W Nordmandii już od tygodnia leżał śnieg. Zima nadchodziła niechybnie. Była noc, a płatki śniegu delikatnie opadały na i tak białą już ziemię. Panował jednak pewien dziwny i nieprzyjazny spokój. Wszystko wydawało się tak jakby…martwe.

Ptaki odlatywały ze swoich gniazd, a niedźwiedzie opuszczały swe jamy, byle tylko być jak najdalej od centrum lasu. Bo to właśnie tam najsilniej odczuć można było to dziwne i przerażające zjawisko. A przyczyną tego niepokoju, który dokuczał okolicy, była czarna postać posuwająca się ciągle naprzód. Nie była to Nordmandka, miała czarne futro. Szła spokojnie, z rękoma splecionymi z przodu. Rośliny obumierały gdy obok nich przechodziła, a wiewiórki, które zrywały żołędzie z drzew, natychmiast się chowały. Jej obecność odbierała z żywych istot całą radość. W końcu kobieta zatrzymała się. Stała przed nią wielka, stara krypta. To był cel jej wędrówki.

Krypta budziła grozę, ale kobieta nie cofnęła się, tylko szła naprzód. W końcu otworzyła drzwi i wstąpiła w progi długiego korytarza schodzącego w dół. Wiedziała dobrze, kto czeka na jego końcu…
- To dziś… – myślała.

Mury, które ją otaczały, zawsze wprawiały ją w zdumienie. Czuć było od nich moc i zarazem starość. Wiedziała, że pochodzą na długo przed pojawieniem się wilków. Tak przynajmniej mówił on…
W końcu w oddali zobaczyła w ścianie drzwi. Przyśpieszyła, aby jak najszybciej przekazać wiadomość. W końcu nacisnęła klamkę, a jej oczom ukazała się czarna, przerażająca komnata.

Na wprost od niej biała postać siedziała na czarnym tronie. W kominku palił się ogień, a obok tronu stała taca z butelkami wypełnionymi czymś, co miało przypominać wino. Czarna chwilę patrzyła na swego mistrza, po czym powiedziała:
- Panie, wszystko już gotowe.
Owa biała postać przez chwilę milczała, myśląc nad czymś, ale zaraz odpowiedziała:
- Doskonale. Rozpoczynamy fazę pierwszą.

***

-  Jak ja nienawidzę deszczu. Tylko muł się robi na tych bagnach… – takie myśli nachodziły Fargotha w drodze do twierdzy. Tydzień temu, gdy przebywał w Lotrii, dostał natychmiastowe wezwanie od KalKila, wodza klanu Nosferatu. Nie wiedział po co. Domyślał się jednak, że chodzi o jakąś nową misję pojednawczą.

- Tak swoją drogą – mówił do siebie – mogliby tu w jakieś drogi zainwestować albo co innego. A tak to trzeba przez te wszystkie drzewa się przepierdzielać.
Far nie lubił zbytnio, gdy jego przełożeni odrywali go od jego zajęć w Lotrii lub w Lasach Amebyjskich i kazali mu wyruszać natychmiast do Morrawaru. Taki był jednak los głównego komendanta Syndykatu. Organizacja ta miała na celu utrzymanie dobrych stosunków między wilkami a tajemniczą rasą scomandrów, która ujawniła się 10 lat temu. Jak na razie tylko trzy klany zawarły sojusz i przymierze z wilkami: Nosferatu, którzy praktycznie rządzili Syndykatem, a także Tremere i Ravnos. Pozostali albo byli neutralni albo nawet nie pałali sympatią do wilków. I właśnie to ich próbował pojednać Syndykat.
Fargoth szedł i szedł, aż w końcu ujrzał na wzgórzu cel jego wędrówki.
- Nareszcie – powiedział do siebie.
Przed jego oczyma, pośrodku lasu i na tle słońca stała bowiem wspaniała forteca. Była to Twierdza Syndykatu, ich główna kwatera oraz miejsce nieustannych spotkań i konfederacji.

Stała sobie na gołym, niepokrytym drzewami, wysokim wzgórzu, na który prowadziły kamienne schody. Otaczały ją potężne i masywne mury z wieżami po czterech stronach. Far wszedł po schodach, musiał jednak przejść na druga stronę, gdyż to tam były drzwi. Przeklął pod nosem i przeszedł obok strażników, którzy nawet nie pytali go w jakiej sprawie przychodzi. Wiedzieli bowiem kim jest.
Komendant, ilekroć tu wchodził, nie mógł się napatrzeć na tą wspaniałą budowę. Było to dzieło zarówno wilków jak i wampirów. Tu i ówdzie na ścianach dało się zauważyć herb Syndykatu, czyli srebrnego gryfa na niebieskim tle. W twierdzy mieszkało wiele ras wilków, najczęściej jednak były to wilki leśne i bagienne. Prócz nich żyli tu też różni posłowie Nosferatu, a także kowale i kupcy z klanu Ravnos.

