Magiczne płomienie Irvinga były jedynym źródłem ciepła dla towarzyszy, siedzących w okręgu w małej norce koboldów. Nawet magia nie mogła jednak sprostać naturalnemu, chłodnemu powietrzu dochodzącego z wąskiego, pobocznego tunelu, którym dostali się do wnętrza jaskini. Reszta wilczych uchodźców znajdowała się w większych pomieszczeniach, jednak za prośbą Irvinga drużyna zebrała się tu, by omówić istotne sprawy. Dobrą godzinę zajęło magowi przeszukiwanie koboldziej wioski za rozproszonymi towarzyszami. Teraz siedział naprzeciwko nich, z założonymi rękami, a wszystkie pary oczu zwrócone były ku niemu.
- Zostaniemy tu jeszcze jedną noc. Zwiadowcy koboldów donoszą, że hybrydy nadal kręcą się na bagnach nad nami, ale to tylko kwestia czasu, kiedy Nosferatu się z nimi rozprawią.
- Ich osada jest pełna uzbrojonych w piki i noże wojowników – wtrąciła Gwen – To wygląda jakby szykowali się do wojny.
- Jeśli nie powstrzymamy Asparo i nie ujawnimy jego eksperymentów, obawiam się, że dojdzie do najgorszego…
- Jeszcze raz dziękuje za miecz. Za moją Mirabelle – odezwał się Gilbert.
- Mirabelle? – zdumiał się Ragnar – Ohoho, czyli jednak była jakaś dziewucha w tym twoim krótkim żywocie!
- Mirabelle to imię mojej babci… Najbliższej mi osoby, zaraz po mamie.
- Ooo, młody, wybacz… Cóż, ty przynajmniej miałeś matkę…
- Zakląłem twój miecz runami błyskawic – zmienił temat Irving – Ponadto, wzmocniłem bronie Azraka, Nirthiego i twoją, Ragnar. Nasi wrogowie dysponują potężną mocą, więc musimy mieć pod ręką same najlepsze rzeczy do obrony.
Chwila ciszy. Tylko skaczące iskierki płomieni dało się słyszeć. Z tunelu do tunelu, pomiędzy którymi znajdowała się norka, przechodzili uchodźcy i rogaci mieszkańcy podziemia. Nikt nie zwracał uwagi na niezwykłą grupę przybyszy gawędzących przy ognisku. Co jakiś czas ktoś spojrzał w ich stronę, ale nie zatrzymywał się. Wioska koboldów aż wrzała od przygotowań.
- Wiecie… – wtrącił za chwilę Nir – Jesteśmy drużyną i przeżyliśmy już niejedno ale tak naprawdę nie wiemy o sobie nic.
- Każdy z nas przyłączył się do Fargotha w jakimś celu. Nie było potrzeby by się kumplować – odparł smętnie Mordin, zaciągając się fajką.
- A właściwie to czemu każdy z was poszedł za moim bratem? Nawet teraz, gdy macie pojęcie z jaką potęgą przyjdzie się wam zmierzyć, wy siedzicie tutaj, razem ze mną, chociaż moglibyście wrócić do swojego życia. Pytam więc – czemu?
- Mnie nie musisz pytać – odparł natychmiast Gilbert i zerknął szybko na srebrzystą powłokę nowego ostrza. Nosferackie runy pulsowały na Mirabelle purpurowym światłem – Fargotha Sapphir III jest moim komendantem, mentorem… i jednym z najlepszych przyjaciół jakich kiedykolwiek miałem. Pójdę choćby do Piekieł by go uratować z łap Akolitów.
- A ty, berserkerze? – Irv zwrócił się do Ragnara – Z początku liczyłeś na duże profity, czyż nie? Skarby, klejnoty z Reveis, azzurskie niewiasty…
- Psiakrew, magu! Jestem gdzie jestem dla samej przygody. Może i widzicie we mnie pijaczynę i starego łamacza niewieścich serc, ale przede wszystkim urodziłem się wojownikiem! Nazywam się Ragnara Młotoręki, syn wielkiego Lariusa Czarnego z rodu Stalowych Pięści! A my, Stalowe Pięści, nigdy nie zostawiamy kompanów na pastwę wroga. Argh!!
- Azrak? – tym razem mag skierował się do krzepkiego, amebyjskiego najemnika. Ten, patrząc nieruchomo w ogień, odpowiedział powoli:
- Przez dziesięć lat żyłem sobie spokojnie z Lorelei i dzieciakami… Dziesięć lat błogiego spokoju i ciepła rodzinnego, którego mało co zaznałem za młodu. Jednak… stęskniłem się za czasami gdy byłem poszukiwaczem przygód. Pojawienie się Fargotha i Gilberta tego dnia, w naszym domu, okazało się szansą bym po raz ostatni wziął udział w czymś niezwykłym.
- Lecz czy nie zaspokoiłeś już serca żądzą przygód? – spytała troskliwie Gwen – Miałeś dom, rodzinę… coś co stanowiło dla mnie przez ostatnie lata korsarstwa i romansów tylko odlegle wspomnienia. Czy nie warto tego pielęgnować, zamiast uganiać się po świecie?
- Od czasu gdy opuściliśmy Lasy Amebyjskie często zadaję sobie to pytanie. I coraz częściej mam wrażenie… że może jednak powinienem zostać przy żonie, przy dzieciach.
- Ale byłeś nam pomocny – wtrącił się Gilbert – Jesteś wyśmienitym wojownikiem i gdyby nie twoje wsparcie, pewnie nie uszlibyśmy bez szwanku z tych wszystkich potyczek, które stoczyliśmy.
- Cóż… Nie będę oponował. Tak czy inaczej, póki Far nie zostanie przez nas odbity, to nigdzie się nie wybieram.
Przysłuchujący się tym wylewnym słowom członków kompanii Grix prychnął drwiąco, na co Nirthi zareagował groźnym spojrzeniem. Skomandryczny blask z jego wilczych oczu odstraszył Czerwonego Psa na tyle, by jeszcze bardziej skulił się w ciemnym kącie jaskini.
- A ty, Gwendolyn? – tym razem pytanie padło od Azraka – Co ciebie tutaj trzyma?
Wojownik oczywiście nie musiał pytać, w głębi serca znał odpowiedź. Gwen też ją znała. Zamiast tego powiedziała, jakby sama do siebie:
- Zawdzięczam Fargothowi życie… Wam zresztą też. Gdybyście wtedy nie pojawili się w katedrze w Themer, ci najemnicy… Wolę nie myśleć co by ze mną było. Mam wobec was dług… i wobec komendanta. A ja zawsze spłacam długi.
To ostatnie zdanie brzmiało jak obietnica. Wszyscy wpatrywali się czujnie w łuczniczkę, czując, iż ma do powiedzenia coś jeszcze. Jednak cokolwiek to było, zachowała to dla siebie.
