Zła, deszczowa pogoda dotarła nawet na pustynne tereny Varrantu. Krople deszczu opadały na mury więzienia Syndykatu, który mieścił swe forty na fałym kontynencie.
Wśród odgłosów uderzającej o ziemię wody można było usłyszeć od czasu do czasu wycie i lamentowanie zwyrodnialców, których Syndykat zamykał w tym zakładzie karnym. Na najwyższym poziomie budynku, w ciemniej, odizolowanej celi siedział skulony, pogrążony w myślach czerwony pies. Prawdopodobnie najgorsza szumowina w całym tym zakładzie.

Postać ta zauważyła jak powoli wśród deszczowych chmur wyłania się światło słońca. Wiedział, że już niedługo ulewa przejdzie, rozpłynie się.
- Szkoda… – powiedział, dziwnie się uśmiechając – A ja tak lubię deszcz.

Wstał na nogi, po czym zawołał do jednego ze strażników:
- Heeeeeej, panie klawiszuuuu! – zaśmiał się ponuro.
Strażnicy popatrzyli na siebie posępnie.
- Ech.. Wiedziałem, że prędzej czy później zacznie nam utrudniać robotę – powiedział jeden, mniejszy.
- Nasi poprzednicy ostrzegali, że jest jak wrzód na dupie.
Więzień splunął, po czym zawołał raz jeszcze:
- No co wy… nie bądźcie tacy drętwi, jak wasi koledzy – zaśmiał się – Przekonamy się, jacy z was faceci!
- Ciszej tam!!! Bo jak ojca kocham, przypieprzę ci w ten naćpany pysk!

- Oooo, wilczek warczy, ha ha! Ciekawe czy gryźć też potrafi!?
Zaraz potem drzwi otworzyły się z trzaskiem, a do celi wszedł strażnik z wyciągniętym batem. Jakież było jego zdziwienie, gdy nikogo nie zastał w środku. Gdy jednak spojrzał w górę, było już za późno. Czerwony zleciał na niego i jednym szybki ruchem skręcił mu kark. Zaraz potem głowa strażnika potoczyła się w głąb celi. Jego towarzysz nie miał czasu by zainterweniować, gdyż czerwony ze zdumiewającą zwinnością i szybkością skoczył zaraz ku niemu i pazurami obdarł mu gardło.
- Nareszcie świeże jedzonko… – powiedział do siebie i dobrał się do rozerwanej szyi.

Niedługo potem na korytarz wpadła cała chmara strażników. Czerwony oderwał się od gardzieli, spojrzał na wilki i oblizał wargi. Chwilę później zaczęła się rzeź. Podłogi zostały powoli zakrywane ciałami zabitych. Więzień zachowywał się jakby wpadł w istny szał krwi. Ale gdy wybiegł na główny plac szczęście go ominęło. Z każdej strony otoczony był przez grupę rozwścieczonych żołnierzy.
- Nadchodzi wasz czas, wilki!! – wykrzyczał nagle – Nadchodzi czas ognia i błyskawic!! Nadchodzi czas ulewy, pochłaniającej dusze!! Nadchodzi czas Piekła, nadchodzi Ragnarok!!!
Wielka kula energii, wypłynąwszy z rąk więźnia odrzuciła i porządnie odkształciła ciała varrantckich żołnierzy. Zaraz potem nastąpił wybuch, a cały budynek runął jak domek z kart i zapalił się jak pochodnia. Tymczasem czerwony pies biegł już w stronę lasu.

Nie minęło wiele czasu, gdy na miejsce wypadku przybył generał Nirthi i Arukar, kapitan Świętej Gwardii.
- Ty, naczelniku! – zawołał Nirthi, na co pewien krzepki wilk podbiegł do niego.
- Co tutaj się stało, jaśnie pana!? Nic się panu nie stało!? Mam nadzieję że nie… – spytał przerażony Aru i puścił przymilnie oko do naczelnika.

- Wię… więzień uciekł, panowie! To straszne!
- Spokojnie, naczelniku. Kto taki uciekł?
- To… to ten czerwony pies… Grix…
Generał i kapitan popatrzyli na siebie.
- Cholera… – odezwał się pierwszy Nir.

***

- No i jesteśmy. Themer – oznajmił z radością Far.
On i jego druhowie rozbili niedawno obóz w gąszczu palm kokosowych. Rankiem udali się w dalszą wędrówkę, a teraz podziwiali widoki z niewielkiego wzgórza nad stolicą Lasów Amebyjskich.
- Łaał.. To robi wrażenie – powiedział Gilbert.
- To prawda – odpowiedział Arak.

