersi, w geście szacunku do przechodzącego magistra. Mieszczanie na ulicy często też padali na kolana, twarzą do ziemi, mamrocząc: „Wasza świątobliwość” lub „Wasza Eminencjo”.
Po prawej targ tętnił życiem. A także śmiercią. Na scenie, gdzie zazwyczaj sławni na całe Południe dramatopisarze organizowali swoje spektakle, dzisiejszego dnia, jak co tydzień, zakryty czarnym hełmem kat wymierzał sprawiedliwość szubrawcom, którzy mieli czelność złamać prawo stolicy Imperium. Złodziej, dwóch dezerterów, pogański kapłan oraz paru innych stało i czekało na swą kolej by odkupić swe grzechy ścięciem głowy. Złakniony krwi tłum wiwatował, obrzucając rzezimieszków obelgami i wściekle z nich szydząc. Wszyscy chcieli by sprawiedliwości stało się za dość. Nie powiem, ja też należałem do tych osób. Szybko jednak odwróciłem wzrok, nie chcąc przerywać makabrycznego rytuału swą osobą. Za sobą usłyszałem jeszcze świst ostrza, a następnie trzepot skrzydeł i wiwat wydobywający się z trupich gardzieli zmieszany z radością pospólstwa.
ZDJ.
Minąłem targowisko, wieżę strażniczą oraz komendę milicyjną by w końcu ujrzeć cel swojej wędrówki – wielką świątynię Krwi Bogów. Potężną, monumentalną budowlę, której wysoka iglica widoczna była w całej Świętej Dzielnicy. Biała jak całe miasto, wyróżniała się jednak spośród innych budynków. Podczas gdy inne ściany posiadały szarawe odcienie, ta biel była nieskazitelna.
Czym prędzej ruszyłem w stronę żelaznych wrót, pomiędzy którymi prezentowały się wielkie, łukowate okna. Każde z nich witrażowe, a witraże owe w różnych odcieniach czerwieni bądź złota. Nad górną framugą drzwi wyrzeźbiona marmurowa głowa straszliwego Upadłego, z którego paszczy wydobywał się spiralnie skręcony jęzor. Przyjrzałem się jeszcze chwilę upiornemu diabłu, po czym pchnąłem skrzypiące wrota.
Wnętrze świątyni oszałamiało każdego kto przestąpił jej próg swoim przepychem, bogactwem oraz strukturą urządzenia. Naprzeciw wejścia długi, gruby czerwony dywan wił się aż do niewielkich, złoconych schodków, prowadzących do śnieżnobiałego kamiennego bloku, nazywanego przez nas ołtarzem. Pokrywały go liczne ciemniejsze plamy w kolorze wiśni, co jasno dawało do rozumienia jakiego rodzaju obrzędy mają tu miejsce. Za ołtarzem ukazała mi się postać Arcykapłana w towarzystwie dwóch pomniejszych kapłanów. Tą zaszczytną rolę głowy vivaldizmu pełnił nie kto inny lecz Magister Hofirius z Trzeciego Kręgu. Hierarchia w Magistracie dzieliła się bowiem na Kręgi, ale to już inna historia.
ZDJ.
Między rzędami kolumn podtrzymujących kopułę świątyni stały drewniane, wzmocnione stalą ławki, zajęte przez mieszczaństwo, szlachtę, ubogich. Wszystkich, którzy gorliwie chcieli złożyć hołd bogom Krwi. Niegdyś zapomnianym, dziś stanowiącym herb największego imperium w dziejach epoki ludzkiej. Wszyscy klęczeli, pochyleni głową w dół, cierpliwie i z nadzwyczajną pobożnością pochłaniali słowa wypowiadane przez Arcykapłana. Nie chcąc zwracać na siebie zbyt dużej uwagi, zająłem pierwsze najbliższe wolne miejsce i przystąpiłem do wspólnej modlitwy.
- LUDU IMPERIUM NASZEGO!! – słowa Hofiriusa wzmocnione niezaprzeczalnie za pomocą magii Krwi odbijały się w moich uszach niczym gumowa piłka rzucana o ścianę – ZAPRAWDĘ POWIADAM WAM, CIESZCIE SIĘ I RADUJCIE. ALBOWIEM TO WAS BOGOWIE NASI OBDARZAJĄ WIECZNYM SZCZĘŚCIEM, SPRAWIEDLIWOŚCIĄ I POKOJEM!! CHWALCIE ICH ZA TO!!