Kilkoro wilków i scomandrów zauważyło już przybycie komendanta. Podchodzili do niego, witali go i pytali o jego sukcesy w Lotrii.
Tymczasem on zauważył swoją ulubioną panią porucznik oddziałów łuczniczych, która jak to miała w swoim zwyczaju, zasypywała szeregową masą rozkazów.
-I dopilnuj, żeby tym razem stajenny zamknął konie na cztery spusty! Już osiem razy nam uciekały – mówiła – A, i powiedz oficerowi, że mam już dość tego, jak jego chłopcy podglądają mój oddział pod prysznicem. Jeszcze jeden taki przypadek a osobiście ich wypatroszę.
- Oczywiście pani porucznik. Zaraz im to przekażę – ale gdy miała już iść, zobaczyła głównego komendanta.
- Ooo, miło pana znów widzieć komendancie – odpowiedziała z uśmiechem na twarzy.
- Na pewno nie milej niż mi – tutaj uśmiechnął się porozumiewawczo. Tą zalały rumieńce na twarzy, natomiast porucznik zagadnęła do Fargotha:
- Dobrze, że w końcu pan wrócił, komendancie. Wiem, że ma pan wiele zajęć w Lotrii, ale niech pan nie zapomina, że to jest pana główna siedziba i powinien pan o nią trochę bardziej dbać.
- Ależ, proszę przyjąć moje najszczersze przeprosiny, pani porucznik. Jest mi niezmiernie przykro, że czuła się tu pani taka samotna i że było tak pani ciężko beze mnie. Powinienem lepiej o panią dbać, ma pani rację.

- Ja sama umiem o siebie zadbać – powiedziała zdenerwowana już porucznik.
- Nie wątpię. Ale gdyby czuła pani potrzebę pobycia z mężczyzną sam na sam to…
- Dosyć! Na pewno ma pan dużo innych spraw, niż podrywanie swoich podwładnych – a gdy spojrzała na rozbawioną do łez szeregową, fuknęła na nią:
- A pani chyba też ma się czym zająć, prawda!? – po czym obie oddaliły się. A Far, gdy tylko zobaczył że odeszły dość daleko, parsknął śmiechem i pomyślał:
- To mi się chyba nigdy nie znudzi.
Gdy był już w środku pałacu i szedł do sali spotkań, zatrzymał się nagle, bo przyszło mu na myśl, żeby coś zjeść.
- Nie będę przecież gadał z tymi ważniakami na czczo. Zajdę do mojego ulubionego bufetu czyli do…
I zatrzymał się przed drzwiami z napisem „u Wujka Bonfiricziego”. Gdy chciał pociągnąć za klamkę zatrzymał na chwilę rękę, bo słyszał dokładnie odgłosy jakiejś awantury. W obawie, że Bonfiricziemu grozi jakieś niebezpieczeństwo, wyjął z pochwy Sapphirę, podszedł do drzwi i wyłamał je (choć i tak były otwarte).
To co jednak zobaczył wprawiło go w zdziwienie, a potem w lekką irytację pomieszaną ze współczuciem. Wujek Bonfiriczi nie miał żadnych kłopotów, za to kłócił się, i to nie pierwszy raz z lehmarskim kowalem Thorimem, który musiał z nim dzielić jedno pomieszczenie.

 

- Ile razy mam ci powtarzać, stary grzybie!?- wrzeszczał Thorim – To nie moja wina, że ci cholerni oficerowie każą mi dzielić z tobą moją kuźnię!
- Nie twoją kuźnię, tylko MOJĄ KUCHNIĘ! Byłem tu pierwszy. A skoro już musisz tu przebywać to mógłbyś coś zrobić z tym twoim dymem. Gorszy tu zaduch, niż w jaskiniach Nosferatu!
Ale w tej chwili zauważył że ze zdziwieniem patrzy na nich komendant, więc spojrzał tylko gniewnie na Thorima i zwrócił się do Fara:
- Nareszcie przychodzi ktoś, kto docenia moja pracę! Witaj komendancie, nie mogłem się doczekać waszego powrotu! – i gdy już go wyściskał z radości, powiedział do Thorima:
- Może byś już tak wrócił do swojej zadymanej pracy, co?? Jestem pewien że masz mnóstwo zamówień na te swoje tandetne zbroje.
Thorim zaczerwienił się ze złości, ale zamiast wybuchnąć, burknął coś tylko i poszedł w swoją stronę.
- Ech, nie cierpię tego Lehmarczyka… No, w czym mogę pomóc mojemu ulubionemu komendantowi?? – zapytał z uśmiechem na twarzy.
- Właściwie to zaraz mam jakieś spotkanie, ale jestem straszliwie głodny po całej tej podróży i…
- Ani słowa więcej – odpowiedział ze śmiechem Bonfiriczi – Wiem, co przywróci ci siły – moje słynne w całym Morrawarze pieczone żeberka z miodem gryczanym.
I po 5 minutach przed Fargothem stał talerz pachnących żeberek.
- Ta twierdza ma swoje plusy i minusy – myślał Far – Ale warto tu wracać, choćby dla tego żarcia.