Wszyscy trzej zaczęli pomału schodzić ze wzgórza ku równinie. Zbocze było łagodne, aczkolwiek wilkom i tak trudno było zejść na dół. Gdy już się z tym uporali, Far zwrócił się do Azraka:
- Masz jakieś pomysły, kogo moglibyśmy tutaj… zwerbować?
- Hmm… W dzielnicy klasztornej zawsze ktoś się znajdzie…
- Skup się, Azrak. To nie może być byle kto. Musimy znaleźć jakichś specjalistów.
- Wiem o tym… A co powiesz na alchemika?
Fargoth doznał zaskoczenia, i to miłego zaskoczenia. W jego nowej drużynie pomoc kogoś z jakimikolwiek uzdolnieniami magicznymi czy alchemicznymi byłaby nieoceniona.
- Powiedz mi coś więcej o tym alchemiku.
- Z tego co mi wiadomo to jakiś staruszek z Nordmandii. Należał do Korpusu Alchemicznego, ale odszedł jakieś dwa lata temu. Był też znany jako wybitny profesor na akademii w Reveis. Autor wielu ksiąg naukowych, jak…
- Oszczędź mi jego historii, błagam cię stary. Może coś o jego uzdolnieniach?

- Cóż, jest alchemikiem piątego stopnia. Ma chyba na imię Mordin. Słyszałem jednak, że potajemnie studiuje księgi samej Reddelahorhe. Wiesz, matki Shadou. Podobno umie robić rzeczy o jakich marzy wielu magów z Kolegium Taumaturgii.
- Noo, to jest coś, co mi się podoba. Gilbert, zapisz go na naszą listę. Jak już go znajdziemy i przekonamy do naszej sprawy, zajmiemy się poszukiwaniem innych osób.

Jakkolwiek miasto wyglądało przepięknie na zewnątrz, tak od środka nie było zbyt zachęcające. A przynajmniej dzielnica klasztorna.
Brudne, poplamione gdzieniegdzie krwią ściany stanowiły tylko dodatek do posępnego życia tej dzielnicy. Wszędzie roiło się od oprychów, biedaków i tanich dziwek. Fargoth, jego rekrut i Azrak przystanęli na chwilę obok mostu wiodącego do dzielnicy handlowej.
- Myślę, że lepiej będzie jeśli sam odwiedzę naszego kandydata. Wy tu na mnie poczekajcie.
- Co!? Ale dlaczego komendancie?? Ja chcę iść z tobą, podobno jestem twoim REKRUTEM!
- Taa… Ale moje umiejętności perswazji są lepsze, niż gdybyśmy go mieli razem przekonywać.
- Phi.. Ja też umiem być charyzmatyczny!
Far zmarszczył brwi, ale zaczął mówić dalej:
- Wy tymczasem rozejrzyjcie się tutaj. Jeśli zauważycie jakiegoś godnego najemnika, nakłońcie go do spotkania ze mną. No to życzę szczęścia panowie.
I czym prędzej pobiegł mostem na drugą stronę, natomiast Gilbert i Azrak zostali sami. Nie wiedzieli jednak, że z dachu pobliskiego budynku para jadowicie zielonych oczu spogląda w ich stronę…

Wśród rzędu kamienic jedna wyróżniała się aż zanadto. Pokryta bluszczem i kwiatami przypominającymi róże i strzeżona przez dwa kamienne gargulce. To był właśnie cel wędrówki Fara.
Komendant żwawym krokiem stanął przed drzwiami i zapukał. Powtórzył to, kiedy po dłuższej chwili nie otrzymał odpowiedzi. Za trzecim razem usłyszał już tupot stóp i drobne przekleństwa wymierzone w jego stronę.
Otworzył mu biały, starszy wilk w czerwonej szacie a’la czarodziej, oraz z buteleczką zielonego płynu przywiązaną do brzucha.

Zanim zdążył się przedstawić, Mordin zmierzył go wzrokiem i powiedział:
- Nie! skończył mi się biały proszek i nie załatwię wam fischettu. Nie!!! Poziomek śmiechonek też już nie mam, handel z Malkavian to trudna sprawa. Tak czy siak, dla kogokolwiek pracujesz, odpowiedź brzmi: NIE – po czym zatrzasnął drzwi.
Far, lekko zirytowany, zapukał po raz kolejny. Mordin zaś otworzył i spojrzał nań pytającym wzrokiem.
- Ja tu w innej sprawie, alchemiku.
- O? A to ciekawe. Więc pewnie nie pracujesz dla Krwawej Sekty. Cóż, przepraszam za moje nieuprzejme, aczkolwiek uzasadnione zdenerwowanie. Zapraszam.