- Nirthi? – Irving popatrzył szaremu generałowi w oczy, a on odwzajemnił spojrzenie – Co zrobisz gdy to się już skończy?
- Gdy tylko ta parszywa, czerwona żmija doprowadzi nas do kryjówki Magistra i jego pupilków, a my się z nimi uporamy, zabieram go ze sobą – spojrzał w stronę nieobecnego już Grima i zmrużył groźnie ślepia – Dopilnuję by zawisł za wszystkie okropieństwa których dopuścił się w Warrancie i królestwie Czerwonych Psów. Zabiorę też ze sobą Arukara z Twierdzy Kruków. Do tego czasu jednak służę wam pomocą. Chociaż tyle mogę zrobić dla starego kumpla.
***
Komendant z trudem próbował przetrawić to co przed chwilą usłyszał od przywódcy Akolitów. Żołądek podchodził mu do klatki piersiowej, a myśli wirowały w pofałdowanych przestrzeniach mózgu. Stał ze spuszczoną głową na środku czarnej komnaty, gabinetu Magistra, i starał się uporządkować ten chaos, który kłębił się mu w głowie.
Nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Pochodził z klanu Bardów i znał historie o stworzeniu świata, zwierząt i w końcu – scomandr. Jednak nie sądził, że wcześniej byli jeszcze… ludzie. Ludzie. To słowo powtarzało się najczęściej w rzece myśli przepływającej przez jego umysł. Teraz przynajmniej pojął jedno – tajemnicze sny, które nękały go od potyczki w ruinach pod siedliskiem Lamii. Widział to, o czym opowiedział mu Magister – moc, którą władała cywilizacja ludzka, pochodząca od, aż sam nie mógł, Upadłych mallahów. Oraz apokalipsę, którą bogowie pokarali ich za sprzymierzenie się z diabłem.
„Jak mogliśmy to pominąć”, pytał sam siebie. Owszem, w opowieściach Nosferatu jest wiele wzmianek o smokach, które kiedyś czczono niczym bogów, a także trochę mniej podań o rasach żyjących przed pojawieniem się dwunożnych wilków i scomandr. Niektóre ze zwierząt, gady, ptaki, płazy, uszy Nosferów na kontynencie pamiętały obrazy tamtych czasów, choć niewyraźne, zamglone. Jednak jak dotąd nigdy nie słyszano o człowieku. W żadnym zakątku tego świata.
- Rozumiem, że jesteś… skonfundowany. Nie dziwię ci się – przemówił w końcu Garah. Teraz, gdy Far poznał jego historię, niski głos Magistra wydawał mu się mniej przerażający niż przedtem – Pokazałem ci cienie mego jestestwa i, mam nadzieję, rozjaśniłem kilka spraw, które od wielu tygodni nie pozwalały ci zmrużyć oka. Myślę, że dalsze rozprawianie o przeszłości nie ma sensu. Pomówmy lepiej o przyszłości.
Komendant podniósł głowę. Czerwone tęczówki Białego Diabła nie uspokajały go, lecz wytrzymał to starcie spojrzeń. Choć blada skóra, pozbawiona jakiegokolwiek futra, nie licząc rzędu włosów na rękach, nadal napawała go czymś zbliżonym do odrazy.
- Powiesz mi po co to wszystko? Próba zabójstwa mojego brata, prawie że udana… Ten cały cyrk w podziemiach Lamii… w ruinach twojej rasy, mam rację? – Magister pokiwał tylko głową.
- Irving, mag z Kolegium Taumaturgii, nosferacki zaklinacz, oficer w Syndykacie – gdy to wypowiedział, uśmiechnął się, co dodatkowo wzbudziło strach u Fargotha – Jak widzisz, jestem bardzo dobrze poinformowany, zważywszy, że przez tysiąclecia nie opuszczałem tego przyprawiającego mnie o ból serca miejsca… Twój brat miał być częścią czegoś wielkiego, jednak zrządzenie losu sprawiło, iż to ty zostałeś wybrany – przyłożył ręce do ust i kontynuował, usadawiając się na swym tronie – Musisz wybaczyć porywczość Greedowi. Teraz widzę, że można było się obejść bez odbierania życia.
- Wybaczyć!? Jak można wybaczyć komuś, kto chciał kropnąć ci brata?!
- Wykonywał tylko moje rozkazy. Teraz wiem, że nie było to potrzebne, choć Irving i tak lepiej na tym wyszedł, to musisz przyznać. Nie każdy ma zaszczyt by być tak pobłogosławiony przez mallaha.
- Heh, z tego co słyszałem, ty i twoi ziomkowie woleliście towarzystwo diabłów – odgryzł się Far, na co Greed zareagował groźnym spojrzeniem. Już chciał podejść do komendanta, ale Magister powstrzymał go wznosząc dłoń na znak stopu.
- Posłuchaj półwilku… Przez tysiące… nie, setki tysięcy lat tkwiłem tu, pogrążony w żałobie, jako ostatni żywy człowiek. Opłakiwałem mojego brata, Magistrów, nasze imperium, a serce Upadłego zapewniało mi wystarczająco mocy by czynić tak przez wieczność. Jednak… w końcu coś we mnie pękło. Może to wpływ Krwi, a może nie. To nieważne. Zacząłem bowiem szukać sojuszników, uczniów, którym mógłbym przekazać dawną wiedzę. Kiedy wilki zaczęły panoszyć się po kontynencie, zawarłem pakt z białym wojownikiem, Kardolem. Obiecał mi, że jego ród będzie służyć mi przez wieki, w zamian ja pomogłem mu utworzyć potężny kraj, który znasz jako Nordmandia. A czterysta lat temu… znalazłem kolejnego sojusznika.
- To byłem ja – oznajmił z dumą lisowczyk. Fargoth z nieskrywanym zaskoczeniem zerknął na twarz poważnego reveiskiego maga. „Ma ponad czterysta lat”, pomyślał ze zgrozą. „Domyślałem się, że Krew Bogów pozwala im długo żyć, ale nie aż tyle”.
- To prawda – przytaknął Garah – Greed został moim pierwszym Akolitą. Wraz z jego zwerbowaniem postanowiłem odtworzyć to cne bractwo, które w latach panowania mego ludu trzymało piecze nad imperium – mówiąc to spuścił głowę, a Far szybko pojął o co chodzi. Mimo tak wielu lat, Magister nigdy w pełni nie pogodził się z przegraną.
- Greed był też pierwszą osobą namaszczoną przez Kamień Mocy.
- Kamień… ten artefakt, który znalazły Lamie. Ten sam, o którym wspomniała twoja historia? Czym one są!? Po co chcieliście, żebym go tykał?? Czy to przez niego niepokoją mnie sny o zagładzie ludzi!? Odpowiedz!
