Far patrzył jak ten słup, to na Joheru, to na KalKila. Nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą usłyszał.
- To.. to musi być jakieś nieporozumienie. Przecież ja nigdy bym…
- Zamilcz! – wrzasnął Joheru – Nie mamy powodu, by słuchać twoich parszywych kłamstw! Fakty są takie, że to ty zabiłeś oficera Irvinga!

Far spojrzał na dziadka. Widział w jego oczach smutek, ale i rozczarowanie. Zanim cokolwiek jednak zdążył powiedzieć, uprzedził go Gilbert:
- Na jakiej podstawie oskarża pan głównego komendanta, słynnego Fargotha Saphira III z Morrawaru o tak potworną rzecz?! Nie ma pan dowodów!
- Może i nie mam – uśmiechnął się tajemniczo – ale posłuchajmy co mają do powiedzenia wilki oficera Irvinga.
Jeden z nich wystąpił naprzód i powiedział: – Nie mam zamiaru ukrywać tego co się stało. Ten potwór obok mnie z zimną krwią wbił strzałę, którą miał w kieszeni w pierś oficera!

- To prawda- odezwał się drugi – sukinsyn myślał, że jeśli znajdziemy strzałę, to nie pomyślimy że to on. Ale na szczęście widzieliśmy to na własne oczy.
- WY WREDNI ŁGARZE!! – Gilbert nie wytrzymał i wyciągnął miecz. Zwiadowcy odsunęli się na kilka kroków. Fargoth, z trudem otrząsnął się z tego co przed chwilą usłyszał i w porę przytrzymał swojego rekruta.
- Generale! – krzyknął jeden z żołnierzy Nosferatu – na tej strzale czuć wyraźny zapach ręki hasheta.
- Dowodów nam już chyba wystarczy – powiedział z triumfem Joheru.
Fargoth spojrzał błagalnie na swojego dziadka.


On nadal nic nie mówił. Komendant mógł jednak odczytać z jego twarzy „zawiodłem się na tobie”.
- To niedorzeczne! – wybuchnął nagle Gilbert – Z jakiego powodu komendant miałby mordować swego brata!? On nie jest mordercą, on jest bohaterem wy idioci…
Nie mógł dokończyć, gdyż zaraz po słowie „idioci” dostał pięścią w brzuch od jednego z żołnierzy. Zawył, upadł na czworaka i splunął krwią. Far poczuł jak wściekłość ogarnia jego ciało. Przeniósł swój wzrok z Gilberta na Joheru i z zimną krwią wyszeptał:
- Jesteś zadowolony? Bo właśnie udało ci się mnie wkurzyć.

Chwilę później jego oczy rozbłysły na czerwono, a przy zębach pojawiły się kły. Wyzwolił w sobie najpotężniejszego demona, jakiego kiedykolwiek udało mu się rozbudzić. Powalił Sapphirą dwóch żołnierzy Nosferatu, podniósł Gilberta i powiedział:
- Uciekaj ile sił w nogach!
KalKil stał zdezorientowany, tak samo zwiadowcy i scomandr. Natomiast Joheru krzyknął:
- Nie stójcie tak! Łapcie bratobójcę!
Komendant jednak tego nie usłyszał, gdyż był już daleko.

***
Żaden z tutaj obecnych nie domyślił się, że są obserwowani. Trójka towarzyszy, zasłonięta przez własne cienie, stała na szczycie wzgórza i przyglądała się całemu incydentowi. Jeden z nich, bardzo mięśniony, przyglądał się wszystkiemu z miną małego dziecka. Stała przy nim czarna wilczka, obok której wszystkie rośliny więdły i umierały. Trzeci z nich, o chytrym uśmieszku, lisowczyk, podparty był o palmę i jako jedyny chichotał z tego co widział przed chwilą.
- To…nie do końca taki…plan miał być… Magister inaczej kazał – rzekł wielki – Co teraz?
- Mag ognia jest stracony, ale może to i lepiej – powiedziała czarna – Ten komendant… on lepiej się nadaje.
- Twierdzisz, że Magister się myli, Dante??
- Nie, Locky, oczywiście że nie – odpowiedziała spokojnie – Mówię tylko, że ta zmiana może przynieść nam korzyści.
- Heh, a jak nam niby pomoże kiedy już go złapią i skażą na egzekucję? – spytał ironicznie milczący do tej pory lisowczyk.
- W tym już twoja głowa, żeby go nie złapali. Wiesz co masz robić, Greed.
Odpowiedzią był złowieszczy uśmiech i oddalenie się w niewiadomym kierunku.