***

Po jakże pysznym posiłku Fargoth powędrował do sali obrad, w której zniecierpliwieni czekali już na niego KalKil i Joheru, generał sił zbrojnych Nosferatu. Sala ta urzekała swoją architekturą, szczególnie piękne były kolumny rozstawione wokoło. Wnętrze oświetlał kryształowy żyrandol. Far zajął miejsce, po czym szybko rzucił:
- Sorry za spóźnienie, ale niełatwo dostać się do Morrawaru w tym sezonie. Co to za pilna sprawa?
- Taka, którą jak widać sobie olewasz, skoro się spóźniasz i masz czelność robić sobie z nas jaja – odpowiedział mu ktoś spod ściany.
Dopiero teraz Fargoth zobaczył, że jest tu jeszcze jeden osobnik. I była to ostatnia postać jaką chciał widzieć.
- Irving… Można wiedzieć co cię tu sprowadza? Co on tutaj robi dziadku? Myślałem że ta sprawa dotyczy tylko mnie.
- Dotyczy ciebie i twojego brata – odrzekł spokojnie KalKil – Ta misja jest zbyt ważna, dlatego będziecie współpracować.

- Pojmujesz młody? Czas na chwilowe zawieszenie broni – po czym Irving wyciągnął rękę do komendanta.
Far chwilę patrzył chłodno na swojego brata, ale w końcu uścisnął mu dłoń, po czym usiadł i zapytał:
- No więc, czego dotyczy ta misja??
Wódz wziął głęboki oddech, chwilę nad czymś myślał, w końcu zaczął mówić:
- W ostatnim miesiącu klan Lamijczyków odnalazł na terenie swojej świątyni pewien relikt. Artefakt ściślej mówiąc.
- Czy wiemy coś o jego wyglądzie i przypuszczalnym celu? – wtrącił Irv.
- Niestety nie – odpowiedział tym razem generał – Z raportów wynika tylko to, że to wielki na trzy metry szkarłatny kamień. Problem polega na tym, że w pracach archeologicznych mających na celu jego odkopanie, brała udział znaczna część mieszkańców Lasów Amebyjskich. Klan Lamia jednak nie dopuszcza ich w jego posiadanie.

- Ten kamień może mieć znaczenie nie tyle kultowe, co wartościowe. Jeśli konflikt pomiędzy Lamijczykami a Amebyjczykami potrwa trochę dłużej możemy mieć kolejną wojnę domową… A tego byśmy chyba nie chcieli, prawda?- spytał ironicznie KalKil.
- Co mamy robić?- Fargoth zdaje się przechodził do sedna.
- Zadanie wydaje się dość proste – przybywacie do Lasów i idziecie zbadać kamień. Nie przewidujemy trudności ze strony Lamii. Może i nie podzielają naszych poglądów, ale nigdy nie robili problemów. Gdy już tam dotrzecie, będziecie musieli wynegocjować jakiś kompromis między królem Amebyjczyków a przywódca klanu.
- Jak powiedział wódz, misja dosyć łatwa – powiedział generał – Jednak i tak się pilnujcie. Jeden fałszywy, spontaniczny ruch i wojna domowa może być nieunikniona.
- Mamy wyruszyć sami, czy dostaniemy jakiś oddział? – spytał Irving.
- Na miejscu połączycie siły z grupą zwiadowczą. A poza tym… jest jeszcze coś dla ciebie, Fargoth.
- A konkretniej trochę??
I wtedy do sali wpadł rozweselony biały wilk. Jego radość nie trwała jednak długo, gdyż zaraz poślizgnął się i zaliczył glebę.