- Chwała naszym Uzdrowicielom, Smoczym Panom, albowiem to oni dają nam schronienie!!! – wykrzyknęliśmy równocześnie. Jakaś kobieta, prawdopodobnie ciężarna, ubrana w piaszczystożółte szmaty odwróciła minimalnie twarz tak, by spojrzeć mi w oczy i zaniemówiła na mój widok. Nigdy wcześniej zapewne nie widziała żadnego Magistra z tak bliska. Zanim zdążyła cokolwiek wyszeptać, przyłożyłem palec do ust i uśmiechnąłem się ciepło. Nabożeństwo było rzeczą świętą.
W miarę jak najwyższy kapłan wygłaszał swe płomienne kazania, do świątyni wmaszerował szereg osób z różnych warstw społecznych. Było tam dwóch żołnierzy z regularnej armii, był urzędnik skarbowy, był jakiś górnik oraz kilkunastu innych. Wszyscy skierowali się ku ołtarzowi, a gdy przechodzili obok modlących się, tych z kolei przechodził zimny dreszcz. W końcu, gdy stanęli jeden przy drugim, wpatrzeni w świątobliwe oblicze kapłanów i ich czerwonawe oczy, ludzie dostrzegli coś, co brali do tej pory za niewiarygodnie sporej wielkości rubin. Ale ja wiedziałem co to jest.
ZDJ.
Leżący pod  prostokątnym witrażem, przedstawiającym scenę „przymierza” ludzi i smoków, Upadły podniósł się na cztery grube łapy i wyciągnął w górę skrzydła, prezentując się dumnie. Zaraz też wydał z siebie przeraźliwy pomruk, który część ludzi przyjęła ze strachem, a część – z nabożną czcią. W jego ślepiach, czarnych jak śmierć, pojawiło się coś dziwnego, czego nigdy nie mogłem rozgryźć. Pewien znajomy błysk… Jakby pożądania.
- ZAPRAWDĘ, POWINNIŚMY DZIĘKOWAĆ NASZYM SMOCZYM PANOM ZA POMYŚLNOŚĆ W NASZYCH CZYNACH. ZA UDANE, KORZYSTNE WYMIANY HANDLOWE POMIĘDZY GILDIAMI KUPIECKIMI. ZA STŁUMIENIE BUNTU NIEWIERNYCH NA PÓŁNOCY. ORAZ ZA WIELE, WIELE WIĘCEJ. NIESTETY, JEDYNE CO MOŻEMY OFIAROWAĆ W ZAMIAN TO NASZE NIEDOSKONAŁE CIAŁA. RADUJMY SIĘ, IŻ NASI LORDOWIE SPOGLĄDAJĄ ŻYCZLIWIE NA NASZE DARY.
Kończąc swój długi wywód, skinął głową na młodego chłopaka w wojskowej zbroi. Ten podszedł, oddał pokłon Upadłemu, po czym położył się na plecach na kamiennym ołtarzu. Hofirius wraz ze swymi asystentami wyciągnęli ręce nad udem ofiary, kładąc je jedna na drugą, i przemówili jednym, połączonym głosem.
- BĄDŹ RAD CZŁOWIEKU, ALBOWIEM TWOJA OFIARA ZOSTAŁA ZAAKCEPTOWANA PRZEZ TWEGO PANA I UZDROWICIELA!
ZDJ.
Czerwona nitka wypłynęła z pomiędzy złączonych palców kapłanów, by niczym stalowe kowadło upaść, przecinając kolano człowieka na pół. Ryk bólu zmieszał się z ponurym chichotem Upadłego, dzięki Krwi Bogów zawartej w moich żyłach poczułem jak pobożne umysły obecnych w świątyni trwożą się ze zgrozy. Nie dziwiłem się, bowiem śmiech ten i mi zmroził krew w żyłach, gdy usłyszałem go przy pierwszym spotkaniu z Upadłym.
W tym czasie Hofirius podszedł do przedniej łapy bestii, by następnie ciąć grubym nożem między rubinowe łuski. Piekielny stwór jakby tego nie poczuł, pochłonięty przeżuwaniem ludzkiego mięsa swoimi błyszczącymi zębami. Arcykapłan mocował się czas jakiś z narzędziem, które ugrzęzło w grubej skórze smoka, lecz ostatecznie udało mu się je wyciągnąć. Nóż natomiast pokryty był szkarłatną mazią. Płynem, które czczono w całym Imperium.
