- Znów to samo – mruknął Far.
Dokoła niego nie znajdowało się nic poza białą, nieskończoną pustką. Nie czuł nic pod stopami, zupełnie jakby unosił się w powietrzu. Wiedział, co się zaraz wydarzy. Ten sen nękał go każdej nocy od wizyty u Lamii.
Nawet się nie zorientował, kiedy przed oczyma przemknęła mu fala kolorów. Obrócił się za siebie, ale tam spostrzegł to samo. Wokół niego nici obrazów plątały się ze sobą, ostatecznie tworząc zrozumiałe dla oczu wizje.
„Znów to samo”, powtórzył w myślach i przełknął ślinę.

Przed oczyma miał widok potężnej cywilizacji, rozbudowującej swe imperium. Fargoth nie mógł sprecyzować kim oni byli, gdyż widział same zarysy, bez żadnych szczegółów. Jego szósty zmysł podpowiadał mu jednak, że to nie wilki. Następnie obraz przekształcił się, ukazując wielkie, bogate miasta i istoty w białych szatach, rządzących nimi. Widział jak z ich dłoni wylatuje czerwona magia, potężna, dzięki której mogli przesuwać góry, wywoływać sztormy, palić całe miasta. Zanim jednak zdołał się im przypatrzeć, obraz znów się rozmył. Tym razem zobaczył coś naprawdę strasznego – gniew samych bogów. Szkarłatne, zachmurzone niebo nad zrujnowanym, a niegdyś wspaniałym imperium. Pioruny uderzające bezlitośnie w potężne, do tej pory, cywilizacje i zmieniające je w plugawe stwory. Kudłate, chodzące na czterech łapach, nie znające nic poza głodem i wściekłością.

W pewnym momencie wszystkie kolory zniknęły w towarzystwie białego światła, które oślepiło Fargotha. Znów miał przed sobą tylko i wyłącznie nicość. „Dobrze, to się zaraz skończy”, pomyślał. Niestety myślał błędnie.
Far zorientował się, że coś jest nie tak, gdy zmaterializował się przed nim jakiś obiekt. Chwilowo, z powodu oszołomienia, nie miał pojęcia czym on był, jednak zaraz zdał sobie sprawę, że to najzwyklejszy w świecie tron. Tron ów miał barwę czarnego węgla i prawdopodobnie wykonany był z drewna o tym kolorze. Komendant chciał podejść bliżej, by go obejść i obejrzeć z przodu, jednak wykonując pierwszy krok zatrzymał się. Spostrzegł bowiem, że na poręczy spoczywa trupioblada łapa.

- Nie możesz nam przeszkodzić – wychrypiał głos zza tronu.
Far zamarł. Na sam dźwięk ciarki przeszły mu po plecach.
- Ktoś ty? Czym jesteś!?
- Nie możesz tego zepsuć. Moi uczniowie mówili mi o tobie. Wiem jaki jesteś.
- Twoi… uczniowie – Fargotha nagle olśniło, bo zdał sobie sprawę z kim rozmawia – Ty jesteś mistrzem Akolitów. Ty jesteś Magister!!
Przez moment w pustce zapanowała całkowita cisza. Ale tylko przez moment.
- Nic nie rozumiesz, półwilku. Stałeś się częścią czegoś wielkiego. Procesu, który ma za zadanie oczyścić ten świat. Sprawić, by stał się lepszy.


- Chcieliście mnie zabić! Prawie zabiliście mojego brata! To przez was Syndykat mnie ściga! I co, po tym wszystkim mam uwierzyć w wasze „dobre” intencje!?
Nagle zorientował się, że tron i postać siedząca na nim zniknęły. Szybciej, niżby zdążył mrugnąć. Przetarł powoli oczy z niedowierzaniem, a po chwili uświadomił sobie coś jeszcze – znajdował się teraz w swoim sheolu. Nad jego głową unosiły się kamienne ściany labiryntu, na tle ciemnoniebieskiego nieba. Dookoła zaś rosły niezliczone drzewa o tym samym kolorze. O dziwo jednak, Fargoth nie czuł żadnego bólu, typowego dla scomandr w sheolu. Czuł się swobodny i wolny.