- Tak… to efekt uboczny mocy, która w nich drzemie. My, Magistrowie, tworzyliśmy je przez setki lat, kiedy nasze imperium rozkwitało, miały zapewnić nam potrzebne zapasy energii. Ale nic z tych planów nie wyszło…
- Powiedziałeś mi, że użyłeś jednego z nich by obronić się przed gniewem bogów… Przed Ragnarokiem, nie mylę się?
- Owszem, nie mylisz się komendancie. Wchłonąłem jego esencję, tak samo jak zrobił to Greed, ty i inni przed tobą.
Komendant zastanowił się chwilę. W opowieści Garah wspomniał o sześciu artefaktach. „ Ja, Magister i lisowczyk przejęliśmy moc połowy z nich”, pomyślał. „A to znaczy… że są jeszcze trzy inne osoby. Czyżby inni Akolici? Locky, ten Zwinny, Dante… co z jej Kamieniem, skoro umarła?
- Masz bardzo głośne myśli – Magister wyrwał go z zamyśleń i ponownie się uśmiechnął. Tym razem Far nie zmieszał się jednak – Jednakże jesteś w błędzie. Greed jest aktualnie jedynym Akolitą z esencją Kamienia Mocy w swych żyłach.
- A więc kim są trzy pozostałe osoby?
- We właściwym czasie, komendancie…
-„Chyba jednak nie do końca mi ufa”.
- … jednakże jedną z nich na pewno dobrze znacie. Dziesięć lat temu myślałeś, że zginął, lecz to nieprawda.
Far podniósł oczy ze zdumienia.
- Tak, mówię o tym nadzwyczajnym półwilku, Władcy Cieni. Shadou z Nordmandii.
Komendant przez chwilę nie mógł uwierzyć w to co słyszy, jednak szybko doszedł do wniosku, że mógł się tego domyślić. „Asparo nie bez powodu pytał mnie o Shadou, kiedy pojmał mnie w Herndall. Tylko skąd Sha miał jeden z tych Kamieni? A może… to jego klan go znalazł, tak samo jak Lamie znalazły swój.” Rozmyślał tak dosyć długą chwilę, nim Magister nie przerwał jego rozważań i nie powiedział:
- Największe zmartwienie jakie cię teraz trapi, to zapewne pytanie – po co to wszystko? Po co ty, Greed, Shadou mieliście przejąć esencję Kamieni? Cóż… na razie nie mogę ci zdradzić wszystkiego. To nie kwestia zaufania, tylko ostrożności.
- „Żadna różnica…”
- Lecz wiedz, że to co planuję, oczyści twój świat, w każdym dosłownym znaczeniu tego słowa. Nie chcę niczego złego. Zamierzam tylko dopilnować by poświęcenie mego brata nie poszło na marne. Do moich planów nie mogę bowiem użyć samych Kamieni, ich energia musi znajdować się w żywych, organicznych powłokach.
- Mimo to – przerwał mu stanowczo Far – nadal ci nie ufam. Mówisz, że twoje plany mają na celu oczyszczenie świata, choć nie chcesz powiedzieć dokładnie o jakie „oczyszczenie” chodzi. Może po prostu chcesz zagłady wilków? W dodatku droga, jaką dążysz, by osiągnąć swój cel… Jesteś odpowiedzialny za śmierć Joheru, za śmierć Yean… Nie, nie wmówisz mi, że chcesz dobrze. Widziałem na własne oczy jakie potworności może wywołać Krew Bogów! Nie, to ty jesteś tym złym!!
- Ehh…
Powoli podnosząc się z czarnego tronu, Garah sięgnął po srebrzysty puchar zdobiony małymi odłamkami rubinów i odkręcił kran drewnianego barku stojącego tuż obok. Czerwona ciecz popłynęła do wnętrza kielicha, w kilka sekund zapełniając 2/3 jego powierzchni. Magister, w obu dłoniach trzymając trzon naczynia, powoli podszedł do Fargotha i wręczył mu czystą Krew Bogów.
- Jedyny sposób byś w pełni zrozumiał.
Fargoth długo się wahał nim postanowił przyjąć dar Magistra. Spojrzał w bulgoczącą zawartość kielicha, w szkarłatne bąble skaczące wyskakujące z Krwi i rozpływające się w dusznym powietrzu czarnej komnaty. „Co ja wyprawiam”, pomyślał ze zgrozą. Jednak musiał poznać wszystkie dręczące go odpowiedzi. Wiedział, że będzie gotowy na ten krok odkąd opuścili Lasy Amebyjskie. Powoli przyłożył do ust srebrny kielich i przechylił głowę do tyłu. Krew zaczęła wnikać w jego ciało.
A potem… zapadł w najcudowniejszy możliwy letarg.
***
Nie lękaj się. Nie zrobię ci krzywdy.
Kim jesteś?
Przyjacielem. Sojusznikiem. Potężnym. A ty jesteś wyjątkowy półwilku. Lecz marnujesz swój talent w służbie Syndykatu. Czy naprawdę wierzysz, że robicie coś dobrego?
Zapewniamy pokój. Bronimy mieszkańców kontynentu, scomandr czy wilki, przed tym, przed czym sami się nie obronią.
Czy masz poczucie, że dobrze wam to wychodzi? Wilki nadal nie ufają scomandr, nigdy im nie zaufają. Scomandr natomiast w końcu przestaną się opierać. Znów zaczną pożerać wilki.
To nieprawda…
Możesz kłamać, ale widzę, że głęboko wewnątrz siebie sam masz wątpliwości. Jednak ze mną nie będziesz ich mieć! Razem możemy dokonać wielkich rzeczy, przecież zawsze marzyłeś, by dokonywać wielkich rzeczy. Zawsze chciałeś, by dziadek był dumny z tego, że jesteś Nosferatu. To twoja szansa!
No nie wiem…
Zastanów się: czy wolisz spędzić resztę swojego życia na służbie organizacji, w której szerzy się tyle korupcji, z widokiem na niepewną przyszłość? Sam widziałeś knowania Rady, zrobili z ciebie kozła ofiarnego. Na tym świecie szerzy się tyle mroku, cienia, zła. Lecz dzięki Mnie możesz je wyplenić! Uczynimy twój świat pięknym, uczynimy go Rajem!
Ludzie też dali się zwieść…
Nie mylisz się całkowicie. Ludzie z Imperium podbijali kolejne kraje i narzucali im swoją kulturę oraz wiarę. Lecz nie widziałeś imperialnych miast i wiosek. Zapewniam ci, że żadne z twojego świata nie dorównywały ludzkim. Uśmiechnięci mężczyźni, kobiety i dzieci bawiące się wesoło. Niska przestępczość, wysoki rozwój sztuki. Liczne święta, podczas których wszyscy bawili się i cieszyli swoich towarzystwem. Pomyśl, czy to nie prawdziwy raj? Tak samo może być w twoim świecie. Dostałeś już wielki dar od Kamienia, możesz go użyć i przyczynić się do stworzenia lepszego świata, zastanów się!