Dom Mordina był jednym wielkim laboratorium. Na półkach leżały książki, gdzieniegdzie stały też flakoniki wypełnione nieznanymi Fargothowi eliksirami. Na jednym z obrazów wisiał dyplom, na którym było napisane Dla honorowego członka Koła Piromanów, za jego niezwykłe osiągnięcia.

Mordin, nie robiąc sobie nic z obecności gościa, skierował kroki do półki, na której szatkował jakiś gatunek żaby, często widzianej przez komendanta w Morrawarze. Obok stała klatka z tremerysjkim feniksem.
- Em… uroczy ma pan domek – powiedział Far.
- Tak, w rzeczy samej, ale chyba nie przybyłeś tu by stwierdzać rzeczy oczywiste, co wilku??
- Jestem ha’shetem z trzeciego pokolenia… Nieważne. Widzisz, alchemiku, byłem komendantem Twierdzy Kruków, głównej bazy sławnego na cały kontynent Syndykatu…
- Tak wiem. Cele – zjednoczenie wszystkich wilków i scomandr. Mizerne skutki. Wilki są głupie, trochę potrwa zanim osiągniecie ten cel. Chociaż w tępieniu potworów jesteście dobrzy.
- Daruj mi analizę, staruszku – komendant zaczynał się już niecierpliwić – Problem polega na tym, że zostałem wrobiony w morderstwo swojego brata. Nikt mi nie wierzy, poza moim rekrutem. Potrzebuję pomocy, a ty jesteś chyba osobą, która zna się na takich rzeczach.
Mordin zamyślił się. Fargotha trochę to trapiło, chciał żeby powiedział mu wreszcie, czy jest zainteresowany.
- To ciekawa historia, komendancie – powiedział w końcu – Niemniej jednak, ja nie pracuję z byle kim.
- Że co!? – Far poczuł wzburzenie.

Mordin, całkowicie spokojny, wrócił do krojenia składników.
- Moje usługi nie są darmowe. Pomogę ci, jeśli mi udowodnisz, że jesteś godzien mojej pomocy.
Fargoth prychnął i odpowiedział:

- To co mam niby zrobić, żeby zdobyć twoje „uznanie”. Przynieść ci głowę garkaina?? A może mam ci buty wypucować!?
- I po co te nerwy. Od razu widać że jesteś ignorantem, komendancie. Pójdźmy na taki układ: pójdę z tobą… na razie, a ty pokażesz mi swoje umiejętności.
- Ale jak, do cholery!?
Wtem na ulicy zapanowało ostre poruszenie. Wilki latały wokoło przerażone. Gdy komendant i alchemik wyszli na ulicę, jeden z nich krzyknął do Mordina:
- Alchemiku!! Pomóż!! W dzielnicy klasztornej jest chaos! Hawks znów się pojawił, a najemnicy próbują go złapać, przy okazji robią istny burdel!!
- Noo… Teraz masz szansę, komendancie.

***
- Hej…. czy ty też masz wrażenie, jakby ktoś nas obserwował?? – spytał nagle Gilbert.
Rekrut komendanta czuł już od dłuższego czasu czyjeś spojrzenie na plecach. Nie mógł jednak zlokalizować kto ani skąd ich obserwuje.
- Nie, wcale a wcale – odpowiedział Azrak.
- Coś mi się tu nie podoba, Azrak… Nim zdążył dokończyć, dostał porządnie pięścią w brzuch. Czarna, chuda postać zrobiła nad nimi przewrót w przód i stanęła przed wilkami twarzą w twarz. To był…
- Asamit!!! – krzyknęli jednocześnie Gilbert i Azrak.

Obaj wyciągnęli miecze. Asamit wykonał podwójny skok i zaatakował ponownie Gilberta, jednak tym razem ten był na to przygotowany. Gdy napastnik wyciągnął pazury, Gilbert zamachał mieczem i ciął w jego dłoń. Ciemna krew poleciała u stóp Asamita, który uskoczył na bok. Gilbert zaczął powoli, ale stanowczo wymachiwać w niego mieczem. Scomandr odparowywał ciosy, jednak był zmuszony do cofania się. Kiedy do kontrataku dołączył Azrak, Asamit przeskoczył ich i podciął Gilberta. Biały wilk upadł, a miecz wyleciał mu z ręki. Wówczas to scomandr zaczął kontratakować dużego wilka. Nie zauważył nawet nadbiegających z dzielnicy handlowej Fara i Mordina.