Hofirius podszedł do żołnierza, który zdołał już nieco opanować ból. Zapewne był weteranem, a w jego żyłach nie raz gościła już Krew. Magister wyciągnął rękę z nożem, wystawiając go pod usta ofiary, i rzekł:
- TWÓJ DAR ZADOWOLIŁ SMOCZEGO PANA. PRZYJMIJ JEGO BŁOGOSŁAWIEŃSTWO.
Mój wytężony od Krwi Bogów wzrok dostrzegł, jak do gardzieli żołnierza wpada czerwony płyn, kropla po kropli. Kilka ich wystarczyło by noga zaczęła się regenerować, zaś po świątyni jak zwykle przeszedł nabożny podziw.
ZDJ.
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
19 września, 2117 rok.
- Twoi Akolici dobrze się spisują? – spytał pewnego wieczoru Vivald, gdy w jego pałacu delektowaliśmy się wyśmienitą strawą oraz butelką białego wina Gorgorra wymieszanego z kropelką krwi Upadłych. Cała jadalnia mieniła się złotem, srebrem, kamieniami szlachetnymi oraz wszelkim innym przepychem. W porównaniu z nią moja kuchnia wyglądała bardzo blado i szaro. No, ale czego można się spodziewać po księciu stolicy Imperium.
- Sumienni, lojalni oraz skuteczni. Tak jak zawsze, odkąd powołałem ich zakon. Czemu pytasz?
- Dobrze wiesz, że nie zawsze tak było…
- Daj już spokój. Przecież ta sprawa została rozwiązana dobre trzysta lat temu. Lord Dareth I osobiście dopilnował, by Akolitów zinfiltrowano, zabezpieczył też wszystkie smocze pieczęcie. Od tego czasu zakonowi nie wiodło się chyba lepiej. Najlepsi szpiedzy i eksperci od spraw specjalnych w całym Imperium… Każdy z nich obdarzony własnym Darem: Siłą, Szybkością, Tarczą czy Płomieniem… Proponuję wznieść za nich toast! – oznajmiłem, choć prócz mnie i brata nie było tu nikogo, nie licząc kamerdynera oraz służby krzątającej się od kąta do kąta, jednak ci byli pod władza umysłową Vivalda i nie przysłuchiwali się naszej rozmowie. Podniosłem więc teatralnym gestem kielich do góry, po czym wypiłem jego zawartość.
- Tak, minęło już trzysta lat… a jednak mówisz o tym, bracie, jakby to było zaledwie kilka miesięcy. Eh… Garah, żyjemy już tak długo, że…
Urwał w pół zdania, zostawiając mnie z myślami pełnymi niezrozumienia. Już od kilkudziesięciu, a może nawet od kilkuset lat zauważałem u niego takie melancholijne nastroje. Zwykle to ignorowałem, ale z roku na rok było coraz gorzej… A jak zauważył Vivald minęło dobre trzysta lat. Nie byłem pewny skąd u mego zawsze pełnego optymizmu brata ten ogarniający go smutek. Czy od Krwi Bogów? Istniała taka możliwość.
ZDJ.
- Tak, masz rację bracie. Czas płynie dla nas inaczej, jest powolny jak żółw, który chce przejść z Południa na Północ. Ale nie postrzegasz chyba tego jako przekleństwo, co? To tylko kolejny dar od Krwi Bogów. To dzięki niej nasze Imperium jest oazą pokoju i sprawiedliwości. Żyjemy tak długo po to by naprawić ten świat i uczynić go rajem dla każdego. Chyba o tym nie zapomniałeś?
- Nie, nie zapomniałem bracie. Wybacz, ja tylko… Zauważyłeś, że sami zaczęliśmy wierzyć w wymyśloną przez nas i Hofiriusa bajeczkę? Krew Bogów… Ha! – Vivald zaśmiał się ironicznie – To tylko dowód na to jak mocno w swych sidłach trzymają nas Upadli.
- Wiesz, bracie, myślę, że Upadli byli dla nas bardziej bogami niż ci, którzy siedzą w Niebie. Oni nic dla nas nie zrobili. Smoczy Panowie… albo jak już wolisz, Upadli, dali nam królestwa, Imperium, władzę, potęgę, magię… To dzięki nim możemy uczynić ten świat lepszy i dobrze o tym wiesz.