Ale… jak… mam… to zrobić?
Rozumiem twoje zniecierpliwienie. Gdy tylko wszystkie Kamienie będą gotowe, Magister pomoże wam wyzwolić pełnię mocy nagromadzonej przez cykl ludzki… Wówczas bogowie nie będą mieli wyboru. Będą negocjować z nami o Nowy Świat.
Far, bijąc się z myślami i tajemniczym głosem, dopiero teraz dostrzegł, że coś zaczęło dziać się z jego ciałem. Spojrzał na zabandażowaną ranę, którą sprawił mu Asparo, i doznał szoku. W miejscu pustki pojawiła się ręka, sprawna i pozbawiona kamiennej maści, jak za młodzieńczych lat.
***
- A ty, alchemiku?
Mordin właśnie wypuścił gęsty, zielony obłoczek dymu z fajki i raczył obdarzyć maga spojrzeniem. W jego oczach tliła się bariera, wzniesiona jakby do ochrony cieni przeszłości. Nie odpowiedział od razu, zaciągnął się ponownie z drewnianej fajki.
- Mordin? – pytanie padło od Gwen.
- Czemu nie zapytasz Asamita? – zapytał z frustracją, przy czym zakrztusił się głośno. Z każdym jego oddechem z ust wyleciały mu kłęby szmaragdowej pary.
Darkasurri tym czasem siedział blisko Grixa, potulnie głaskał go po głowie, szeptał jakieś słowa w starym języku Czerwonych Psów. Brzmiało jak kołysanka. Irving zerknął na niego ukradkiem oka, a Asamit pochwycił jego spojrzenie. Zrozumieli się bez słów.
- Myślę, że jego nie musimy pytać.
- Może ja też nie chcę o tym mówić?
Cisza. Stary wilk schował fajkę pod płaszcz, założył ręce i spuścił głowę. Długo tak patrzył się w brudną, zarobaczą powierzchnię jaskini. A inni nie naciskali. Jednak i tak w końcu się odezwał.
- Miałem… miałem kiedyś syna…
Wszyscy wytrzeszczyli oczy ze zdumienia, nawet Grix podniósł głowę zaciekawiony.
- Mieszkaliśmy sobie spokojnie w Herndall, miałem wtedy może z trzydzieści lat. Korpus Alchemiczny był wtedy zaledwie niedużą gildą alchemików i celników, których działalność nie wychodziła poza obręb miasta. Pracowałem z nimi jakiś czas, między innymi z Darlethem. Mój syn zaś dostał dobrze płatną pracę w szeregach miejskiej milicji – uśmiechnął się na to wspomnienie – Był… taki podobny do Fargotha… to znaczy, do komendanta. Był burym wilkiem, jak jego matka, lecz miał taki sam charakter jak komendant. Nieustępliwy, odważny, lekkomyślny… Często pomagał mi i Darlethowi w poszukiwaniu trudno dostępnych składników alchemicznych… Przemierzaliśmy wtedy ciemne, straszne jaskinie, gęste puszcze. Raz natrafiliśmy nawet na grupę Gangrelów. Ledwo co im uciekliśmy… – z każdym kolejnym wspomnieniem alchemik coraz bardziej odpływał w świat zapomnienia. Wnet się jednak opanował i przybrał typową dla siebie, chłodną postawę.
- Wszystko się zmieniło tego feralnego dnia, gdy w laboratorium przyszłego Korpusu pojawił się Giovanni.  A raczej martwe ciało tego biedaka. Był on… cóż. Był dla mnie kimś w rodzaju przyjaciela, choć tak jak reszta scomandr tamtych czasów, żywił się wilkami.
- Znałeś scomandr? – spytał szczerze zdziwiony Gilbert – Jeszcze przed przełamaniem starego Kodeksu?
- Alchemia to profesja badająca wszelkie zagadki tego świata. A my, alchemicy, dążymy do odkrycia ich wszelkimi możliwymi metodami – na moment zawiesił głos – Cel uświęca środki, jak to mówią. Ja nigdy nie przekonałem się w pełni do tej zasady.
Nie byłem zadowolony z tego co moi „koledzy” zrobili z tym scomandr. Zapłacili łowcy wampirów z Gildii Nordmandzkiej by za nich wykonał czarną robotę. Oczywiście, chodziło im przede wszystkim o krew. Dzięki mojej współpracy z Giovannim, wiedzieli o jej właściwościach. Potrzebowali już tylko paru królików doświadczalnych do badań. Sprzeciwiałem się temu, Darleth oraz dwóch innych przyjaciół poparło mnie. Konflikt zaostrzał się z dnia na dzień i podział gildii zdawał się kwestią czasu. Aż któregoś dnia stała się rzecz, której bym się nigdy nie spodziewał. Mój jedyny syn przyjął ofertę mistrza gildii i zgłosił się na ochotnika do aplikacji krwi.
- Nie byłeś pewnie szczególnie dumny z tego powodu – zauważył Azrak.
- Coś w tym rodzaju. Wrzeszczałem na niego dobre kilka godzin, nie dając mu przedstawić swoich racji. W końcu bez słowa wyszedł z domu i wrócił dopiero rano, kompletnie pijany. Wreszcie jednak nadszedł wielki dzień. Mój syn, wraz kilkoma innymi ochotnikami, przystąpił do eksperymentu. Ci z nas, którzy odmówili brania w tym udziału, przyglądali się wtedy, jak z rąk do rąk każdego śmiałka przechodzi fiolka scomandrycznej krwi. Kiedy przyszła kolej na mojego chłopaka, ten spojrzał mi w oczy. A ja w jego. Widziałem w nich determinację i bezgraniczną chęć zaimponowania ojcu. Co on widział w moich? Zapewne nadzieję na to, że jeszcze nie jest za późno na odwrót. Lecz było już za późno, gdy w jego ustach znalazła się zawartość szkła.
Początkowo myśleliśmy, że jednak się udało. Ochotnicy odpowiadali na nasze pytania, opowiadali jak teraz czują się silniejsi, odporniejsi, stabilniejsi. Mój syn był w takiej euforii, że latał, szybki jak wiatr, po całym pokoju. I gdy byłem już bliski przyznania się mu, że się myliłem, spełniły się moje najgorsze obawy. Wszystko to przed czym ostrzegał mnie kiedyś Giovanni.
Badani przez nas wojownicy wpadli w szał. Do dziś pamiętam ich demoniczne oczy i kły, żądne naszej krwi. Najbardziej bolesny fakt stanowiło to, że wśród nich był mój syn. Wszyscy rzucili się na alchemików. Część obroniła się przed bestialskim atakiem i uszła z życiem. Niektórzy jednak nie, w tym mistrz gildii.  Pamiętam jak mój syn rzucił się na mnie… i pamiętam to bolesne ukłucie wewnątrz mnie, gdy przebiłem mu serce srebrnym nożem.