Naprzeciwko niego stała śnieżnobiała, pozbawiona zarysów twarzy kobieta. Komendant pamiętał ją doskonale. Jej wdzięki, urodę, silną kobiecość. W porę jednak przypomniał sobie też co się stało gdy za pierwszym razem do niej podszedł. Dlatego teraz nie ruszał się z miejsca.
- Nosisz w sobie ciężkie brzemię – Fargothowi aż krew zmroziło gdy usłyszał jej głos. Był zimny, rdzawy… a jednak pełen współczucia. „Jak ona może mówić, nie mając ust? Czy to telepatia?”
- Kim jesteś… pani? – to ostatnie powiedział całkowicie bez swojej woli, zupełnie jakby coś go do tego zmusiło. Poczuł jak zimny wiatr, który pojawił się nie wiadomo skąd na Niebieskich Piaskach, teraz ociera się o jego twarz.


- To nieistotne kim jestem ja. Bardziej ważne jest kim ty jesteś, półwilku.
- To kolejna sztuczka Magistra?! To znów ty!? – Far czuł, że trzyma nerwy na wodzy resztkami sił. Miał już dość wszystkiego co go otaczało. Pragnął jedynie zamknąć powieki i liczyć, że się obudzi.
- Jesteś bardzo wściekły. Jak mówiłem, nosisz w sobie ciężkie brzemię – komendanta całkowicie zbiło z tropu, kiedy istota powiedziała o sobie w rodzaju męskim.
- Nie wolałbyś dać temu wszystkiemu spokój? Zasłużyłeś na to. Wystarczy przejść przez drzwi…

Chwilę później koło zagadkowej istoty zmaterializowało się słabe, złote światło. Nie wiedzieć kiedy, stopniowo urosło i przybrało formę elipsy o wymiarach proporcjonalnych dla wilka. Komendanta zaczęły nachodzić najgorsze obawy. „Może to jednak nie sen”.
- Czy ja… – przełknął ślinę, starając się wymówić to, co ugrzęzło mu w gardle – Czy ja umarłem?
- UMARŁEM, cóż za negatywne słowo – odpowiedział mu stwór ze śmiechem, na który Far wzdrygnął się – Wy, wilki, tak boicie się umierania. Ale czy śmierć nie jest najlepszym co może was spotkać w waszym nędznym życiu? Owszem, może przyjść od miecza, od trucizny, od spalenia, od utopienia… Tak mało osób umiera teraz w sposób naturalny, lecz ty masz szansę. Naprawdę nie chcesz odpocząć na wieki, odsunąć problemy i odrzucić ten ciężar, który dźwigasz na plecach?
„Czy on robi sobie ze mnie żarty!?”. Far coraz bardziej nie mógł znieść tonu swojego rozmówcy. Metaliczny, szorstki głos na dobre go zirytował.

- Nie wiem co chcesz przez to osiągnąć, ty zjawo, upiorze czy… czymkolwiek jesteś. Mam swoje zadanie. Bardzo ważne. Muszę oczyścić własne imię.
Nie poddam się, póki tego nie osiągnę.
Jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy tylko Fargoth skończył przemowę, świetliste wrota rozpłynęły się w mrokach sheolu. Biała istota stała, nie drgnąwszy nawet. Młody wilk czuł, że gdyby miała oczy, świdrowałaby go teraz nimi.
- A więc dobrze. Podjąłeś decyzję. Nie wykorzystałeś danej ci szansy. Ale ostrzegam: będziesz tego żałował, półwilku.
Znów błysnęło światło. Wszystkie kolory rozmyły się, pozostawiając jedynie czarną nicość. Far poczuł, jakby zaczął spadać w bardzo głęboką przepaść.


***

Gdy otworzył oczy, promienie słoneczne przebijające się przez okno bezlitośnie wystrzeliły w jego oczy. Odruchowo je przymknął, po czym z niemałym trudem zmienił pozycję leżącą na siedzącą. Przetarł powoli oczy i ziewnął przeciągle.
- Ostatnio sypiam coraz gorzej – mruknął Far, spoglądając na łóżka swoich towarzyszy. Wszystkie były puste. Słońce nadal raziło go w twarz. Podniósł się ociężale, nadal częściowo uwięziony w Morfeuszu, po czym podszedł do przeciwległego okna.
Z gospody „Pod Lwim Łbem” rozciągał się widok na pobliski targ. Far zauważył, że miasto Herndall dopiero się budzi, gdyż tylko kilka straganów było otwartych. Poza tym nie spostrzegł na ulicy nikogo, z wyjątkiem paru strażników miejskich. Pociągnął za zielone zasłony, by po chwili móc spokojnie otworzyć oczy.