- Ech, Garah…
Zapadła niezręczna cisza. Sługi Vivalda, jakby wyczuwając napiętą atmosferę, lub na życzenie swego pana, opuściły ogromny salon. Obaj odstawiliśmy swoje opróżnione już kielichy i spojrzeliśmy sobie w oczy. Jego szkarłatne tęczówki zderzyły się z moimi. Ten czekoladowy brąz, który zapamiętałem przez kilkaset lat całkowicie zaniknął. Skóra bledsza niż u innych ludzi, brak zarostu i twarz pełna przyrodzonej wzniosłości. Jedyne co u niego pozostawało bez zmian to dłuższe od moich, kasztanowe włosy. W pewnym momencie mój brat wstał i skinieniem ręki wskazał mi, bym uczynił to samo.
- Chcę ci coś pokazać – powiedział tylko.
ZDJ.
Ruszyliśmy długim, miedzianozłotym głównym holem, by po chwili skierować swe kroki ku wielkim spiralnym schodom prowadzącym na zachodni taras zamku Vivalda. Gdy światło gwiazd posłało nam swoje promyki, a my stawialiśmy ostatni krok, mym oczom ukazał się ten sam majestatyczny widok, pełen roślinności z całego świata. Egzotyczne palmy owocowe prezentowały się w niedużych grupkach obok pustynnych, południowych kaktusów. Krzewy malin ze Wschodu jak zwykle równo przystrzyżone. Obok każdego z nich obwieszone na drewnianych kijach gałązki oliwne. W środku tego przyrodniczego cudu, na planie gwiazdy, ustawione były wiązanki kwiatów wszelkiego pochodzenia. Czerwone maki, niebieskie goździki, srebrne nasturcje, krwistoczerwone i białe jak śnieg róże, a także wiele, wiele innych. Wszystkie one żyły za sprawą magii Krwi. Wchodząc tu, czuło się jak w prawdziwym raju.
Vivald, który od zawsze uśmiechał się ciepło gdy tylko znalazł się w swoim ogródku, tym razem jednak nie okazał żadnych uczuć. Poprowadził mnie tylko dalej, do kamiennej balustrady, przy której znajdował się jego ulubiony przyrząd – mechaniczny teleskop. Łup po wojnie z królestwami Centrum. Vivald lubił spędzać przy nim czas, obserwując czarujące, nocne niebo.
- Po co mnie tu przywlokłeś? – spytałem z lekkim uśmiechem na twarzy, jednak smutna mina brata całkowicie mnie zaniepokoiła. Podszedł do swego „jednookiego” przyjaciela, chwycił za dźwigienkę i przycisnął ją w dół, aż luneta podniosła się pod kątem dwudziestu stopni w górę. Zrobił mi miejsce przy swej machinie i rzekł tylko:
- Spójrz.
ZDJ.
Posłuszny jego słowom, przytknąłem oko do kryształowej, przezroczystej soczewki. Początkowo nie zauważyłem nic szczególnego. Jedynie białe gwiazdy, niczym świetliki na nieskończonym szafirze. Zaraz jednak do moich oczu dotarł dziwny, różowy blask. Wpierw nie mogłem zlokalizować jego źródła, lecz po chwili uświadomiłem sobie że są nim gwiazdy. Promieniowały różem, każda z różna intensywnością, a wytrawny obserwator dostrzegłby, iż pojedyncze punkciki łączą się tworząc dziwną, nieznaną mi konstelację. Linia prosta, rozgałęziona na jednym końcu – przypominało to trochę strzałę.
- To Zapowiedź Gniewu. Hofirius opowiadał mi o niej – powiedział powoli Vivald – Według podań i legend, pojawia się w momentach przełomowych dla ludzkości. Najczęściej podczas globalnych klęsk, które mają podobno oznaczać złość i rozczarowanie bogów. Jedna z nich była podobno widziana kilka lat przed Wielką Nawałnicą, która zmiotła nasz dawny kraj z powierzchni ziemi.
- Nie bardzo rozumiem co chcesz przez to powiedzieć.
- Naprawdę tego nie widzisz bracie? Może i wykorzystaliśmy Krew Bogów dla dobra ogółu, ale jednak użyliśmy do tego esencji z Piekła! Tym samym ściągnęliśmy na siebie gniew bogów!
- O czym ty mówisz, Vivald!? Opamiętaj się, wyjaśnień tego zjawiska może być wiele!!
- Wiem co mówię Garah!! Używając Krwi i tworząc dzięki niej nasze Imperium, skazaliśmy się na Piekło! Nie ma już dla nas nadziei!!