Zapadła niezręczna cisza, ponownie. Nikt nie ośmielił się odezwać. Każdy wpatrywał się intensywnie w Mordina, nawet Grix. Narrator zakończonej właśnie opowieści westchnął tylko przeciągle, wyciągnął się i wyjął zza pazuchy poziomkę.
- Wiem co niektórzy z was pewnie teraz myślą – prychnął i zaciągnął się śmiechonką – Co to ma wspólnego z Fargothem? To przeze mnie znaleźliśmy się w tamtym laboratorium, to ja tak uparcie chciałem poznać sekrety Korpusu. Gdyby nie moja zawziętość, komendant byłby nadal z nami. Zdaję sobie z tego sprawę.
- Staruszku, trochę przesadzasz – mruknął Ragnar.
- On ma rację – dodał Nirthi – Nie możesz tego tak brać do siebie. Wszyscy chcieliśmy wejść do pracowni alchemików.
- Usprawiedliwianie mnie nic nie da. Mojemu chłopakowi nie udało mi się pomóc. Ale z Fargothem będzie inaczej. Musi być…
***
Fargoth tymczasem myślami był poza starożytnymi murami ludzkich tuneli. Myślał o Gilbercie, o Nirthim, o Gwen. „Ile bym oddał by mieć ich tu przy sobie. Szczególnie ją… Brakuje mi dotyku jej gładkich dłoni, jej zapachu lawendowych perfum…”.
Nadal nie potrafił ogarnąć nowej sytuacji, w której postawił go Magister. Do tej pory oceniał go jako zwyrodnialca, archetyp niezrównoważonego psychicznie czarownika. A jednak był kimś ponad to – ostatnim przedstawicielem zapomnianego gatunku, desperacko walczącego o przetrwanie w świecie zdominowanym przez wilki. W dodatku nie miał złych intencji, przeciwnie, jego cel wydawał się szczytny, choć trochę naiwnie idealistyczny.
- Czy to na pewno mój wróg? – zadał sobie to pytanie na głos, a echo jego słów rozleciało się w niezbadanej pustce kamiennych korytarzy. Powoli ruszył naprzód, rozdarty wewnętrznie, cały czas bijąc się z myślami.
- „Bzdura! Przypomnij sobie ciało Yean, przypomnij co czułeś, gdy widziałeś jej sponiewierane zwłoki, rzucone w kąt magazynu, potraktowane jak zwykły śmieć. Obiecałeś zarówno sobie i Aardonowi, że ten, który jest za to odpowiedzialny, zapłaci krwią!”
- „Nie, nie, nie możesz podchodzić do tego tak emocjonalnie – odezwał się drugi głos, wywołany z ciemnej pustki umysłu komendanta – Śmierć Yean i Joheru była bolesną stratą, ale nie można za wszystko obwiniać Garah… On nie chciał by tak to się skończyło. Joheru nie dał mu wyboru, Yean zabił Asparo…
- „Nie, nie można odsuwać od niego winy!! Jak w ogóle… przeszło mi to przez myśl!? Asparo jest jego Akolitą, Joheru zginął z jego ręki!”
- „On tego nie chciał. Jedyne czego pragnie to spełnić marzenie brata.
- „Przecież nie może tego robić, zabijając każdego kto mu stanie na drodze! Tak nie można, to nie jest w porządku! Cel nie uświęca środków!!”
- „A może jednak!? Zastanów się, widziałeś jaki świat chce stworzyć Garah – całkowicie czysty od zła i zniszczenia. Krew ci to pokazała. Zawsze o tym marzyłeś”
Far jeszcze raz przypomniał sobie tą falę obrazów, która zalała go po wypiciu krwi Upadłych. Wilki i scomandr żyjący obok siebie, żadnych wojen, żadnej nienawiści. Kontynent był ogrodem, z którego wszyscy czerpali obfite plony, uzyskane dzięki wspólnej pracy. Coś takiego marzyło mu się od małego, od czasów gdy ojciec chodził jeszcze po ziemi.
- Halo? Jest tu ktoś??
Wysoki, męski głos wyrwał go z rozmyślań o lepszej przyszłości. Dopiero teraz spostrzegł, że dotarł do lochów, wypełnionych pustymi celami. Z wyjątkiem jednej.
- Kimkolwiek jesteś, podejdź. Chciałbym chociaż widzieć twarz osoby, która mnie odwiedza.
Fargoth podszedł powoli do trzeciej celi z prawej, w której zamknięty był właściciel tajemniczego głosu. W akcie ostrożności zacisnął palce na rękojeści noża, który sprytnie ukrył pod kieszenią przed Asparo i jego wilkami. Przylgnął do ściany i z wolna wychylił głowę do przodu, zerkając za żelazne kraty i bacznie obserwując wnętrze pomieszczenia. Gdy tylko jednak ujrzał kto się w nim znajduje, uspokoił się. Więcej, zrobiło mu się żal.
Mężczyzna, na oko trzydzieści – czterdzieści lat, siedział w kącie celi, podpierając brodę na kolanach i nerwowo zerkając w stronę Fara. Czupryna jasnych, słomianych włosów zakrywała mu niemal całą twarz, jednakże po złotym kolorze kity komendant domyślił się, że ma do czynienia z Liończykiem. Miał on na sobie jedynie mnisią, wyraźnie zużytą szatę, na szyi widniał zaś srebrny amulet przedstawiający wyrzeźbioną w okręgu postać liońskiego bóstwa.
Więzień podniósł się. Chwiał się na nogach i omal nie upadł, ale w porę przytrzymał się ściany. Po kilku krokach, które musiały kosztować go wiele wysiłku, złapał za kraty i spojrzał przenikliwie na Fara. On też przypatrzył się dobrze twarzy Liończyka. „Akolici nie obeszli się z nim lżej niż ze mną”, pomyślał. Całą twarz pokrywały ciemnoczerwone, poważne rany i siniaki, nos był złamany i wykrzywiony nienaturalnie w lewo. Bardziej niż to zaintrygowały Fara jednak oczy. Jasnoniebieskie, małe, a jednak głębokie, kryjące tak wiele emocji…
Nagle więźniem wstrząsnął niepohamowany dreszcz. Opadła mu szczęka, a oczy stały się nieobecne. Po krótkiej chwili oprzytomniał i znów spojrzał na komendanta badawczo.
- To ty… – wychrypiał – Nowy nabytek Magistra, ostatni Kamień.
- Skąd ty to.. – zapytał Far i urwał. Nagle do niego dotarło co się przed chwilą stało.
- Jesteś Władcą Cieni, mam rację?