- A to kto? Tremere przysłali nam błazna, czy co? Bo nie kumam – spytał Irving.
- To twój nowy rekrut i pomocnik, Far.
- Gilbert z Nordmandii – odpowiedział z uśmiechem Nordmandczyk – Nowy członek Syndykatu i twój największy fan. Znam całą historię Ujawnienia Scomandr a szczególnie to jaki brałeś w niej udział.
- Gnojek ma swojego fana? – spytał z ironią Irv – To coś nowego.
Far patrzył przez chwilę na niego i wyglądał jakby chciał się na niego rzucić ale zamiast tego zwrócił się do Gilberta:
- Wiesz co, w Syndykacie nie wystarczy sama teoria. Tu potrzeba też dużej siły woli, a w razie potrzeby – ostrego miecza.
- Nie ma obawy, nie jestem tylko gadułą. Kiedy trzeba mogę się bić choćby na gołe pięści, choć przyznaję że wolę używać do tego miecza. Ha, miejcie się na baczności wrogowie. Ja i mój komendant, Fargoth Sahpir III Wspaniały damy wam popalić!
- Podoba mi się ten białach-powiedział komendant i wstał z fotela- Ok., to załatwmy to w miarę sprawnie. Jutro z samego rana wyruszymy do Lasów.
- Cieszy mnie twój entuzjazm Far, ale pamiętaj: bądź ostrożny. I nie palnij nic głupiego jak już spotkacie się z Lamią.
- Dziadku, czy ja cię kiedyś zawiodłem?
- Mogę ci wyliczyć, chcesz?? – spytał Irving – Podpaliłeś gabinet dziadka, zgubiłeś mojego syna podczas spaceru, o mało co nie zabiłeś Władcy Cieni z Nordmandii…
- Dobra, skończ już i zacznij się pakować.

***

Niestety, zła pogoda dotarła nawet do Lasów Amebyjskich. Od trzech dni lał deszcz i obóz był zatopiony w wodzie. Komendant strasznie się nudził, jedyną jego rozrywką było ciągłe ogrywanie Gilberta w karty.
- No nie, znów mnie pan pokonał! Niezły jest pan w te klocki, komendancie!
- Już ci mówiłem chyba trzy razy, żebyś mówił mi po imieniu, tak jak każdy mój rekrut.
- Przepraszam, taki nawyk – Gilbert oparł się jedną ręką – Tak swoją drogą, jak pan myśli, co za artefakt znaleźli Lamijczycy, że może to wywołać wojnę domową??

- Kto to wie? – Far wzruszył ramionami – Mój stuknięty brat poszedł ze zwiadowcami sprawdzić, czy teren jest spokojny.
- Heh, fajnie gdyby pojawiła się jakaś rozróba! Chętnie bym pokazał paru Lamijczykom gdzie ich miejsce!
Fargoth pokiwał tylko głową z politowaniem, ale też z uśmiechem na twarzy. W tej właśnie chwili z dżungli wyłonił się generał Joheru ze swoimi żołnierzami. Komendant i jego rekrut widząc to, podnieśli się i podeszli do nich.
- Jakieś wieści? – spytał Far, nie dając dojść do słowa Gilbertowi, który zaraz by się rozgadał.
- Irving sprawdził teren. Jest najzupełniej w świecie spokojnie – po czym zwrócił się do żołnierzy – Wracajcie do obozu Wielkiego Szamana i czekajcie tam na mnie. Chciałbym chwile porozmawiać z komendantem.
A gdy już się oddalili, powiedział do Gilberta:
- Na osobności…
Ten trochę się naburmuszył, ale widząc wzrok komendanta wykonał polecenie i wrócił do namiotu.
- To o czym chciał pan pogadać generale?? Czy coś się stało??
- Nie, nie…widzisz, chciałem ci tylko podziękować komendancie.

Fargotha trochę, a nawet bardzo to zdziwiło więc zapytał:
- To… ee, miłe, ale co ja takiego zrobiłem?
- Dużo razem przeszliśmy. Na wielu bitwach wspierałeś mnie. Nie miałem okazji ci podziękować za tyle dobrych rzeczy, które dla mnie zrobiłeś. Zawsze cię bardzo lubiłem, mimo twojego dość kapryśnego charakteru.
Zaśmiali się obaj i podali sobie ręce. Fargoth jednak wyczuł niepokój generała i zapytał:
- Czy coś się stało?
Joheru chwilę milczał. Fargoth patrzył na niego uważnie.
- Ja umieram… choroba postępuje powoli, ale idzie naprzód. Zostało mi niewiele czasu.
- Ja.. nie wiedziałem. Mogę coś dla ciebie zrobić??
- Tylko jedno. Wiedz, że nic nigdy nie jest proste… Zachowaj dla mnie te słowa i przemyśl je w wolnej chwili…
Zaraz potem odszedł i zostawił Fara zbitego z tropu. Gdy Gilbert zobaczył, że generał jest wystarczająco daleko, podbiegł do komendanta i spytał:
- Co chciał generał Joheru??
- A gdzie się podziało „panie komendancie” !? – i zirytowany oddalił się od swojego zdziwionego rekruta.