ZDJ.
Kłóciliśmy się tak z bratem ponad godzinę, omal nie doszło do rękoczynów. Opuściłem pałac w ponurym nastroju i powróciłem do siebie, gdzie odreagowałem, spędzając noc z luksusową kurtyzaną. Po paru dniach pogodziłem się z Vivaldem i nie rozmawialiśmy więcej o Zapowiedzi. Milczeliśmy na ten temat przez kilka lat. Kilkadziesiąt. Może nawet kilkaset. Aż do Ostatniego Dnia. Wtedy to nastąpił Ragnarok ludzki.
<P ALIGN=”CENTER”>***</P>
21 grudnia, 2312 rok.
Nikt się nie zorientował kiedy to się zaczęło. Jeszcze tego samego dnia, wczesnym rankiem, w całym Imperium trwało wielkie święto. Magistrat świętował podbicie ostatniego Wolnego Miasta Północy. Tego dnia władaliśmy już całym znanym nam światem. I wieczorem wszystko to, co budowaliśmy przez półtora tysiąca lat legło w gruzach.
Teraz biegliśmy wraz z Vivaldem w głębiny zamku Peadran, przeskakując po dwa, trzy stopnie. Światło, które ja i brat wtedy wywołaliśmy, by mieć przejrzystą drogę, było ostatnim zaklęciem jakie razem rzuciliśmy.  Na zewnątrz dało się słyszeć wciąż potężniejące huki, grzmoty błyskawic oraz ogłuszające ryki. Przed oczyma do dziś mam ten zapierający dech w piersiach widok: rozerwane niebo w kolorze jasnej czerwieni, z wyrwy zaś wychodzą oddziały białych, lśniących istot – mallahów. To wszystko w akompaniamencie szalejącej burzy.
Gdy pokonaliśmy już ostatni stopień, to naszym oczom ukazała się niewielka komnata, skrytka Magistratu, w którym trzymano jeden z naszych najcenniejszych i najpotężniejszych skarbów. Były nimi artefakty zwane Kamieniami Mocy.
- Tyle setek lat oddawania naszej mocy i tworzenia najgroźniejszej broni Magistratu… i wszystko na marne – westchnął Vivald – Ale nie, nasze wysiłki nie pójdą na zmarnowanie. Bogowie nie odbiorą nam naszej chwały…
Na moment oczy mego brata zajaśniały głęboką czerwienią, taką jaką widywałem tylko u całkowicie opętanych przez Upadłych. Zaraz jednak doszły do swojego pierwotnego, bladego szkarłatu.
- Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spytałem pełen niepewności.
- To jedyne wyjście, wiesz o tym dobrze.
- Ale dlaczego nie możesz tego zrobić razem ze mną!? Jesteśmy braćmi, zawsze się wspieraliśmy, zawsze byliśmy przy sobie!
- Muszę uratować tyle Krwi Bogów ile się da. Oraz innych ludzi, jeśli szczęście dopisze. Ty zaś MUSISZ przeżyć. Jeśli my zawiedziemy, ty musisz odbudować nasze Imperium. Nieważne jak to zrobisz, ale po prostu musisz!
- Ja… rozumiem. Masz całkowitą rację.
- Proszę – Vivald podał mi dużą paczuszkę, z której biło przyjemne ciepło – To serce smoka, zapewni ci nieograniczony zapas Krwi. Pora ruszać bracie. Powodzenia.
- Powodzenia tobie również…
Powoli wszedłem w krąg zbudowany z pięciu masywnych, magicznych głazów. Właśnie wtedy ujrzałem też coś, co przeszyło mnie na wylot niczym strzała. I przeszyło mego brata. Dokładniej, przeszyło go złotymi i białymi błyskawicami, niczym łańcuchy zawijające się na jego ciele. Mogłem tylko bezradnie patrzeć jak moc bogów i mallahów rozdziera Vivalda na strzępy. Moja dłoń pogładziła powierzchni Kamienia – i wnet wszystko zalała fala szkarłatnej energii.
Poczułem jakbym zapadał się pod ziemię. Pod siebie. Jakbym tracił kontakt ze światem rzeczywistym. W ostatnich chwilach swojego poprzedniego spojrzałem jeszcze raz na wykrzywioną w grymasie bólu twarz Vivalda… I na jeden moment, na jedną krótką chwilę znów ujrzałem ten uśmiech, pełen wiecznego optymizmu.

By Rayman
Styczeń/Luty 2012