- Co-o? A, tak, zgadza się… Jestem Nevran z Lionne. A ty jesteś Fargoth Sapphir III, ha’shet z trzeciego pokolenia, skamandrycki klan Nosferatu, komendant w Twierdzy Kruków, najlepszy agent Syndykatu. A może i nowy Akolita?
- Nie… chyba. Czemu Magister cię tu uwięził?
- Co ci obiecał, hm? – Nevran zignorował pytanie komendanta i nerwowo zacisnął zęby. Jego palce mocniej chwyciły za zimny metal – Czym cię omamił? Zapewne lepszym światem, tak jak mnie kiedyś. Nie wierz w ani jedno jego słowo. To, co planuje Garah, na pewno nie jest dobre dla wilków i scomandr.
Far, stojąc z założonymi rękami, patrzył coraz mniej pewnie na Liończyka. Już wcześniej miał duży mętlik w głowie, lecz teraz zapanował w niej zupełny chaos. Nie wiedział już co jest prawdą. Kto jest przyjacielem, a kto wrogiem?
- Widzę, że jesteś zagubiony, nie potrafisz odnaleźć się w tej sytuacji. Wypuść mnie, proszę. Obiecuję ci, że odpowiem na wszystkie twoje pytania.
Ale Far nadal nie był pewny. Głos, który wcześniej w jego umyśle popierał Magistra, teraz podpowiadał mu by nie spoufalać się z więźniem. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu by pójść dalej przed siebie i zakończyć rozmowę. Jednak sercem był za tym by poznać prawdę.
- Otworzę celę, a ty przedstawisz mi swoją wersję. Ręce trzymaj przy sobie.
***
U wylotu tunelu powitało ich świeże, górskie powietrze oraz świszczący wiatr. Na horyzoncie słońce powoli zachodziło za płaszcz strzelistych, białych gór. Far i Nevran przekroczyli próg korytarza i odetchnęli z ulgą.
- Mam nadzieję, że umiesz chodzić po górach – powiedział Nevran i ruszył w stronę zbocza, łagodnie opadającego w dół. Rozejrzał się. U ich stóp rozprześcierały się śnieżne wydmy i stepy porośnięte niewielkimi kupkami trawy, zaś dalej na północ zauważyli ledwie widoczne mury Kagariny.
Lioński Władca Cieni pierwszy wykonał ruch i ostrożnie zszedł ku najbliższej, budzącej zaufanie półce. Fargoth, nie czekając długo, poszedł w jego ślady. Przeskakiwali z jednej skały na drugą, cały czas uważając, żeby nie poślizgnąć się na lodowej powierzchni. Gdy trafili na ostatnią już półkę skalną, położoną jakieś dziesięć metrów nad śnieżną równiną, chcąc nie chcąc byli zmuszeni zjechać na nogach po łagodnie już opadającym zboczu.
- Tu chyba możemy spokojnie porozmawiać – oznajmił Far, przypatrując się okolicy. Znajdowali się na obrzeżach śnieżnej pustyni, na której zdawali się być jedynymi żywymi istotami. Za nimi rozprześcierały się tylko sięgające chmur pasma gór Tantagor.
- Może się przejdziemy? – zaproponował Nev, po czym skręcił w prawo wzdłuż lodowego muru.
- Dobrze, ale przejdź do rzeczy. Jak poznałeś Magistra? Jesteś jednym z Kamieni, jak ja?
- Tak… i nie tylko – mówiąc to odsunął rękaw szaty i pokazał komendantowi nadgarstek. Był na nim wyryty, jakby z krwi, tajemniczy symbol. Pieczęć, w której wśród pajęczyny wyżłobionych linii można było dostrzec zarys łba jakiegoś stwora. Smoka. Upadłego.
- Co to jest? – spytał naprawdę zdziwiony Far.
- To znak bractwa Akolitów, które istniało za czasów ludzkich. Magister z pewnością ci o tym opowiadał. To co widzisz, to smocza pieczęć, bardzo potężne zaklęcie stworzone przy pomocy magii Krwi. Wzmacnia ono daną cechę bardziej niż normalna krew Upadłych. Szybkość cesarza, siła Lockiego…
- I magia Greeda, tak?
Nevran przecząco pokręcił głową.
- Prawdziwą mocą Greeda uzyskaną przez niego dzięki pieczęci jest łuskowy pancerz Upadłych, twardszy niż wszystko inne na świecie. Magii zaś nauczył go Garah, przy pomocy Krwi Bogów.
- Chyba widziałem już kiedyś tą jego zdolność – zamyślił się Fargoth i ustał na moment. Jeszcze raz przyjrzał się krajobrazowi śnieżnej krainy. Powróciły wspomnienia.
- Dawno nie oddychałem nordmańskim powietrzem – powiedział cicho do siebie.
- Ja mam go już po kokardę od… ilu już? Dwudziestu, dwudziestu pięciu lat? Czas leci tak szybko, ani się obejrzymy a już znajdujemy się z dala od domu, ojczyzny. Eh…
- Interesujące – odpowiedział Far i wskazał na pieczęć Nevrana – A ty jaki Dar otrzymałeś od Garah?
- Słuch – odparł po dłuższej, pełnej napięcia ciszy – Silniejszy od jakiegokolwiek scomandr na ziemi. Potrafię usłyszeć każdy szczegół, oddalony nawet dziesięć staj ode mnie – powiedziawszy to, zmarszczył brwi i ze skupieniem począł spoglądać w kierunku drugiego końca gorskiego łańcucha.
Trwało to trochę i gdy komendant miał już zapytać o coś Liończyka, ten uśmiechnął się triumfalnie i rzekł:
- Dwie, może trzy foki walczą o ryby na wybrzeżu, które znajduje się już niedaleko stąd. Poza tym jedyne co pochwyciły tu moje uszy to niekończący się świst wiatru.
- Hmm, foki mówisz? Przekonajmy się – rzucił szybko Far i popędził przed siebie niczym strzała wypuszczona z cięciwy. Nevrana, nie czekając długo, pobiegł za nim, nie miał jednak wielkich szans. Cały czas ślizgał się po śniegu i lodzie, tymczasem komendant zachowywał nadzwyczajną równowagę. Był szybki, szybszy niż kiedykolwiek.
- „W ogóle się nie zmęczyłem. Czuję się jakbym mógł przebiec kontynent wzdłuż i wszerz przed zachodem słońca.” – przez ułamek sekundy naprawdę zapragnął tylko biec i biec przed siebie.
W końcu, na horyzoncie ujrzał tafle szarej, morskiej wody otulające brzeg piaszczystej plaży. Zahamował ostro, ślizgając się po lodzie i omal nie tracąc równowagi, przed konarem starego, spróchniałego drzewa, które przetrwało na tych martwych terenach, w przeciwieństwie do swych braci i sióstr.
