Spokojny szum wodospadu przerywał myśli komendanta. Woda obmywała jego ramiona, tułów i nogi a on stał, oparty o skalną ścianę, starając się uporządkować wszystko w głowie. Wiedział już, a raczej był praktycznie pewny, że padł ofiarą spisku uknutego przez kogoś w Syndykacie. Ale przez kogo?? I dlaczego??
- No tak – mruknął do siebie – Po to zebrałem ekipę, żeby pomogli mi się tego dowiedzieć.
Uznawszy, że jest już dostatecznie czysty, wyszedł z pod prysznica i zaczął się wycierać. Pech chciał, że akurat w tym momencie na Fara natknęła się Gwen, również wracająca z kąpieli. Fargoth, spostrzegłszy, że łuczniczka patrzy na niego z otwartą buzią, zmieszał się i zakrył swoje przyrodzenie dłońmi.

- Wiesz, chyba wolę już jak jesteś w pancerzu – powiedziała lekko unosząc brwi. Widać było jednak, że bawi ją ta sytuacja.
- Śmieszne, księżniczko, bardzo śmieszne. Następnym razem ja podejrzę ciebie, jak będziesz naga i będziemy kwita.
- Ale ja ciebie nie… – zaczęła zaczerwieniona, ale Far powstrzymał ją ruchem ręki żeby nie kończyła. Zasępił się nagle i spojrzał w ziemię. Gwen, widząc zmianę jego humoru, spytała:
- Coś cię martwi?
- Nic, tylko… – zaczął żałować, że dał po sobie poznać oznakę słabości. Zwłaszcza przy niej. Chora ręka zaczęła go lekko boleć.
- Co jakiś czas myślę o Irvingu… Od dziecka mnie nienawidził, a jednak osłonił mnie własnym ciałem przed strzałą. Dlatego… chciałbym mu to jakoś wynagrodzić. Znajdę tego który za to wszystko odpowiada – za jego poświęcenie. Za to, że wywalono mnie z Syndykatu – i przyrzekam, że zrobię mu z jego doczesnego życia piekło…

Widząc, że atmosfera robi się napięta, Gwen położyła mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście.
- Ej, nie martw się tak. Obiecaliśmy ci pomoc i dotrzymamy słowa.
Słowa z jej ust znacznie poprawiły humor komendantowi. Uśmiechnął się i powiedział:
-Wiem, wiem, nie przejmuj się mną mała. A właściwie to po co tu przyszłaś? No, poza tym, żeby podziwiać moją przystojną osobę.
- Ech… Mordin, ten alchemik od siedmiu boleści cię szuka. Chce wiedzieć, co zamierzasz.

***

Wieczorem, poprzedniego dnia, rozbili obozowisko na niewielkiej polanie w gąszczu drzew. Podróżowali już trzy dni w byle jakim kierunku. Teraz jednak alchemik Mordin chciał z nim ustalić, co dalej.
W obozie rozchodził się zapach smażonego sera i pieczonych orzechów. Po niezbyt entuzjastycznie przyjętych daniach Mordina, to Gwen przejęła rolę kucharza. I wszyscy, zwłaszcza komendant, musieli przyznać, że jej kuchnia to istny cud.
Fargoth znalazł alchemika w towarzystwie Gilberta, który ze zmieszaniem patrzył, jak ten wypala kolejną porcję fischetu, wyjątkowo silnego narkotyku.

- Jak ty możesz brać to świństwo?? – oburzył się podwładny Fara.
- Dla jednych coś jest skarbem, dla drugich „świństwem”. Radzę ci najpierw spróbować, a potem oceniać, synku.
- Oj, nie radzę Gilbert – wtrącił się z uśmiechem Far – Kiedy ja po raz pierwszy wziąłem fischet z kumplami z Syndykatu, twarz mi zzieleniała i rzygałem kilometrami. Musiałem przez tydzień brać jakieś zielsko, żeby przeszło.
Gilbert przełknął ślinę, zaś Mordin odpowiedział:
- Może zaczniesz od czegoś słabszego? Mam tu trochę poziomek-śmiechonek.
- Zanim kompletnie zdemotywujesz mojego ucznia do zdrowego życia – podobno chcesz wiedzieć co zamierzam.
- Owszem – odpowiedział alchemik, po czym rzucił wypalony już proszek w trawę.