Po serii nieudanych ciosów, gdy Asamit skierował szpony w twarz Azraka, ten zacisnął palce obu dłoni wokół jego przegubu i z niewiarygodną siłą rzucił go o ścianę. Nim napastnik zdążył wstać, dwa długie noże wbiły jego ręce w ścianę budynku. Noże należące do Fargotha.
- Jestem pod wrażeniem – pochwalił go Mordin.
- O, jak miło, że udało mi się zrobić na tobie wrażenie, staruszku.
- Komendancie!! Fajnie, że wpadłeś! – zawołał Gilbert – A pan to pewnie…
- Mordin. I tyle wystarczy, bez zbędnych tytułów.
Fargoth podszedł powoli do uwięzionego przeciwnika i spojrzał w jego oczy. Nie było w nich jednak nienawiści ani żalu. Patrzył na niego z surową obojętnością. Przykucnął przy nim i spytał:
- Kim jesteś??

- Darkasurri, to moje imię – odpowiedział krótko.
- Czemu zaatakowałeś moich towarzyszy??
- Byłem głodny… Prawdę mówiąc… nadal jestem.
- Że co!? Ty sukin… – zaczął Gilbert, jednak Far dał mu do zrozumienia żeby przestał.
- Hmm… nie sądziłem, że spotkam tu osobnika wymarłego klanu. Co tutaj robisz??
- Idę tam, gdzie każe mi Zew. Zew Zabijania. Jestem ostatnim asamickim heretykiem.
Towarzysze spojrzeli na siebie. Żaden z nich, nawet Mordin, nie wiedział o czym on mówi.
- Opowiedz nam o asamitach-heretykach – poprosił Fargoth.
- Mój klan jest odpowiedzialny za śmierć Giovannich. Wszyscy nasi bracia spoza naszego klanu, Nosferatu, Tremere, Ravnos i inni… Mają nas za potwory. Słusznie – zamilkł, po czym mówił dalej – Jednak nie wszyscy Asamici chcieli śmierci naszych Białych Braci. Zanim wielki Wregsenyhry rozpętał piekło i rzeź w Krainie Białych Wilków, w plemieniu nastąpił bunt. Na jego czele stał Kharrgerry… mój ojciec. Powstanie nic nie dało. Mojego ojca i większość heretyków wybito. Niektórzy uciekli, w tym ja. Chciałeś historię – więc ją otrzymałeś.

Nastało długie milczenie. Nikt nie wiedział, czy wierzyć w historię pojmanego scomandr. Może to tylko pułapka, asamit chce grać na zwłokę, aż zjawią się jego kumple??
- Wierzę ci – powiedział w końcu Far – Nikt nie wymyśliłby raczej takiej historyjki na poczekaniu, nawet scomandr. Ale dlaczego jakoś żaden klan nigdy o was nie słyszał, to znaczy o heretykach??
- Mało kto o nas wie. Bunt został szybko stłumiony, tak szybko że nawet nie mieliśmy czasu ogłosić się przed innymi klanami.
W tym momencie usłyszeli wybuch. Gdy spojrzeli na główną ulicę, zobaczyli rozwścieczony tłum różnych wojowników różnej rasy. Ścigali zakapturzoną osobę skaczącą z dachu na dach, byle by tylko umknąć przed swoimi prześladowcami.
- To właśnie Hawks, ten najemnik o którym mówiłem – powiedział Mordin – Lepszego snajpera nie znajdziecie w tej dziurze. Praktycznie zawsze trafia ze swojego łuku.
Kiedy tłum już się rozbiegł, Far powiedział do swoich towarzyszy:
- Ktoś taki jak on będzie nieocenionym członkiem naszej ekipy. Chodźcie, może uda nam się dogonić tamtych najemników.
- Nie zapomniałeś o czymś – powiedział Azrak i wskazał na Darkasurriego.
Komendant myślał przez chwilę co by z nim zrobić. W końcu wpadł na pewien odważny, choć w gruncie rzeczy niebezpieczny pomysł.
- Jeśli nam pomożesz w zwerbowaniu tego Hawksa, puścimy cię wolno.
Zauważył, że jego drużyna chcę już wyrazić niechęć co do tego pomysłu, więc ich uciszył i zapytał:
- No to jak będzie? – Przyjmuję twoją propozycję… – Tak od razu?? Skąd masz wiedzieć czy można mi zaufać??
- Wyglądasz jak wilk, ale twoja krew pachnie krwią Nosfera. Jesteś ha’shet. Wilkowi bym nie zaufał, scomandrowi tak.
- A czy ja mogę zaufać tobie?
- Tak. Jednak musi ci wystarczyć tylko moje słowo.
- To nierozważna propozycja, ale może przynieść owoce. Ja bym go zabił – odparł beznamiętnie Mordin.