Komendant nie czuł nawet potrzeby by odsapnąć, czuł, że mógłby biec dalej przez kilka następnych dni, tygodni, może nawet miesięcy. Odwrócił się napięcie i wnet spostrzegł dobiegającego do niego Nevrana. Ten zaś, w przeciwieństwie do niego, nie był tak zmęczony od dobrych dwudziestu lat.
- Jesteś… zresztą już pewnie wiesz – zaśmiał się Nevrana, podbiegając do Fargotha. Położył mu rękę na ramieniu i omal nie upadł. Wziął kilka głębszych oddechów, co Far skwitował cierpkim uśmieszkiem.
- Nie jesteś raczej typem Akolity jakiego spotkałem. W jakich okolicznościach właściwie dowiedziałeś się o Krwi Bogów i dołączyłeś do Magistra?
Liończyk w ułamku sekundy spoważniał i spojrzał w stronę zachodzącego słońca.
- Byłem młodym żądnym wiedzy chłopakiem… głupim. Mając paręnaście lat uciekłem z rodzinnej farmy, zapragnąłem zwiedzić świat i odkryć jego tajemnice. Odwiedziłem wiele krajów, badałem ich kultury. Nigdzie nie mogłem znaleźć prawidłowej odpowiedzi na postawione dawno temu, w dzieciństwie, pytanie.
- Jakie to pytanie?
Nevran uśmiechnął się.
- Oh, wiesz… Co było przed Chaosem? Skoro bogowie stworzyli świat, to kto ich stworzył? Czy były przed nami inne cywilizacje? Szukałem odpowiedzi przez wiele lat. Byłem Władcą Cieni i wiedziałem więcej niż powinienem, a i tak było mi mało. Podróżowałem nawet do klanów scomandr, jednak w tamtych czasach Władca Cieni… nie powitano mnie ochoczo.
Tym razem to na twarzy Fara zagościł cierpki uśmiech.
- Lecz wygląda na to, że znalazłeś odpowiedź na trzecie pytanie.
- To prawda. Będąc u Nosferatu i przeglądając ich księgi nie natknąłem się co prawda na to na co liczyłem, ale znalazłem wzmiankę o czymś, co niezmiernie mnie zaciekawiło. Mianowicie, o tajemnym skarbie zakopanym gdzieś na Czarnych Mokradłach w Morrawarze, tajemnym artefakcie ukrytym przez samych bogów. I choć nigdy nie wierzyłem bajkom i legendom, postanowiłem zaufać mądrości Bardów. Wyruszyłem na poszukiwania. Jakież było moje zdziwienie gdy w samym centrum Mokradeł, w starym, opuszczonym chramie Nosferatu znalazłem jeden z Kamieni.
Nerwowo przełknął ślinę i począł mówić dalej, z nieskrywaną fascynacją:
- To było skupisko czystej, ogromnej mocy, jakiego jeszcze nie widziałem. Szeptało do mnie… Mówiło mi o rzeczach, które już przeminęły. Opowiedziało mi całą historię o…
- Zagładzie ludzi – dokończył Fargoth.
- Właśnie. Przez kilka dni dochodziłem do siebie, wstrząśnięty ilością zdobytych informacji. Któregoś poranka u drzwi mego domu w Morrawarze pojawił się Greed z Lockym. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem o Magistrze.
Chwila ciszy.
- On mnie zaczarował. Wiem, to banalne określenie, ale nie potrafię znaleźć innych słów. Opowiedział mi swoją historię, tak samo jak tobie. Zaproponował miejsce wśród swoich Akolitów. Byłem tak zafascynowany, że bez najmniejszych oporów zgodziłem się mu służyć. Otrzymałem Dar Słuchu… miałem odnaleźć pozostałe Kamienie. I pewnie bym to zrobił…
- Ale?
- Zobaczyłem do jakich metod ucieka się Magister. I coś we mnie, bardzo głęboko, podpowiadało mi prawdę. Wiedz, że on wcale nie chce tego co ci obiecał. Udoskonalenie? Oczyszczenie? To wszystko kłamstwa. Dlatego odszedłem. Już drugi raz moja głupota kosztowała czyjeś życie.
- Jak to „drugi raz”? – spytał zaciekawiony Far. Coś w jego wnętrzu lekko zawrzało, wspomnienia rozmowy z odległą teraz osobą powróciły mgliście i natarczywie drążyły w jego umyśle.
Nevran zaś nie odpowiedział od razu. Z założonymi rękoma zaczął maszerować wzdłuż wybrzeża, od czasu do czasu kopiąc przed siebie mały, szary kamyczek.
- Kiedyś miałem siostrę…
- „Miał siostrę” – mruknął znacząco tajemniczy Głos, do tej pory milczący, śpiący w krwi Fara.
- Zrobiłem jej coś… Nie. Nazwanie tego „strasznym” byłoby eufemizmem.
- „Cóż za zbieg okoliczności, prawda?” – retoryczne pytanie odbiło się w umyśle komendanta niczym gumowa piłka. „Nie, to nie możliwe, to byłby zbyt wielki przypadek”.
- …Po nocach śni mi się ten wzór na jej ciele, te linie krwi…
„Nie może być!”
„A jednak…”
- Miała takie ładne imię, po naszej prababci… Gwendolyn.
Nev dopiero po paru krokach zauważył, iż Fargoth za nim nie idzie. Stal dobrych kilka metrów za nim. Wyraz osłupienia zagościł na jego twarzy. Był w szoku, na co tylko czekał Głos.
„Jak można wierzyć na słowo komuś takiemu, zastanów się. Przedstawia Garah jako potwora, to trzeba mieć tupet. Sam robił gorsze rzeczy. Magister, jeśli już kogoś zabijał, to tylko dla osiągnięcia swojego wspaniałego celu, zawsze odczuwał ból gdy musiał pozbawić kogoś życia. Wszystko co robił, robił dla Oczyszczenia. A ten godny pożałowania zdrajca, były Akolita!? Eksperymentował na własnej siostrze dla dziecinnej zachcianki, tylko po to żeby sprawdzić swoje umiejętności! Przecież zawsze gardziłeś takimi osobami!”
- Tak czy inaczej, to już przeszłość. Teraz jedyne co mnie obchodzi to przeszkodzenie w realizacji planu Magistra – dodał po chwili namysłu Liończyk.
„Widzisz!?” – Głos nasilił się – „Nie obchodzi go to co zrobił Gwen. Czy pozwolisz mu stać tu teraz przed tobą bezkarnie i oskarżać jedyną osobę, która może ci pomóc spełnić marzenia? Która jako jedyna wyleczyła w pełni twoją rękę? Nawet twój przyjaciel Shadou tego nie potrafił?
Far wciąż nic nie mówił, wpatrywał się tylko chłodno w postać Nevrana. Powoli zaczynało to Władcę niepokoić.