- Myślałem trochę nad tym… – zaczął Fargoth, na co reszta drużyny podeszła i słuchała w milczeniu. Tylko Ragnar co jakiś czas czknął.
- Od pewnego czasu mam pewne przeczucia… Ktokolwiek mnie wrobił, chyba chciał mnie zatrzymać z dala od celu mojej wyprawy służbowej do Gaju Zmierzchu.
- A mianowicie? – zapytała Gwen – Czym był ten cel??
Far westchnął i zaczął opowiadać: – Syndykat dowiedział się, że klan Lamia i Królestwo Lasów Amebyjskich toczą spory o pewien magiczny artefakt, który ci pierwsi znaleźli. Nie będę was tu zanudzał szczegółami. Tak czy siak, od długiego już czasu zastanawia mnie ten artefakt i myślę, że powinniśmy go lepiej zbadać.
- To tylko przypuszczenia. Skąd masz pewność, że chodzi właśnie o to? – spytał Mordin.
- To nasz jedyny trop – wtrącił się nagle Darkasurri – Popieram pomysł Brata Obu Ras. Odwiedźmy Panie Lasu.
- A więc kutwa postanowione – dodał lekko pijany Ragnar – No, chyba że ktoś ma coś przeciwko??
Jednak nikt nie miał, wszyscy zgodzili się co do postanowienia Fargotha. Jeszcze tego samego dnia po południu ruszyli w stronę Gaju Zmierzchu.

***

W całym lesie słychać było tylko szum liści, co pomogło Grixowi pozostać niezauważonym. Obserwował czujnie dwójkę młodych, zaprawionych w boju wilków, którzy niedawno rozbili tu obóz. Ślina podeszła mu do gardła. Starając się, by go nie usłyszeli, powoli przekradł się na drugą stronę obozu. Jeden z obozowiczów jakby dosłyszał czyjeś kroki, nie miał jednak czasu by podzielić się odkryciem z towarzyszem. Grix wyskoczył jak oszalała bestia, z kłami wielkimi jak u demona. Jego ofiary nawet nie zdążyły sięgnąć po broń.

- Nareszcie dobre jedzonko, o taaak – Grix oblizał wargi – Świeża krew…
Jego krwawa uczta przebiegła bardzo szybko. Gdy obgryzał kość udową, próbując się dostać do szpiku, usłyszał za sobą szyderczy, pełen wzgardy głos:
- Nieładnie Grix. Tak uciekać od tatusiów. I co my mamy z tobą zrobić?
Czerwony pies odwrócił się. Za nim stał lisowczyk w czerwonej tunice i z szalem zawiniętym u szyi. Towarzyszył mu muskularny, nieco gruby biały wilk, nie wyglądający na najmądrzejszego.
- Egzekutorzy wilków, oni tu są! – pomyślał Grix – Narzędzia Wielkiej Krwi.
- Zanim się na nas rzucisz jak bestia, którą i tak się stałeś – na co ten warknął przeciągle – Wiedz, że nie musimy tej rozmowy kończyć walką. Oddaj się z powrotem w nasze ręce. Zresztą – tu zaśmiał się – z moją magią i siłą Lockiego nie wygrasz.
Jego towarzysz, nazwany Locky, kiwnął tylko głową. Najwyraźniej chciał jak najszybciej zakończyć tą sprawę.

Grixowi nagle przyszło coś do głowy. Zaśmiał się głośno, tak groźnie, że wszystkie ptaki przyglądające się do tej pory trójce wilków odleciały w siną dal.
- Chcecie żebym z wami wrócił? – łzy zaczęły napływać mu do oczu – Chcecie żebym znów miał czekać, w jakiejś ciemnej celi aż słodka pieśń zgaśnie w mym sercu?? Aż spełnicie cel waszego mrocznego mistrza!? Tego właśnie chcesz Greed!!??
Obaj patrzyli na niego z lekkim zdumieniem. Jednak zaraz potem Greed uśmiechnął się do siebie.
- Przez te kilkanaście lat nie narzekałeś. Więc czemu nagle zmieniłeś zdanie??
- Jedyne dobro, jakiego nauczył mnie ojciec – powiedział powoli z gniewnym błyskiem w oku – to… to… żeby ciągle ewoluować i nie spoczywać na laurach. Nieważne, ile będzie mnie to kosztować – zaśmiał się szatańsko – Znajdę Krew Bogów i zacznę ewoluować!!
- Więc nie idziesz z nami?
- Nie!!! – ryknął, a jego odgłos rozszedł się po całej puszczy.
- Przykro mi to słyszeć. Locky, bądź tak uprzejmy.
Krępy Nordmandczyk zaczął nagle ulegać zmianom fizycznym. Aura szkarłatnej energii spowiła jego ciało. On sam zaczął robić się co raz większy, jego mięsnie urosły do niewiarygodnych rozmiarów, a twarz wykrzywił grymas bólu i gniewu.