Tymczasem komendant i jego rekrut pędzili co sił w nogach, byle tylko znaleźć jakąś kryjówkę przed nadciągającymi żołnierzami.
- Komendancie… – wyszeptał Gilbert- Nawet jeśli się tu gdzieś schowamy, oni i tak nas znajdą. Przecież wy, Nosferatu, macie doskonały węch.
Ale Fargoth go nie słuchał. Zdążył już polubić tego namolnego błazna i nie chciał, żeby cierpiał przez niego.
Tak bardzo byli pochłonięci ucieczką, że nie zauważyli pojedynczych strzał wystrzeliwanych w ich kierunku.
- Schyl głowę, Gilbert! Oni chcą nas postrzelić, a potem, rannych, zwinąć!!
„Zaraz”, pomyślał, „Nosferatu, ani żaden inny klan nie posługują się łukami”. Zanim jednak zdążył ogarnąć się w tej całej sytuacji, dwie włócznie, z niepohamowaną szybkością wbiły się w jego ciało. Jedna – w rękę załataną mu kiedyś przez starego przyjaciela, a druga w brzuch. Uklęknął, zawył i chciał już upaść, jednak Gilbert go powstrzymał.

- Musimy pozbyć się tego gówna z twojego brzucha, komendancie!
Rekrut ostrożnie i powoli wyciągał kij. Gdy jednak wykonał swoje zadanie, poczuł dziwny zapach. Znikąd pojawiły się straszne, zielone opary od których dało się poczuć smrodliwą woń. Gilbert zachwiał się na nogach, poczuł jak jego siła i umysł odpływają. Ranny komendant czuł to samo. Obaj upadli na ziemię i zapadli w głęboki sen. Zielona chmura zniknęła.
Fargoth widział tylko jedno: ciemność. Zdawało mu się że wokół niego krążą czyjeś głosy. Zdołał otworzyć oczy, choć widział mgliście i niewyraźnie. Leżał w łóżku, w drewnianym pokoju, a obok niego siedziało dwoje wilków. Jeden był masywny, umięśniony jak wół, drugi wilk to była kobieta o jasnym futrze. Gdy Farowi wzrok się poprawił, pierwsze co powiedział to:
- Czy to naprawdę wy??

Azrak i Lorelei, jego dawni przyjaciele, siedzieli przed nim z zakłopotaną miną. Dopiero po chwili poznali kto do nich przemówił.
- Gówniarz? – spytała Lu. Fargoth teraz był już całkowicie pewnym z kim rozmawia. Udało mu się usiąść na brzegu łóżka i odpowiedzieć:
- Ooo, to tak witacie swoich gości?? Od razu na dzień dobry rzucacie w nich błotem?

Jego przyjaciele uśmiechnęli się, widząc że Far jest w dobrym stanie psychicznym. Chwilę później wymieniali uściski dłoni.

-Nawet nie wiem od czego zacząć…Jak…Gdzie.. Co wy tu robicie??- spytał komendant.

-Mieszkamy- odparł Azrak.

-Znaleźliśmy ciebie i tego białego koło domu- dodała Lorelei.

-No właśnie! Gdzie jest Gil…- nie dokończył bo właśnie w tej chwili do pokoju wbiegł jego uradowany rekrut.

-Komendancie, wiedziałem że nic panu się nie stanie!- krzyknął Gilbert i rzucił się mu na ręce. Ten jednak odsunął się, na co Lu i Azrak wybuchnęli śmiechem.

-Zaraz, zaraz… czegoś tu nie kumam. Znaleźliście nas koło swojego domu?? O ile pamiętam zemdleliśmy w samym środku puszczy…
Małżonkowie popatrzyli na siebie zdziwieni.
- Far, leżeliście nieprzytomni koło domu. Mówię całą prawdę, i tylko prawdę – powiedziała Lua.
Komendant zamyślił się. „Czy to możliwe by ktoś nam pomógł i nas przetransportował pod ich dom?? Po co ktoś miałby to robić?? I skąd się wzięła tamta zielona mgła?? Czy to były jakieś czary??”
Z zamyśleń wyrwał go Azrak:
- Odpocznijcie trochę, a później nam wszystko opowiecie. Musicie się wykurować. W tym czasem pomieszkacie u nas.
Jego przyjaciele zamierzali już wyjść, gdy nagle Lu obróciła się i powiedziała:
- Fargoth, powinieneś o czymś wiedzieć. Dostałeś włócznią w lewą rękę, w miejsce zszycia ci jej przez Shadou. Maść, której użył… – tu głos jej się zawiesił więc Azrak dokończył:
- Sądzimy, że mogła ulec zniszczeniu.
Far lekko zesztywniał i spuścił wzrok. Gilbert przyglądał mu się z zaniepokojeniem, tak samo Azrak i Lu. W końcu wyszli z pokoju i pozwolili mu wszystko przemyśleć. Wtedy mruknął pod nosem:
- Jakbym mało ja miał kłopotów….