***

Tłum rozzłoszczonych żołnierzy i najemników zgromadził się w bezpiecznej odległości naokoło starej katedry. W okrągłym oknie, w najwyższej wieży czaiła się zakapturzona postać z łukiem w pogotowiu. Hawks, obiekt znienawidzenia wszystkich bandziorów w Themer… i idealny partner dla Fargotha i jego towarzyszy.
Komendant, jego uczeń, alchemik i asamit czekali, w pewnej odległości od tłumu, na Azraka, który poszedł dowiedzieć się co nieco. Gdy się wreszcie pojawił, powiedział:
- Nie jest dobrze. Co prawda, najemnicy mają problem z wejściem do katedry, gdyż Hawks może powystrzelać ich jak kaczki. Jest naprawdę dobry. Spójrzcie – wskazał ręką kilka ciał leżących obok masywnych drzwi do przybytku.
- Wszystkie strzały w głowę. Wszystkie celne – powiedział Mordin.

- Ale ja nadal nie rozumiem, za co ci najemnicy go ścigają. I komu tak zależy na jego śmierci?? – spytał Gilbert.
- Głowni gracze to Niebiańskie Sokoły z Nordmandi, Krwawa Sekta i jacyś wojownicy – mnisi z Klasztoru Harrg w Lionne.
- Co możesz nam powiedzieć o ich uzbrojeniu i taktyce? – Far musiał wiedzieć coś o swoich rywalach.
- Ci mnisi korzystają ze sztyletów, czasem z katan. Atakują szybko i bezwzględnie, to podobno najlepsi skrytobójcy. Krwawa Sekta to typowa banda najemników tyle że mają na swoich usługach Brujah…
- Dzieci Chaosu – mruknął Darkasurri – Niedobrze…
- Błękitne Sokoły praktycznie rządzą tą częścią miasta. Podobno Hawks zabił niedawno brata ich przywódcy. Naraził się też pozostałym najemnikom. Właśnie dlatego go ścigają – tu Azrak zwrócił się do Gilberta.
- No cóż… – powiedział Fargoth – Powinniśmy się pospieszyć, zanim tamci dopadną naszego snajpera. Rozejrzyjmy się trochę.
Cała piątka ominęła bandę najemników i skierowała się na tyły katedry. Tam jednak znaleźli coś innego niż chcieli…

Na ulicy naprzeciwko, zza drzwi, wypadł ciemnobrązowy wilk, a zaraz potem z gospody wyszła zdenerwowana gospodyni.
-I więcej mi tu nie wracaj, gnoju jeden!! Nie chcemy cię tu więcej.
- Spoko kochana, nie trać brody! O co tak się wściekasz?? Wypiłem tylko trochę więcej niż zwykle. Nie obrażaj się – jednak kiedy wyciągnął rękę w pobliże piersi kobiety, ta dała mu po pysku i upadł w błoto, po czym zamknęła drzwi przed nosem.
- Ech… kolejna ropucha zaklęta w niewiastę chyba, no bo kto by się oparł memu urokowi!
Kiedy spostrzegł piątkę naszych towarzyszy, powiedział z ironicznym śmiechem:
- Kuźwa, wiele w życiu dziwadeł widziałem, ale takiej bandy cudaków nigdy, ha ha!
Komendant popatrzył na niego z politowaniem, po czym wyciągnął rękę i pomógł mu wstać.
- Daruj sobie, moczymordo. Kim jesteś?
- Kim jestem!? Kim, kuźwa, jestem!?? Jestem Ragnar Młotoręki, najlepszy cholerny weteran wojenny, aż z Lotri, pragnę kuźwa dodać! A wy to kuźwa kto??
- Niech cię to nie interesuje. Skoro jesteś najemnikiem, to dlaczego nie pomagasz przy obławie na tamtą katedrę?? Ukrywa się tam ten znany Hawks.