Gdy szkarłatna mgła opadła, przed zlęknionym czerwonym psem stał trzymetrowy, zgarbiony stwór z wykrzywioną twarzą.
- Locky właśnie ukazał swój Dar Krwi. Nadal będziesz się opierał??
Lęk Grixa zniknął w jednej chwili a na jego miejscu znów pojawiła się wściekłość.
-Tak!!!
Niczym wykwalifikowany zabójca, rzucił się ze szponami na głowę Greeda. Gdy jednak dzieliło go od niego zaledwie kilka metrów, lisowczyk uniósł dłoń. Ciemnoczerwona kula ognia odrzuciła czerwonego i brutalnie powaliła pod konar drzewa.
Zanim zdołał się podnieść, Locky już zaciskał na nim swoje splugawione szpony. Narastająca w nim złość uwolniła się w końcu i z dziką furią rozszarpał dłoń monstrum.
Jego triumf nie trwał jednak długo. Na miejscu rozpłatanego mięsa sekundę później pojawiła się nowa dłoń. Greed który pojawił się tuż obok, wyśmiał go szyderczo i spytał:
- Czyżbyś zapomniał, że nas nie da się zranić…?
Grix czuł potęgę bijącą od tych dwóch istot. Jego instynkt zabójcy mówił mu, że z tego starcia nie wyjdzie w jednym kawałku. Zrobił więc jedyną rzecz jaka mu przyszła do głowy: zadrapał mocno rękę Greeda, na co ten syknął z gniewu, i pobrał na pazury trochę jego krwi.

Zaczął uciekać ile sił w nogach. Greed ze zwinnością kota przeskakiwał z drzewa na drzewo, wystrzeliwując w swoją ofiarę strzały i magiczne pociski. Kroku dotrzymywał mu Locky, który biegł między drzewami z niesamowita jak na swój rozmiar szybkością. Gdy Grixowi dalszą drogę ucieczki zaczął blokować olbrzymich rozmiarów głaz sięgnął po swoją moc. Jednak z jakiegoś powodu nie mógł nic zrobić. Lisowczyk, siedząc na drzewie i kręcąc głową z dezaprobatą, rzekł:
- Naprawdę nie doceniasz moich zdolności. Myślałeś, że nie zablokuję twojego dojścia do Sheolu?? Twoja „niby” moc na nic się nie zda.
- Ach tak… – powiedział Grix jakby od niechcenia. Spojrzał na ubrudzone krwią Greeda palce. Poczuł nagły głód, prawdziwy głód krwi i śmierci. Jak dzikie zwierzę, dotknął językiem pazurów i zaczął wylizywać krew. W mgnieniu oka poczuł przyjemne ciepło i energię nie z tego świata. „Znów słyszę słodką Pieśń” – pomyślał. Spojrzał na swoje ręce. Były czyste, a co ważniejsze, czuł ukrytą w nich moc. Zanim Greed zdążył krzyknąć „Stój!”, czerwony pies skierował dłonie ku niebu. Cała puszcza stanęła w płomieniach, wszystko się odkształciło, a niebo zmieniło kolor na ciemnoniebieski. Nim Locky zdążył pochwycić sprawcę owego bałaganu, Grix zniknął z błyskiem światła, a tym samym las powrócił do swojego pierwotnego stanu.
- Czy… Magister będzie na nas zły? – spytał z lękiem w głosie lisowczyka. Ten tylko pokręcił głową. Mała strata, pomyślał.