- Fargoth? Czy wszystko w porządk… – zapytał ostrożnie, lecz nie zdążył skończyć. Nie minęła sekunda, a komendant stał już przy nim, z ręką zaciśniętą na gardle. Dopiero po chwili Nev zdał sobie sprawę, że nie czuje pod stopami powierzchni. Przerażony, spojrzał na wściekłe oblicze ha’sheta, na jego groźne oczy. Były czerwone, jak to oczy demona, lecz…
- „Nie… To Krew Bogów… On już go nią napoił”, domyślił się Liończyk. Ciarki przeszły mu po plecach. Nie czekając długo, sięgnął do pokładów energii sheolu i przyłożył Farowi w brzuch. Fioletowa błyskawica odrzuciła go z impetem aż pod odległy głaz. Z głowy zaczęła mu się sączyć krew.
- Co ci strzeliło do głowy!? Czemu nie wspomniałeś, że nafaszerowali cię już tą trucizną!!??
- ZAMKNIJ SIĘ! NIE BĘDZIESZ MNIE POUCZAĆ, NA PEWNO NIE TY!!! WIEM KIM JESTEŚ – PIEPRZONYM PSEUDO – CHIRURGIEM, KTÓRY MYŚLI ŻE MOŻE TRAKTOWAĆ INNYCH JAK KRÓLIKI DOŚWIADCZALNE! JAK MOGŁEŚ TO ZROBIĆ GWEN, TY SUKINSYNU!!!???
Wyraz osłupienia na twarzy Władcy dodał komendantowi dzikiej radości. Nie wiedział już czy powiedział ostatnie słowa z własnej woli czy to Głos nim kierował. Zresztą nie obchodziło go to.
Rana na głowie zagoiła się w mgnieniu oka. Nie minęły trzy sekundy, a Far zdołał pokonać te kilka metrów, by pochwycić Nevrana i przyciągnąć go do skały, w którą uderzył. Tamten nadal był w szoku, zdołał jednak spytać:
- Skąd ty znasz Gwen?
- MILCZ! ZAPŁACISZ ZA TO CO JEJ ZROBIŁEŚ! JESTEŚ PIEPRZONYM HIPOKRYTĄ, OCZERNIASZ GARAH, A SAM JESTEŚ OD NIEGO GORSZY! ZAMIERZAM DAĆ CI TO NA CO ZASŁUGUJESZ…
W zdumiewającym tempie obrócił się i wyrzucił Nevrana w miejsce, gdzie przed chwilą stali. Zaraz potem skoczył na niego. Jakież było zdziwienie, zarówno Liończyka jak i Fargotha, gdy tylko obezwładnił swoją ofiarę.
Przed sobą Nevran miał czworonożnego wilka. Pradawnego. O gładkiej, jasnobrązowej sierści i puszystym ogonie. Z czerwonymi ślepiami i żyłami tego samego koloru,
wychodzącymi z gałek ocznych. Far był tak zdezorientowany nową sytuacją, że zupełnie uleciał z niego gniew.
- Interesujące… – rozległ się przenikliwy głos, który Far już słyszał w komnacie Magistra. A nawet jeszcze wcześniej, kilka lat temu, w Syndykacie. Obaj, Far i Nev zwrócili spojrzenia w stronę pobliskiego pomnika skalnego , na którym siedział i przyglądał się z zaciekawieniem ich walce Zwinny. Uśmiechał się przy tym, jednak nie tak jak to zwykle robił Greed. Był to raczej uśmiech zadowolenia z powodu dobrze wykonanej roboty.
- Widać Krew Bogów uaktywniła twoje ukryte, nosferackie umiejętności. Zmiennokształtność, siła… Magister miał rację, jesteś lepszy od swojego brata.
Rzucił kątem oka na sponiewieranego Nevrana i dodał:
- Co do niego, na razie go oszczędź. On też ma swoją rolę do odegrania.
„W końcu jesteś to winny Garah. Uleczył cię.”
Far – pradawny łypnął spode łba na leżącego pod nim, posiniaczonego Władcę Cieni i powoli, acz niechętnie, puścił go.
***
Pokonując ostatni szczebel schodów, Greed chwycił za obsydianowi klamkę czarnych wrót wznoszących się dumnie przed nim i ostrożnie je pchnął. Już dawno nie było go w tym pomieszczeniu, Magister nie pozwalał Akolitom wchodzić tu bez pozwolenia. Nic się jednak nie zmieniło.
Lisowczyk przestąpił próg olbrzymiej sali, nazywanej przez jego mistrza Salą Rytualną. To tutaj czterysta lat temu został wiernym Akolitą Garah. Znów miał nad głową ten kopulasty sufit, podtrzymywany przez freskowe filary zakończone głowami smoków. Przed nim rozprześcierała się gigantyczna, czarna scena, podobna do tych, które widzi się w reveiskich teatrach. Nad nią zaś nie dało się nie zauważyć olbrzymich,  witrażowych okien przedstawiających postać ziejącego ogniem, smolistego Upadłego. Magister mówił kiedyś, że nazywa się on Gardianel.
- Podejdź Greed. Chciałeś o czymś pomówić – rzekł z wolna Garah stojący na środku podwyższeniu i przyglądający się beznamiętnie otaczającym go obrazom.
- Zwinny przyłapał Fargotha i Nevrana rozmawiających u stóp Wielkiej Góry. Właściwie powinienem powiedzieć, że była to dość „ostra rozmowa” – uśmiechnął się po swojemu – Komendantowi udało się przemienić w Pradawnego i obezwładnić tego zdrajcę. Wyglądało to trochę jakby Krew całkowicie nim zawładnęła.
- Co oznacza, że nie powinno już być kłopotów z przeciągnięciem półwilka na naszą stronę. Wszystko idzie zgodnie z planem.
Uśmiech Greeda w jednej chwili znikł, zastąpiony typowym wyrazem zwątpienia. Nie uszło to uwadze Magistra.
- Co cię trapi?
- Nic, po prostu… Czy aby na pewno wszystko co robimy jest konieczne? Te eksperymenty, które prowadzi Asparo i Korpus Alchemiczny… Mieszanie w to Kolegium. Przecież oni nie są nam potrzebni! Oni…
- Wątpisz we mnie? – przerwał mu stanowczo Garah.
- To nie tak… Ja… Nie, mój mistrzu. Wybacz mi – mówiąc to przyklęknął na jedno kolano.
- Wiedz Greed, że wszystko ma swoje miejsce we wszechświecie. Pamiętam, że Hofirius uwielbiał to powiedzenie. Nie trap się tym. Wszystko idzie zgodnie z naszym planem.
Lisowczyk kiwnął głową i odwrócił się w stronę wyjścia. Gdy tylko usłyszał trzask zamykanych drzwi, odetchnął głęboko.
„Wszystko idzie zgodnie z planem… mój Mistrzu.”
„I tego się trzymajmy…”

By Rayman
Maj/Czerwiec 2012