- Eee… No ja miałem się za to wziąć, ale… No kutwa, nie o suchej mordzie, nie!?
- Mędrzec mawia – zaczął Darkasurri – Krowa która dużo muczy, mało mleka daje.
- Co, kuźwa!? Czy ja wyglądam jakbym miał cztery cyce!?
Ekipę zaczęła już śmieszyć ta rozmowa oraz postać domniemanego „weterana”. Znużony tym wszystkim Mordin powiedział:
- Dosyć tych żartów. Wiesz jak się dostać do katedry? Bo jak nie, nie jesteś nam potrzebny.
- Phi.. A jużci że wiem! Ale zyskami za Hawksa dzielimy się jakby co po połowie!
- Nie chcemy go złapać – powiedział Gilbert – Chcemy go zwerbować, kapujesz?
Ragnar popatrzył na nich lekko zdziwiony i zdezorientowany po czym wybuchnął śmiechem.
- No, do bandy takich chędożonych dziwaków na pewno dołączy najemnik, który zamiast brać zlecenia, katrupi innych najemników, hehe…
- Po prostu powiedz nam jak się dostać do katedry – westchnął Azrak – Potem rób co chcesz.

- Spoko, duży. Jest jeden sposób żeby wejść do katedry inaczej niż przez drzwi główne. Znam tajne wejście do dzwonnicy. Stamtąd wejdziemy na wyższy poziom po linie.
Cała piątka popatrzyła po sobie zawiedziona. Lepszy ryż niż nic, pomyśleli.

***

Najemnicy schowali się przed nią, a ona patrzyła z zimną krwią na ich barykadę. Spoconą, ale opanowaną dłonią sięgnęła po kolejną strzałę i nałożyła ją na cięciwę. Żadnych oznak ruchu ze strony jej wrogów. Jednak ona miała się na baczności. Nagle zza barykady wyszli ci przeklęci mnisi i zaczęli.. modlić się. Zdezorientowało ją to. Chwila nieuwagi starczyła by ci ruszyli z katanami w stronę bramy. Z niebywałą szybkością wystrzeliła trzy strzały, jedna po drugiej, które zaraz wwiercały się w oczodoły mnichów. Nagle coś nią wstrząsnęło. Za barykadą nie było już Krwawej Sekty i Niebieskich Sokołów.
- Cholera, gdy skupiłam uwagę na mnichach, ci pewnie przeszli na bok. I zamierzają zrobić szturm. Muszę zmienić pozycję.
Gdy jednak odwróciła się jej wzrok spotkał się ze wzrokiem brązowego wilka, który był równie zdziwiony co ona.

- Ty… jesteś kobietą? – zapytał zszokowany Fargoth. Stała przed nim zgrabna, wysoka wilczyca z łukiem w dłoni. W mgnieniu oka złapała za strzałę, nałożyła ją i wycelowała w twarz komendanta.
- Kim wy u diabła jesteście!?
Far zdawał się nie słyszeć co ona do niego mówi. Był zbyt oniemiały z zachwytu.
- Halo!! Zadałam ci właśnie pytanie!
- Wybacz… Po prostu nie wiedziałem, że legendarny Hawks to taka atrakcyjna sunia – zaśmiał się Fargoth.
Jej reakcją na to był potężny kopniak w krocze komendanta, na co ten odpowiedział głośnym piskiem.
- Au… – mruknął Gilbert.
- Nigdy, ale to nigdy nie mów do mnie sunia!!! „Sunię” możesz znaleźć w tutejszych burdelach. Przed sobą masz najlepszego łucznika w całym Themer. A tak w ogóle… mam na imię Gwendolyn.
- Kuźwa… nie znasz się na żartach? – spytał wkurzony komendant.
- Ha! To się kutwa nazywa dynamit, nie dziewka! – zawołał z zachwytem Ragnar.
- To czego ode mnie chcecie?

Gdy Far już rozprostował wszystkie posiniaczone kości, rzekł:
- Należę do niejakiego Syndykatu, o którym pewnie słyszałaś – na co Gwen kiwnęła głową.
Przez jakąś minutę Far opowiedział jej swoja sytuację, w której się znalazł.
- I dlatego potrzebuję dobrej ekipy, żeby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. A ty… – spojrzał na Gwen i znów poczuł jakby go coś ukłuło w serce. Przełknął ślinę i powiedział:
- Ty byłabyś cennym nabytkiem w mojej drużynie.
- Hmm…. – zamyśliła się na chwilę – To bardzo ciekawa historia. I chętnie bym pomogła, pomijając to, jak patrzysz się na moje piersi – uśmiechnęła się triumfalnie, Far się zmieszał, a Ragnar wybuchnął pełnym beknięć śmiechem.
- Niestety, mam tu swoje kłopoty, jak już pewnie wiesz.
- A gdybyśmy ci pomogli z tymi najemnikami? – zaproponował Gilbert.
Gwen nie zdążyła odpowiedzieć, ponieważ ni stąd ni zowąd wszyscy usłyszeli dziwny hałas. Jakby… ktoś wyważył ścianę.
Cała siódemka zbiegła z wieży dzwonniczej i wpadła na sam środek przybytku. Przy bocznej ścianie, a właściwie tego co z niej zostało, stała grupa uzbrojonych w topory i miecze wojowników w czerwonych pancerzach i kolczugach. Stały za nimi masywne i umięśnione stwory z ostrymi jak brzytwa kłami, a w dodatku z irokezami na głowach. Klan Brujah, klan odszczepieńców.