***

Ragnar patrzył przez dłuższą chwilę z pożądaniem na piersi jego towarzyszki.
- Przysięgam, ale bym się za ciebie zabrał – powiedział w końcu z apetytem.
Gwen tylko wywróciła oczami. Ragnar od początku wędrówki na zachód Lasów wypijał po kilka butelek mocnych trunków (niektóre pochodziły z podejrzanych źródeł) i dobijał wszystkich swoimi komentarzami. Teraz przyszła jej kolej.
- Czy ty kiedykolwiek odstawiasz alkohol? – spytała ze znużeniem.
- Hehe, to część mojego nieodpartego uroku.
Gilbert, który do tej pory gramolił się na szarym końcu podszedł do Gwen i powiedział:
- Nie przejmuj się nim. Jeszcze z kilka minut cię pomęczy i znów zacznie się ze mnie nabijać.
- Nie pozwalaj mu siebie poniżać. Postaw się.

Gilbert tylko pokręcił głową i całą drogę szli w milczeniu, od czasu do czasu słuchając głupich komentarzy Ragnara. Tymczasem Fargoth starał się nie usnąć od długich i niekończących się rad Mordina, dotyczących wizyty u Lamii a także innych, mniej interesujących rzeczy.
- Czy Lamijczycy nas w ogóle wpuszczą? – spytał idący obok Azrak.
- Teoretycznie, jeśli pokażę im sygnet Syndykatu, to tak. Przynajmniej mam nadzieję, że nie dotarły do nich wieści o tym, że Syndykat poluje na mnie.
- Chodzi mi raczej o co innego, a właściwie o kogoś…
Far doskonale rozumiał o kogo chodziło. Pojawienie się Darkasurriego na tereniu klanu Lamii może wywołać nieprzyjemności.
- Ale może nie będzie tak źle – mruknął na pocieszenie.
Akurat wtedy na drodze pojawił im się ich towarzysz Asamit.
- Sprawdziłem dalszą drogę, Tańczący we Śnie – oznajmił podchodząc do Mordina – Za jakąś godzinę, idąc waszym tempem powinniśmy trafić na małą osadę nad jeziorem. Moglibyście tam odpocząć.
-A ty nie??- spytał lekko zdziwiony Azrak.
- On jest przecież Asamitem, tępaku – odpowiedział rozdrażniony Mordin – Sam przed chwilą sugerowałeś, że Lamie nie przyjmą go ciepło, tym bardziej wilki.
Far chciał już uciszyć swoich towarzyszy, bał się bowiem, że Dark może źle odebrać ich słowa, on jednak gestem go uspokoił i rzekł:
- Będę nocować w lesie. Tak mi nawet pasuje.

Tak jak powiedział asamit, po niecałej godzinie ujrzeli przed sobą niewielkie jezioro i rozciągającą się po jego drugiej stronie wioskę. Nie była jakaś wyjątkowa. Typowa, drewniana osada ogrodzona palisadą. Darkasurri życzył towarzyszom udanego noclegu i zaraz potem zniknął w gąszczu drzew. Reszta ekipy ruszyła natomiast w stronę wioski.
Gdy przekroczyli główną bramę, wszystkie spojrzenia mieszkańców zwróciły się na nich. Stali tak i patrzyli na nich z niesmakiem, na co Far lekko się zmieszał.
- Co oni kurna, nie widzieli nigdy takiego piękna?? – wypalił w końcu Ragnar i zaniósł się śmiechem. Fargoth miał już ochotę go ukatrupić, kiedy nagle z tłumu osadników wyszła drobna, starsza pani. Jej postawa i wygląd przypominały sępa, który przygotowywał się do ataku. Spojrzała swoimi szarymi, przenikliwymi oczami na sygnet Fargotha.
- Precz! Nie chcemy tu nikogo z Syndykatu! Nie lubimy was tutaj, wy żmijowaci poplecznicy scomandr!
- Czyli Syndykat nie jest wszędzie lubiany? – spytał zdziwiony Gilbert. Do tej pory wierzył, że Syndykat to najbardziej praworządna organizacja na kontynencie. Far tylko pokręcił głową. – Nie chcemy sprawiać kłopotów – zapewniła Gwen – Potrzebujemy tylko kupić trochę zapasów i przenocować. Rano już nas tu nie będzie. Fargoth odetchnął z ulgą. Gwendolyn wybawiła go od zbędnego tłumaczenia.