***

Na dziedzińcu w Twierdzy Syndykatu zebrali się wszyscy mieszkańcy. Byli bardzo poruszeni, gdyż generał Nosferatu zwołał ich, by przekazać coś ważnego. Każdy zastanawiał się, o co może chodzić. Na ich czele stał główny oficer Aardon oraz porucznik Oddziałów Strzeleckich, pani Yean.
Między zebranymi zapadła cisza gdy na balkonie pojawili się KalKil i Joheru.

- Moi drodzy członkowie Syndykatu!- zaczął generał – Zawsze byłem dumny z pracy jaką wykonujecie. Staracie się utrzymać ład i pokój między wilkami a scomandr. Każdy z klanów powinien być wam za to wdzięczny!
Tu na chwilę przerwał. Każdy z nich oczekiwał na dalszą przemowę, natomiast oficer Aardon patrzył nań dziwnie, jakby coś go zaniepokoiło. W końcu Joheru począł mówić dalej:
- Niestety, nawet wśród dzielnych lwów… że was tak porównam… może znajdować się jadowita żmija. I mówię tu o tym parszywym zdrajcy Fargocie Saphirze III z Morrawaru, który 5 dni temu zamordował swojego przyrodniego brata, szanowanego oficera Irvinga!!!

Na dziedzińcu zapanowało poruszenie. Jedni patrzyli z głupimi minami to na siebie, to na Joheru. Drudzy krzyczeli bluźnierstwa w stronę balkonu. Aardon nadal dziwnie przyglądał się generałowi. Tylko Yean zachowywała zimną krew.
- To co pan powiedział, to za przeproszeniem jest gówno kobolda, a nie prawda!! – ryknął nagle Bonfiriczi – Znam komendanta lepiej niż większość tu obecnych i
mogę z czystym sercem powiedzieć, że nie jest on mordercą. Jedynymi, którzy giną od jego miecza – są przestępcy i demony!
- Zgadzam się! – rzekł nagle Thorim, a Bonfiriczi spojrzał na niego z głupią miną.
- No co się tak lampisz?! Nie znoszę cię, ale tu akurat masz rację. Niby po co Fargoth miałby to robić?? Może by zastąpić miejsce Irvinga jako następca KalKila?? Daj spokój generale, chyba sam w to nie wierzysz!?
- Nieistotne, czemu komendant tak postąpił – odezwał się nagle KalKil – Wszystkie tropy wskazują na niego. Przykro mi, ale Fargoth Saphir III z Morrawaru zostaje uznany renegatem i od dnia dzisiejszego Syndykat ma za zadanie odnaleźć go… i stracić.
To wywołało oburzenie ze strony słuchaczy. Nawet Aardon i Yean spojrzeli gwałtownie i z niesmakiem w stronę przywódców Nosferatu.

-Dość tych waszych fochów!! – zagrzmiał generał – Fargoth ma zostać pojmany i zabity, czy to się wam podoba czy nie! A teraz rozejść się!
Kiedy na dziedzińcu nie został już ani jeden wilk i scomandr, Joheru ruszył do swojego pokoju. Tam zastał czekających nań zwiadowców z głupimi uśmieszkami skierowanymi w jego kierunku. Joheru wyciągnął sakwę i wręczył im po dwieście złotych monet.
- Dobrze się spisaliście – mruknął.
Ci bez słowa wzięli zapłatę i udali się w swoim kierunku. Kiedy Joheru przekroczył próg gabinetu i usiadł w fotelu, pomyślał:
- Wybacz mi Far… gdziekolwiek teraz jesteś…

***

Pogoda, wcześniej deszczowa, dzisiejszego dnia była wyjątkowa słoneczna. Słońce ogrzewało bawiących się na dworze Gilberta oraz dzieci Azraka i Lu. Fargoth spoglądał na nich smętnie, sam grzecznie odmawiał dołączenia do zabawy.