***

Komendant i oficer Irving szli leśną drogą, cały czas mając się na baczności. Za nimi podążali Gilbert i zwiadowcy. Sanktuarium Lamii miało znajdować się niedaleko od ich lokacji, jednak nie tak łatwo było się przedrzeć przez gąszcz lasów deszczowych.
- Czy my w ogóle idziemy dobrą drogą? – narzekał Far – Może dziadzio znów zapomniał włożyć okularów i dał nam niewłaściwą mapę?
- Po pierwsze, mapa jest od generała – odpowiedział znudzonym głosem Irving – A po drugie to właściwa mapa, tyle że wybrałem dłuższą drogę.
- Rozumiem… a możesz z łaski swojej powiedzieć dlaczego??
- A dlatego, że na głównym szlaku doszło już do zbrojnych potyczek – tak donoszą moi zwiadowcy.
- Czemu nam pan wcześniej nie powiedział? – spytał z oburzeniem Giblert.
- Ty byś się od razu pchał do walki. Poza tym, zdaniem generała nie powinniśmy na razie stawiać się po żadnej ze stron – ani po Lamii, ani po Amebyjczykach. Wybraliśmy tą drogę żeby tu na nich nie wpaść.

Im głębiej jednak się zapuszczali, tym bardziej się gubili. Poza tym komendanta zaczął od pewnego czasu ogarniać jakiś niepokój. Zupełnie jakby ktoś ich obserwował. Wchodzili akurat na mokradła, gdy Far zaproponował by zawrócili.
- Co, nagle strach obleciał wielkiego Fargotha z Morrawaru? – zakpił Irving.
- Daj spokój, to nie jest śmieszne! – oburzył się – W tym miejscu jest coś… dziwnego. Lepiej zawrócić, żeby…
Ale jego brat wcale go już nie słuchał, tylko nabijał się z niego. Zwiadowcy też powoli zaczynali się śmiać. Far nie był już zaniepokojony, ale cały posiniał ze złości.
- Niech pan przestanie! – krzyczał Gilbert – jak pan może naśmiewać się z tak wielkiego bohatera!? I to w dodatku pana brat!
Ale to wcale nie pomogło, bo Irv tylko jeszcze bardziej się roześmiał. Był jednak na tyle przytomny, że nagle zauważył strzałę pędzącą w kierunku komendanta. Zanim Far i Gilbert zorientowali się o co chodzi, Irving skoczył i osłonił tego pierwszego. Rana przeszyła mu pierś, na co on odpowiedział głośnym skowytem.
- Cholera, Irving słyszysz mnie!? Hej, ocknij się kretynie, nie zdychaj mi tu!- krzyczał tak głośno jak mógł Fargoth. Zaraz potem myśli krążyły mu w głowie: – Wiedziałem że coś jest nie tak z tym miejscem. Ha’sheci czują takie rzeczy. Tylko kto mógł wymierzyć ten strzał? Lamijczycy?? To nie ich tereny… Kutwa, nieważne, trzeba go stąd zabrać!
Zobaczył, że Gilbert i zwiadowcy pochylają się nad nim i nad jego bratem z przerażeniem. Zdecydował że najlepiej szybko przywołać porządek:
- Nie stójcie tak! Trzeba go zabrać do obozu generała!
- A co z misją?- spytał jeden ze zwiadu. – Nieważna, przede wszystkim musimy zadbać o Irvinga. No ruszcie się i pomóżcie mi go zabrać!

Gdy tylko zwiadowcy unieśli oficera, ruszyli biegiem za komendantem i jego rekrutem. Zaczynał się prawdziwy wyścig z czasem.
- Tylko nie zdechnij, błagam cię! – myślał sobie Far. Po drodze pokaleczyli sobie porządnie stopy o ciernie, ale komendanta to nie zraziło, biegł ile sił w nogach. Jego rekruta bardzo zdziwiło że się tak przejął raną swojego brata, ale w porę ugryzł się w język, wiedział, że lepiej na razie o to nie pytać.
Jakaż była radość Fargotha gdy w końcu ujrzał namioty Nosferatu. I jakież było jego zdziwienie i szok, gdy siedzący na pniu generał wyskoczył mu naprzeciw i zawołał:
-A nie mówiłem!? Złapaliśmy bratobójcę na gorącym uczynku!!

by Rayman
październik/listopad 2010