- No to jak?? Obiecujemy, że nie będzie z nami żadnych problemów – zapewnił.
- Pani, oni mogą nam pomóc z naszym kłopotem – powiedział na ucho jeden z chłopów, jednak nie na tyle cicho, żeby Far go nie usłyszał.
- Świetnie – pomyślał – Jakbym nie miał dość własnych zmartwień. Spojrzawszy jednak na stanowcze miny Mordina i Gwen, zwrócił się niechętnie do owej „pani”.
- W czym konkretnie mógłbym pomóc?
Ta zmarszczyła czoło i zamyśliła się. W końcu rzekła:
- No dobrze, zostańcie. Przygotujemy dla was ucztę i wtedy wszystko omówimy.
- No nareszcie jakaś wyżerka – odparł z radością Ragnar, co tylko pogorszyło humor Fargotha.

***

Podczas posiłku, w którym wzięli udział wszyscy mieszkańcy, Far miał okazję dokładniej poznać wioskę. Nie była zbyt liczna, mieszkało w niej zaledwie trzydzieści wilków. Zajmowali się głównie ceglarstwem i rybołówstwem. To właśnie dlatego w większości dań przeważały ryby. Mimo to komendant nie narzekał i z przyjemnością spałaszował pstrąga z cytryną. Jego ekipa również nie narzekała i jadła z apetytem.
- Mmm… pyszne! – chwalił Gilbert – Podobne przyrządzała moja babcia.
- Wybacz nam naszą początkową nieuprzejmość. Jestem Starszą tej wioski – mówiąc to, zwróciła się do Fara – Nasza wioska leży niezbyt daleko od terenów Lamii, które często wysyłają tych swoich przeklętych druidów do porywania naszych dzieci.
- Co!? – oburzył się Fargoth – Lamie nigdy nie porywają wilków. A przynajmniej nie robią tego po przełamaniu Kodeksu.
- Może i nie – powiedziała gniewnie Starsza – Ale druidzi – czemu nie!? Odprawiają te swoje przeklęte rytuały i przyzywają jakieś duchy które opętują ten Gaj.

- Komendancie, to co ona mówi, może mieć ziarno prawdy – przyznał Mordin – Gdy wykładałem w Reveis, słyszałem o takich przypadkach.
- Dlatego właśnie – ciągnęła dalej Starsza – przydałaby nam się twoja pomoc. Kilka dni temu kilkoro naszych dzieci zniknęło, dosłownie przepadły bez śladu. Oczywiście podejrzewam, że to ci przeklęci magicy je uprowadzili. Proszę – powiedziała błagalnie – Wy z Syndykatu zajmujecie się podobnymi sprawami. Pomóż…
Fargoth przez chwilę milczał po czym zwrócił się do drużyny:
- Co o tym sądzicie??
- Mi tam bez różnicy – odezwał się Ragnar z baraniną w gębie – Byle by tylko nam zapłacili.
- Co!?? Nie możemy brać od nich pieniędzy!! – zaprotestowała Gwen – To nieuczciwe!!
- Potrzebujemy wszelkich źródeł finansowych – powiedział chłodno Mordin- Twoje odczucia nam nie pomogą.
Far tylko pokiwał głową. Nie podobało mu się to, ale potrzebowali jakichś pieniędzy. Gwendolyn obrzuciła go jadowitym spojrzeniem, ale nic już więcej nie powiedziała.
- Gdzie możemy znaleźć tych druidów? – zapytał Azrak
Uszczęśliwiona Starsza objaśniła im szybko drogę na polanę, gdzie osiedli porywacze dzieci.
- Zanim pójdziecie – powiedziała, gdy chcieli już wyruszyć – jeden z was musi tutaj zostać. Chcemy mieć pewność, że nas nie oszukacie i nie odejdziecie.
Wieśniacy pokiwali głową. Komendantowi natomiast niezbyt podobał się ten pomysł.

- Czyli chcecie mieć jakby co zakładnika??
- Skoro tak to chcesz nazywać – odpowiedziała beznamiętnie Starsza – I jeśli nie sprawi ci to kłopotu, chcę tego dorodnego białego wilka.
Gilbert, który do tej pory tylko słuchał, wpatrywał się w osłupieniu to na komendanta, to na osadników.
- Komendancie, nie!! Błagam!!
- Och daj spokój – odpowiedział tamten z uśmiechem na twarzy – Ta kobieta to przecież nie strzyga. Nie pożre cię.
- Ale… mimo wszystko…
- Przestań odgrywać chochlika i zostańże! – wybuchnął Ragnar – Przy okazji może nauczysz się wyrywać jakieś rzodkieweczki, hehehe…
Gilbert już chciał mu odpowiedzieć jakąś ripostą, ale Far pokiwał tylko głową z dezaprobatą. „Nie warto” – pomyślał.