- No nie, znowu wygrałeś Hugo!- oznajmił z żalem Gilbert.
- Bo ja, psze pana, to jestem mistrzem w kości!
- Chwalipięta…. – odpowiedziała cicho dziewczynka o imieniu Nadja.
Dzieci wybuchnęły śmiechem, nawet Far, zapominając o swoich problemach, uśmiechnął się lekko. Nie zauważył wchodzącej na ganek Lorelei, niosącej tacę z dwiema filiżankami kawy.
- Pomyślałam, że przyda ci się coś na nerwy – powiedziała. – Dzięki… – odpowiedział zaledwie. Pociągnął łyk i odstawił filiżankę. Lua przyglądała mu się przez pewien czas ze smutną miną. W końcu powiedziała:
- Zmieniłeś się przez te 10 lat. Wcześniej podchodziłeś do problemów bardziej optymistycznie.
- Cóż, wtedy to akurat gówniarz ze mnie był – odpowiedział z uśmiechem.

Popatrzyli na siebie i zachichotali. Przez pewien czas wspominali dawne czasy, wszystkie przygody które spotkały ich z Shadou. Far zamyślił się przez chwilę, po czym wyznał:
- Wiesz Lu, bycie głupim dzieciakiem jest chyba o wiele łatwiejsze niż dorosłe, dojrzałe życie… Przez te 10 lat myślałem że wszystkie moje problemy zniknęły, że jestem teraz najszczęśliwszą osobą na świecie.
- Młody, głowa do góry. Zobaczysz, cała ta sprawa jakoś się ułoży. Twój dziadek chyba nie pozwoli tym z Syndykatu cię skrzywdzić.
„Mój dziadek”, pomyślał Far. Ani słowem się nie odezwał kiedy ten go potrzebował. A Joheru… jeszcze przed misją wyznał mu że choruje. Fargoth nagle doznał olśnienia. Nagle pojawiło mu się w głowie wytłumaczenie tego co go spotkało, nawet jeśli były to mylne poglądy.
- Ktoś mnie wrobił! To część jakiegoś spisku – powiedział.

***

- Niby jaki spisek?? – spytali równocześnie Lu i Azrak, siedząc na kanapie. Far chodził tam i z powrotem, myśląc nad czymś głęboko.

- Słuchajcie, znam generała Joheru nie od dziś. Wiem, że nigdy nie miał mi nic za złe, zawsze bronił mnie jak przeskrobałem coś u dziadka. On jest w coś zamieszany, coś przez co musiał mnie wrobić.
- Nawet jeśli tak jest – przerwała Lu – to nie możesz zakładać od razu że ten cały Joheru nie działa z własnej woli…
- On by tego nigdy nie zrobił! Może tu chodzi o jego chorobę… Ktoś zaszantażował go, żeby mnie sprzedał w zamian za lekarstwo.
- Co, może jakiś zły i potężny alchemik?- zapytała z kpiną Lua.
- Możesz nie wierzyć, ale to by nawet wyjaśniało jak znaleźliśmy się z Gilbertem pod waszym domem.
- Nie ma takiego zaklęcia, żeby…
- To nieważne – przerwał jej Azrak – Co zamierzasz zrobić, Far?

- Hmm.. jeżeli to naprawdę jest jakiś spisek, to sam sobie na pewno nie poradzę…
- Zaraz, a kto powiedział że jesteś sam, komendancie?! – oznajmił nagle podsłuchujący do tej pory Gilbert. Wszedł do pokoju i z dumą powiedział:
- Ja z panem to mogę nawet do bram piekieł iść.
- Heh, dzięki młody… ale obawiam się że to nie wystarczy. Z własnych doświadczeń wiem, że do takich spraw najlepsza jest dobra ekipa. A naszą dwójkę trudno nazwać „ekipą”.
- Raczej trójkę. Chcę iść z wami – oznajmił nagle Azrak.
Zdziwienie na twarzy Fara i Gilberta nie mogło się równać z tym co widać było na twarzy Lu. Wstała i spiorunowała męża wzrokiem.
- Azrak, czy ci rozum odjęło!? Przecież masz dom, masz rodzinę… Dzieci potrzebują w tej chwili ojca a ty chcesz się bawić w łowcę przygód??
- Oni potrzebują pomocy, Lorelei. Znam Themer, stolicę Lasów. A tam zawsze znajdzie się jakiś najemnik gotowy do współpracy. Na moim miejscu zrobiłabyś chyba to samo.
- Oczywiście, że tak!! Ale wtedy, gdybym nie miała swoich bliskich. Co ty w ogóle sobie wyobrażasz!?