- Obudziłeś się – powiedział czyjś głos za plecami komendanta. Kobiecy głos. Obrócił się i spostrzegł, że w drzwiach stoi Gwendolyn.
- Powinnam była zapukać, wiem, ale skoro już stoisz na nogach…
- Nic się nie stało – mówiąc to Far usiadł na łóżku Nirthiego. Dzielił ten pokój z szarakiem, Berungarem, Arukarem i Leto. Cieszył się z tego ogromnie, gdyż w nocy słyszał jak u Ragnara, Gila, Azraka oraz paru chłopaków z Syndykatu rozegrała się gorąca popijawa. Zaś popijawa była chyba ostatnią rzeczą, jaką w obecnym czasie by chciał.
- Dziękuję, że mnie wtedy wysłuchałeś – zaczęła Gwen, nie owijając w bawełnę – Chciałabym się jakoś odwdzięczyć…
- Świadomość, że już mnie nie nienawidzisz mi wystarczy – wypalił Fargoth, uśmiechając się lekko.
- Wcale cię nie nienawidziłam! – zaprzeczyła szybko, a na jej twarzy wystąpiły rumieńce. Chciała jeszcze coś powiedzieć, lecz zauważyła, jak Far ukradkiem zerka na podłogę. Wzrok miał nieobecny, jakby nad czymś mocno myślał.
- Coś się stało? Możesz mi powiedzieć, w końcu ty mnie wysłuchałeś…

Far spojrzał na nią. W jej piękne, szaroniebieskie oczy. „Taka dobroduszna, życzliwa… Pomaga mi, choć większość osób na jej miejscu dałaby sobie spokój. Cała moja ekipa jest ze mną, z własnej, nieprzymuszonej woli. A jednak ona jest wyjątkowa. Jaki brat zrobiłby tak dobrej dziewczynie coś takiego!? Obym go nigdy nie spotkał na oczy…”.
- Koszmary nadal mnie męczą – odpowiedział powoli, odwracając wzrok – Z nocy na noc są coraz okropniejsze. Najgorsze jest jednak to, że nie wiem… Nie wiem, o co w nich chodzi.
- Mógłbyś zwrócić się do swojego brata – maga.
- Nawet gdyby był w stanie mi pomóc, to skąd mam wiedzieć gdzie jest? Też mi wywinął niezły numer… Nawet nie wytłumaczył, co się z nim stało.
W pewnym momencie jego przyjaciółka usiadła obok niego. Poczuł tą bliskość, która ich teraz łączyła, jej cudny zapach perfum reveiskich, którymi poczęstowała ją Jasmina. Nie zauważył jak chwyta go delikatnie za dłoń. Nie mógł oderwać wzroku od jej twarzy.
- Odzyskałeś brata. I to nie tylko w tym sensie, że żyje. Z tego co mówiłeś, nie lubiliście się, a jednak zaryzykował życiem by cię obronić… Bał się, że może cię stracić. Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę…

Nie mówili już nic, jedynie pożerali się wzrokiem. Komendant wyciągnął rękę i musnął jej gładki policzek. Obie twarze zbliżyły się do siebie, a ich usta otworzyły się, gotowe do tego co ma nastąpić. Wszystko potoczyłoby się we wiadomym kierunku, gdyby nie głuche pyknięcie drzwi.


- Ups… – szepnął Nirthi, zaraz potem rzekł usprawiedliwiająco – Nie chciałem przeszkodzić…
- O co chodzi?? – spytał poirytowany Far, odruchowo odchylając się od Gwen.
- Śniadanie gotowe – mruknął, lekko rozbawiony tym widokiem, po czym szybko zamknął drzwi i ruszył do jadalni. Mimo, iż Fargothowi wcale nie chciało się wstawać, to Gwendolyn i tak chwyciła go za rękę, by po chwili wyprowadzić go z pokoju.

***

W kuchni przywitały ich zaspane głosy kompanów oraz zapach gotowanej kapusty. Gosposia, jak się mogło zdawać, od dawna była na nogach i latała przy garach. Wewnątrz tego przytulnego, choć niewielkiego pomieszczenia stał na środku drewniany stół, długi prawie tak jak sama kuchnia. Siedzące przy nim wilki rozmawiały o mało istotnych sprawach, a Far, Gwen i Nirthi usiedli szybko między nimi.