***

- Więc mamy odszukać druidów i uwolnić dzieci? – zapytał Darkasurri, gdy Far zrelacjonował mu, co się zdarzyło w wiosce. Obecnie byli już w dużej odległości od niej.
- To my będziemy szukać – odpowiedział mu Fargoth, na co reszta drużyny mocno się zdziwiła – Ty miej na oku Starzą i resztę wioski.
- Naprawdę uważasz, że mogą mu coś zrobić? – zapytał z drwiną w głosie alchemik – W najlepszym razie mają do dyspozycji widły i pochodnie.
- Poza tym Gilbert umie się przecież bronić – dodała Gwen.
- Mimo wszystko, ja wolę dmuchać na zimne – uciął komendant, na co reszta pokiwała tylko głowami.
- Mądry wybór, Bracie Obu Ras. Będę pilnował śnieżnego wilka – po czym pobiegł na swój „punkt widokowy”. Ekipa natomiast skierowała swoje kroki na północ.
Zachód słońca nad Gajem Zmierzchu wyglądał magicznie, a jednocześnie mrocznie. Puszcza wyglądała jakby ożyła, gałęzie drzew lekko kołysały się na wietrze.
To miejsce z pewnością przesiąknięte jest magią – stwierdził Fargoth.

Drużyna nie musiała zapuszczać się głęboko w las, bo po niecałej godzinie byli na miejscu. Polana ozdobiona była w lampy oliwne i kolorowe, przepiękne kwiaty rosnące to tu, to tam. Na środku stało dziewięć kamiennych bloków tworzących razem krąg. Na każdym z nich były wyryte magiczne runy. Far rozpoznał większość z nich – w Syndykacie prawie każdą broń zaklinano.
Po polanie chodziło wiele leśnych zwierzątek od najmniejszych jak wiewiórki, do takich jak wilki i niedźwiedzie. Fargoth i Mordin zauważyli też z zaskoczeniem wywerny, podobne do małych smoków stwory, ukrywające się w cieniu drzew. Syndykat nie tępił ich, chyba że trafiły się wyjątkowe drapieżne okazy.
- One… są piękne – powiedziała ze zdumieniem Gwen, na co Far się uśmiechnął. „Nie tak piękne jak ty” – pomyślał. Jednak odpowiedział tylko:
- Spotkać je można praktycznie tylko w zachodnich Lasach Amebyjskich. Masz wielkie szczęście – kłusownicy coraz częściej na nie polują i sprzedają kolekcjonerom.
- To okropne!
- Takie już jest życie – prychnął w odpowiedzi Mordin.
Druidzi, do tej pory modlący się w kamiennym kręgu, wstali i zwrócili wzrok ku przybyszom. Mieli na sobie brązowe, lekko zniszczone tuniki i kędzierzawe włosy opadające na ramiona. Najstarszy z nich trzymał w ręku cisowy kostur.
- Wyglądają, jakby ich matka w szambie spłodziła – stwierdził z niesmakiem Ragnar.
Tamci puścili to mimo uszu i zwrócili się do Fara:
- Czemu naruszacie to święte miejsce?
- Starsza z wioski mówiła, że porywacie dzieci z wioski. Chcemy je odzyskać.
Druidzi zaczęli szemrać między sobą. Niektórzy patrzyli na nich gniewnie, inni ze zdziwieniem. Jedynie twarz ich przewodnika niczego nie zdradzała. Wymieniał dłuższą chwilę spojrzenia z komendantem, po czym rzekł:
- Zauważyłeś może coś niezwykłego w tym lesie?
- Owszem – Far pamiętał, że gdy szedł, miał wrażenie jakby gaj był żywą istotą.