Fargotha zaczynało ogarniać powoli poczucie winy z powodu całej tej niezręcznej sytuacji.
- Doceniam twoją ofertę, stary – powiedział – Ale Lu ma rację. Nie powinieneś…
- Podjąłem już decyzję Fargoth. Lorelei, porozmawiamy o tym później. Idę na spacer – po czym, bez słowa, wyszedł z pokoju. Towarzyszyły mu cały czas zarówno pełna poczucia winy twarz Fara jak i wściekłe spojrzenie jego żony.

***

Księżyc rzucał światło przez okno do pokoju Fara. Zamyślony i pogrążony w wyrzutach sumienia komendant myślał nad tym, co jeszcze może spieprzyć się w jego życiu. Obwiniał się za to, co spotkało Irvinga, który, gdyby go nie osłonił, może nadal by żył. Obwiniał się za to, że zawiódł dziadka, uciekając z miejsca wypadku, zamiast bronić się przed zarzutami. I obwiniał się też za to, że być może, rozwalił małżeństwo jego najlepszych przyjaciół.

- Po dziesięciu wspaniałych latach… znów jestem… nędznym idiotą – mówił sobie.
Wciąż krążyły mu w głowie krzyki dobiegające z pokoju Azraka i Lu. Nie mogąc spać, skupił się na planie Azraka. Razem z Gilbertem mieli udać się do Themer. Tam mieli poszukać wśród dawnych kontaktów Azraka wilków, które zgodziły by się dołączyć do drużyny Fara.
- Tak, tylko co to za drużyna. Ekipa płatnych najemników, którzy będą pomagać tylko po to, żeby włożyć im do ręki dużo miedziaków. A przy pierwszej lepszej okazji, nawet mogą nas sprzedać – powtarzał sobie do znudzenia komendant. Pamiętał swoich starych przyjaciół, gdy razem, na dobre i na złe, bez względu na okoliczności, zawsze mogli na siebie liczyć. On, Shadou, Nirthi, Azrak, Lu i Serakhiel.
Poczuł jak ręka go piecze. „No tak, to pewnie skutek tego o czym wspominała Lorelei” – pomyślał. Wstał i skierował kroki do kuchni w poszukiwaniu jakiejś maści.
Tam, z ogromnym zdziwieniem, zauważył że ktoś siedzi na krześle. Jamalla, najmłodsza dziewczynka Azraka i Lu, siedziała na krześle ze spuszczoną głową. Far, zakłopotany, podszedł do niej. Zauważył że jest bardzo podobna do mamy.
- Rodzice poważnie się posprzeczali. Tata gdzieś wyszedł, nie wiadomo gdzie. Zawsze wychodzi, jak jest smutny…
- Wiem… – odpowiedział Far. To było jedyne na co mógł się zdobyć. Patrzył przez jakiś czas na podłogę, aż Jamalla odezwała się:
- Proszę się nie martwić. To przecież nie pana wina.
„To jest moja wina” – pomyślał komendant.

Wczesnym rankiem Fargoth był już na nogach. Klęczał przy łóżku i pakował do plecaka wszystkie przydatne rzeczy. Okłady lecznicze, prowiant, dziennik. Miał na sobie założonego ravnosa.
- Już dawno go nie nosiłem – pomyślał.
Założył na plecy Saphirę i wyszedł na zewnątrz. Tam czekali już na niego Gilbert i Azrak, też z pełnymi plecakami. Gdy podszedł do nich, jego rekrut powiedział:
- No to komu w drogę, temu czas.
- Chyba nie chcieliście odejść bez pożegnania? – zapytała z uśmiechem Lua stojąca w drzwiach. Zza nich wybiegły dzieci, które szybko znalazły się obok Azraka i zaczęły jeden po drugim go przytulać.
- Tatusiu, tylko wracaj szybko!
- Tak, i uważaj na siebie.
- Obiecuję – odpowiedział z uśmiechem.

Lu podeszła do Fara i uścisnęła go.
- Miło było cię znowu zobaczyć młody.
- Ciebie też, stara.
Wymieniła tez uścisk dłoni z Gilbertem, aby w końcu podejść do Azraka i pocałować go prosto w usta.
- Proszę, bądź ostrożny, kochanie.
Obejmowali się dłuższy czas, co wprawiło Fara w zmieszanie. Gdy Lua i dzieci weszły już z powrotem do domu, Azrak powiedział:
- Czas na nas.
Po czym trzej towarzysze skierowali kroki w głąb puszczy, do Themer, w poszukiwaniu sojuszników do walki ze Spiskiem.

 

by Rayman
listopad/grudzień 2010