- Nie wiem co wy za jedni – powiedział jeden z nich, ze złotym zębem i paskudną gębą – ale ta panienka idzie z nami.
- Wreav, ty pamiętać umowa – powiedział płomiennowłosy Brujah – Jak wy już bara bara Hawks, to my ją am am!.
- Szef! Szef! Asamit!! – wysyczał nagle inny – Kutwa! Tu być alchemik, on z Brujah zrobić kiedyś grochówa dla Malkavian!
- Kto? Ja?? – prychnął Mordin – Ja jestem tylko mądrym starcem… który z waszych dup może zrobić wycieraczki, jeśli się stąd nie zabierzecie…
- Ty głośno hau hau wilku – powiedział szef Brujah – My ciekawe czy…
Nie zdążył powiedzieć tego co chciał. W mgnieniu oka Mordin złączył dłonie i przyłożył je do ziemi, gdy zaraz potem grube korzenie owinęły się wokół ciał scomandr. Ryk Brujah i przerażenie Krwawej Sekty zmieszały się ze sobą. Ogromne pnącza ciskały nimi tą w jedną to w drugą stronę.
- Rany…. Naprawdę niezły ten Nordmandczyk – szepnął Gilbert do Azraka, na co ten kiwnął głową.
Gdy ciała wampirów zostały wyrzucone do góry, Fargoth zauważył, jak Wreav wyciąga zza pazuchy miecz i kieruje się w jego stronę. Szybko zrobił to samo i jednym, zgrabnym cięciem Sapphiry przeciął mu tchawicę. Zanim zdążył zabić drugiego najemnika, który już miał topór nad jego głową, Gwen przestrzeliła mu klatkę piersiową.

Walka rozgorzała na dobre. Azrak zaciekle i bez większych trudności odbierał ataki dwóch przeciwników, Gilbert razem ze swoim komendantem walczyli z zajadłym i cuchnącym wilkiem. Gwendolyn postrzelała najemników w stopy, aby utrudnić im walkę. Mordin z kolei znów popisał się swoimi umiejętnościami i „zmieszał” ciała dwóch toporników z pobliską ścianą. Ragnar natomiast atakował bestialsko swoim młotem każdego napotkanego. Gdy jeden z najemników zaczaił się za nim, wówczas Darkasurri doskoczył do niego, urwał mu łeb po czym połknął w całości.
- Dzięki kotogłowy, ale radziłem se- odpowiedział mu weteran Kiedy jedyny, ocalały najemnik Krwawej Sekty wybiegł ze strachem i zmoczonymi spodniami z katedry, ekipa mogła odetchnąć z ulgą.
- Heh, całkiem nieźli z was pomocnicy – powiedziała Gwen do komendanta, tym razem nieco uprzejmie i z podziwem – Szkoda tylko, że…
Urwała, bo w tym momencie do katedry wpadły Niebieskie Sokoły. Z okien, ze schodów, z dachu, z drzwi frontowych. Pojawili się wszędzie i oblegli całkowicie tych, którzy przed sekundą rozprawili się z Krwawą Sektą.
- No, no, no – powiedział jakiś biały wilk, stając twarzą w twarz z Gwen – Widzę że nasza rozrabiara sprowadziła sobie do pomocy kolegów. Co ja widzę… Asamit! Alchemik Mordin! A tu… – spojrzał w stronę dłoni Fara. Na jego palcu błyszczał złoty sygnet z głową diabelnego gryfa.
- Sygnet Syndykatu… Więc nawet tam masz kontakty?? – zwrócił się z powrotem do łuczniczki, która zimno na niego patrzyła. Zaraz potem dostała od niego pięścią po twarzy i upadła, a po jej policzku spływała krew. Far poczuł że coś się w nim gotuje.
- Zanim cię zabijemy, zapłacisz mi w łożu za to, co nam zrobiłaś, szmato!- wysyczał.
Zanim jednak cokolwiek zrobił, Far chwycił za nóż przypięty do jego pasa i z wściekłością rzucił nim celnie w sam bok głowy szefa Błękitnych Sokołów. Po chwili jego ciało leżało bezładnie na ziemi.