 

-Ale czy to nie jest normalne?? Jesteśmy w waszym gaju – zapytał Azrak.
- Jesteś z Syndykatu, prawda?- druid wskazał na sygnet Fara – Co wiesz o nas, druidach??
- Hmm- Fargoth zamyślił się, aż w końcu powiedział – Jesteście silnie związani z naturą, choć nie tak silnie, jak Lamijczycy, przez co nie możecie wpływać na nią i ją kontrolować. Oswajacie dzikie zwierzęta i znamy was jako niezwykłych uzdrowicieli. W Syndykacie jest was zaledwie dwóch.
- Interesujące…
- Zaraz – odezwał się nagle Mordin – Ten Gaj… pamiętam go z wykładów w Reveis… To podobno…
- Żywa istota? – przerwał mu jeden z druidów – Nie do końca, choć można i tak powiedzieć. Wypełnia go magia Lamii, lecz nawet wtedy, gdy one tu przybyły, Gaj zamieszkiwały różnego rodzaju duchy. Uważamy, że niektóre z nich nadal tu przebywają.
- Ale jaki to ma związek z tymi porwanymi dzieciakami!? – ryknął Ragnar, zdenerwowany ciągłą gatką magików.
- Wśród tych duchów – mówił dalej, nie zważając na pytanie moczymordy – były też upiory i demony. I właśnie jednego z nich spotkaliście w wiosce nad jeziorem.
Fargoth nie musiał się dopytywać, bo już doskonale rozumiał, o kogo chodzi.
- Daliśmy się nabrać staruszce – mruknął.
- Zaraz… przecież z nią został Gilbert!- oznajmiła nagle Gwen.

***

-Dokąd mnie pani prowadzi? – pytał zdenerwowany biały wilk, jednak Starsza milczała. Co jakiś czas uśmiechała się dziwnie, na co Gilbert wzdrygał się. W końcu doszli do jakiejś starej stodoły. Starsza kiwnęła głową na stajennego, który otworzył im drzwi. Gdy przekroczyli próg, usłyszał jak je zamyka na kłódkę. Gilberta zdumiało to, co zobaczył w środku. Na drewnianej, porośniętej pleśnią podłodze był wyrysowany olbrzymich rozmiarów krąg, złożony z kilku kół, trójkątów i dziwnych znaków, których Gilbert nie rozpoznawał. Zaczął się naprawdę niepokoić.

- Już niedługo będzie po wszystkim. A teraz odpręż się…
Pot pokrył czoło białego. Po chwili dotarło do niego, o co tu chodzi. Właśnie ma paść ofiarą jakiegoś mrocznego rytuału.
- Nie wiem czego ode mnie chcesz, wiedźmo, ale nie uda ci się – syknął i wyciągnął miecz.
Starszej to nie przeraziło. Wykonała dłonią jakiś skomplikowany gest i miecz Gilberta odleciał pod drzwi stodoły. Młody agent Syndykatu nie miał czasu zareagować, gdyż Starsza zbliżała się do niego coraz szybciej.


- Twoja cnota należy do mnie, Gilbercie – wysyczała, a jej oczy przybrały upiorny, czarny kolor.
Biały wilk stał sparaliżowany. „Nic już nie mogę zrobić” – pomyślał. W tym momencie usłyszał coś na dachu. Zobaczył w nim duży otwór, a później za Starszą pojawił się nagle… Darkasurri. Przebił brzuch wiedźmy jak balon i cisnął nią o ścianę. Ta opadła bezwładnie, by już nigdy nie powstać.
- Musimy uciekać, biały wilku. Wieśniacy poszli z pochodniami w stronę polany druidów.
- Uff… I… dzięki Dark. Jestem twoim dłużnikiem.

***

- Co!? Haha, ten szczeniak Gilbert ma paść ofiarą gwałtu?
Ragnar od kilku minut śmiał się w niebogłosy, zaś druidzi posłali Fargothowi nieprzyjemne spojrzenia.
- Wybaczcie. To idiota – wyjaśnił Far z uśmiechem. Tamten chciał już mu coś odpowiedzieć, ale wtrącił się Mordin:
- Czyli ta kobieta to diabeł mieszkający od wieków w tym lesie??
- I dokładnie w tej chwili idzie w naszą stronę, razem z grupą wieśniaków – powiedział nagle czyjś głos. Chwilę później z gąszczu drzew wypadli Gilbert i Darkasurri.


- O? Szczeniak uratował cnotę?
- Jeśli to naprawdę demon… – powiedział Fargoth – Jedyny znany mi sposób na złe duchy, to zimne żelazo.

- Skąd je weźmiemy? – spytał Azrak.
- W moim mieczu są zaklęte runy żelaza. Każdy miecz w Syndykacie się zaklina.
- Eee, komendancie? – odezwał się Ragnar – Obejrzyj się za siebie.
To co zobaczyli zmroziło im krew w żyłach. Wśród drzew wpatrywały się w nich gnijące, przerażające trupy. Żywe trupy.
-D am wam szansę odejść – powiedział znikąd zimny głos – Oddajcie mi tylko tego białego wilka.
- A może sam tu przyjdziesz, jeśli masz odwagę!? – ryknął Ragnar i wyciągnął w górę swój młot.
Druidzi w międzyczasie złapali się za ręce i wypowiedzieli po cichu zaklęcie. Nagle od hordy trupów osłoniła ich świecąca, złota bariera.
- Możemy je zatrzymać przez jakiś czas.
- Tak, tylko co będzie dalej?? – zapytał zdenerwowany Far – Nie oddamy im Gilberta, ale też nie uciekniemy.
- No to mamy impas – stwierdził Mordin.
W pewnej chwili za ich plecami pojawił się czyjś cień. Gil odwrócił się i patrzył wstrząśnięty. Przed nim stała Starsza.
- Skoro nie chcecie odejść, zginiecie tu. Ja chcę tylko Gilberta!
- Czego do cholery ode mnie chcesz!? – warknął zdenerwowany.
- Wypełnienia rytuału oczywiście. Jeśli mi się uda, uwolnię się z Gaju Zmierzchu i będę mogła zaznać nareszcie wolności! Dlatego pójdziesz teraz ze mną!! – wskazała brudnym palcem w pierś białego wilka.
- Nigdy! – ryknął nagle i krzyknął do Gila: Łap!!


Po chwili w rękach jego podwładnego znalazła się Saphira. Starsza przerażona patrzyła jak szafirowa stal zanurza się w jej piersi. Tymczasem Far krzyknął do ekipy:
- Utrzymujcie pozycje i nie dajcie dojścia trupom!!
Jednak gdy Duch zamieszkujący ciało Starszej wyleciał z niej i rozpłynął się, trupy zaczęły padać jeden po drugim.

- To koniec – stwierdzili zmęczeni, ale też zadowoleni druidzi – Ducha już nie ma.

***

Następnego dnia cała ekipa pomogła sprzątnąć z polany gnijące zwłoki trupów. Mieszkańcy wioski przepadli bez śladu.
- Możliwe, że i Starsza i wieśniacy to był jeden Duch – stwierdził jeden z druidów.
Spędzili nieco czasu na polanie by odzyskać zmysły po tym co się wydarzyło. Fargoth i Gilbert mieli okazję, by lepiej poznać zdolności i wiedzę druidyczną, bowiem Syndykat nie miał o nich zbyt wiele informacji. Jako jedyna grupa magów nie należeli do Kolegium Taumaturgii, miejsca gdzie większość czarowników zgłębia swoje moce.
- Chyba powoli będziemy się zbierać – powiedział w końcu Far, gdy byli już po obiedzie zaserwowanym im przez druidów – Dziękujemy za waszą pomoc.
- Co? To raczej my dziękujemy – odpowiedział najstarszy z nich – Nareszcie ta puszcza jest wolna od zła. Jeśli mogę spytać, gdzie zmierzacie??
- Do klanu Lamii, mamy tam.. pewne sprawy do załatwienia.
Starszy druid zmarszczył brwi, po czym rzekł uradowany:
- A więc możemy jeszcze bardziej się wam odwdzięczyć. Jesteśmy w sojuszu z członkiniami tego klanu scomandr. Zaprowadzimy was do nich.
Fargoth miał ochotę mocno walnąć się w czoło. „Że też zapomniałem – pomyślał – Mogliśmy od razu zwrócić się do nich, a nie odwiedzać tą przeklętą wioskę”.
- Co się stało to się nie odstanie- powiedziała z uśmiechem Gwen, jakby czytając mu w myślach
- Z chęcią przyjmiemy waszą pomoc – powiedział.
- Dobrze. Zatem o zmierzchu wyruszamy.

by Rayman
luty 2011