Demoniczny ryk Fargotha rozszedł się po całej dzielnicy klasztornej.
- Ha’shet!! To półdemon!!- krzyczeli najemnicy. Mimo jakże mocnego oporu, nie mogli sprostać sile uwolnionego w ciele Fara demona. Ciachał ich Sapphirą, jednego po drugim. Ich ciała padały, rozszarpane i zmrożone w miejscach gdzie dotknęła ich Sapphira. Wkrótce towarzysze komendanta uwolnili się z uścisku wroga i przyłączyli się do rzezi, jaką robił ich guru.
Parę minut później stosy ciał, i Niebieskich Sokołów, i Krwawej Sekty, leżały obok siebie. Zwycięzcy siedzieli, oparci o ściany, a Mordin opatrywał ich rany.
- Widzę, że masz drobne, a raczej większe problemy z ręką – powiedział alchemik do oblizującego rany komendanta.
- Maść kamienna, którą kiedyś mój przyjaciel skleił mi rękę, została uszkodzona… A może ty byś mógł coś….?
- Twój kolega, to znaczy Shadou tak?? Wybitny alchemik. Mógłbym na to popatrzeć, ale przy odrobinie wolnego czasu… W czasie rozwiązywania tego twojego problemu ze spiskiem.
- Czy to znaczy, że… – spytał z nadzieją w głosie Fargoth.
- Tak. Udowodniłeś swoją wartość. Współpraca nieoczekiwana. Wiele niespodzianek.
- A kuźwia, trąbia mać, ja też wchodzę w ten wasz biznes!! – oświadczył nagle Ragnar, z wielką śliwą pod okiem.
- Ty?? Na serio?? – zaciekawił się Gilbert.

- A jużci!! Ale po wykonanej robocie oczekuję: kufra złota, pięciu beczek Nadmorskiego Czempiona i tuzina amebyjskich prostytutek!
- Ta, ta… – powiedział Far z przekąsem – lepiej się nie nastawiaj.
- Ja też chcę iść z wami – oznajmiła Gwen, która ni stąd ni zowąd pojawiła się przy komendancie.
- Chciałam – zaczęła, schylając się do niego – podziękować za to, że stanąłeś w mojej obronie. Gdybyście się nie zjawili… Wolę nawet nie myśleć, co ten łajdak by mi zrobił. Jestem twoją dłużniczką.
- Er… Ja, no wiesz… Lubię ratować takie ładne damy z opresji…
Wyraz wdzięczności w jej oczach przeobraził się w politowanie, więc komendant szybko dodał:
- To żart.
- Wiem, wiem. Jeszcze raz dzięki.
- Fargoth – odezwał się nagle Azrak – A co zrobimy z Asamitem??
Spojrzenia scomandryckiego zabójcy i komendanta spotkały się ze sobą. Pierwszy rozmowę zaczął Dark:
- Jeśli ci to nie sprawi kłopotu… Ja także chciałbym wziąć udział w tej twojej… misji.
- To… interesujące. Przyda się ktoś z twoimi umiejętnościami. Ale po co właściwie chcesz iść z nami?
- Prowadzę własną misję. Chcę oczyścić imię Asamitów, a przynajmniej asamickich heretyków, którzy nic nie zrobili – Far popatrzył na niego pytająco, więc kontynuował – Jeśli to co robisz ma powiązania z Syndykatem, to może… zawsze jest jakaś szansa że uda się zeznać przed nimi, że nie wszyscy Wyznawcy Zewu byli „źli”.
- To…. szczytny cel. Niełatwy, ale szczytny. Gilbert, Azrak, co myślicie??
- Jeśli chciał, mógł nas zdradzić już wcześniej – stwierdził Gilbert, na co Azrak pokiwał łepetyną.
- Witaj na pokładzie, Asamicie – powiedział komendant, wyciągając rękę.
- Raimait – odpowiedział w języku lingua h’zwehit, ściskając ją niepewnie.

Fargoth popatrzył na swoich towarzyszy boju. Rekrut, którego przydzielił mu Syndykat. Przyjaciel z dawnych lat. Błyskotliwy, choć irytujący alchemik wysokiego stopnia. Seksowna snajperka, od którego buta nadal miał ślad w kroczu. Młotoręki pijaczyna, co walczy jak diabeł. I zabójca z klanu, którego wszyscy tak nienawidzą.
- Lepszej ekipy nie mogłem znaleźć – powiedział otwarcie, z uśmiechem na buzi – Innych takich ze święcą szukać.
Wyciągnął rękę, na którą zaraz potem opadło sześć innych, pieczętując tym samym przynależność do drużyny.

by Rayman
styczeń 2011