- Mieliście naprawdę ogromne szczęście – rzekła gospodyni, zaszczycając ich szerokim uśmiechem i podawając talerze z chlebem, masłem i kiełbasą – Nasz lokal to jedyny wolny w Herndall o tej porze roku. Wszystkie inne pozajmowane przez kupczyków z Varrantu, Lionne, Lasów Amebyjskich…
- Nie ma co się dziwić – odpowiedział mądrze Berungar, wciągając nosem przyjemny zapach świeżego pieczywa – Herndall to punkt handlowy Lotrii. Na wiosnę i na jesień zawsze tak jest.
- Ano, dobrze prawicie! Ale u nas, Pod Lwim Łbem, zawsze znajdzie się miejsce dla chłopców z Syndykatu. Ostatnio na targu występowało dwóch Tremere i mimo bajdurzeń ze strony tutejszych mieszczanek, nie byli oni jacy przerażający!
W gospodzie rzeczywiście, z wyjątkiem jednego podróżnego Amebyjczyka, znajdowali się tylko oni. „Szczęście nam sprzyja”, pomyślał Far. Zauważył też, że talerz jego śnieżnego rekruta nadal pozostawał pełen, mimo iż większość oblizywała już wargi.
- Wszystko gra – spytał, na co ten jedynie pokiwał bezwładnie głową. Nagle, ni stąd, ni zowąd, zleciał na podłogę, niczym szmaciana kukła rzucona przez małe dziecko.

- Bez paniki – zaśmiał się szorstko Ragnar, popijając posiłek lodowatą żytnią – Młody wczoraj trochę za bardzo przechylił z kufla, hehe. Już chcieliśmy mu sprowadzić jakieś dorodne dziewuszki, ale biedaczysko usnął, haha!
- Akurat ja bym wam dała jakieś kurtyzany do mojego lokalu sprowadzać!! – ryknęła zdenerwowana gosposia, rzucając się na moczymordę z patelnią. Ten odruchowo zasłonił się ręką, lecz uciążliwy ból i tak nie dawał mu spokoju przez najbliższe dni. Syndykaccy zaś przyglądali się i jemu, i leżącemu na ziemi Gilbertowi, wymieniając uśmiechy.
Instynkt Fargotha zlokalizował po chwili kolejną „przygnębioną” osobę. Siedzący obok niego Aru, zawsze mający niezaspokojony apetyt, teraz jeździł widelcem po tłuszczu kiełbasy na swoim talerzu. Jednak nie tylko on się mu przyglądał. Jego starszy kolega z Syndykatu, Berungar, czujnie zerkał jednym okiem, udając, że nad czymś głęboko rozmyśla. To samo dotyczyło siedzących obok siebie Jasminy i Leto. W pewnym momencie kapitan Świętej Gwardii Varrantu podniósł się z krzesła.
- Nirthi… muszę ci o czymś powiedzieć…

Szary generał, który w owym czasie smarował kolejną kromkę chleba i nie zwrócił uwagi na chłodną atmosferę, teraz skierował wzrok na Arukara.
- Taaak?
„Mam szczerą nadzieję, że mój cnotliwy przyjaciel nie wprowadził Jasminy w stan błogosławiony”, Far uśmiechnął się pod nosem, jednak szybko spoważniał.
Aru kręcił się niespokojnie i wodził oczami po pyskach wilków z Syndykatu. Ci jednak szybko udawali zajętych jedzeniem lub po prostu spuszczali głowy w dół. W oddali kogut zapiał. „Dosyć późno” – pomyślał komendant.
- Jaa…. Eee…. – próbował zacząć kapitan.
- Och, na litość! Powiedz o co chodzi! – warknął Nir i ponaglił go ruchem ręki.
- Ja… Opuszczam szeregi Gwardii i w ogóle armii Varrantu. Dołączam do Syndykatu.
Ragnar zachłysnął się wódką, którą teraz jego przewód pokarmowy prowadził do żołądka i począł się krztusić. Na ratunek musiała mu przyjść gospodyni, która jednym, porządnym uderzeniem w plecy przywróciła go normalnego stanu. Inni zaś przyglądali się teraz, to generałowi, to kapitanowi.

- Chyba się przesłyszałem – powiedział spokojnie Nirthi. Far jednak wyczuł w jego głosie kiełkujący gniew. Bardzo dobrze znał swego przyjaciela.
- Nie przesłyszał się pan – odpowiedział niespodziewanie Berungar, wstając i wycierając usta starą chustą. Nir także się podniósł. Spoglądał teraz niebezpiecznie na Morrawarczyka.
- Ty mu wbiłeś do głowy ten niedorzeczny pomysł!?
- Nie!!! – zaprotestował szybko Aru, machając rękoma i wchodząc pomiędzy nich – Ja sam podjąłem tą decyzję. Z własnej woli.
Przez moment generał patrzył z niedowierzaniem oraz pogardą na swego szwagra. Za pensjonatem znów słyszeć się dało jakieś zwierzę. Tym razem psy, warczące wściekle na siebie.
- Raczysz mi powiedzieć, skąd ten idiotyczny pomysł?? – spytał w końcu szarak, a jego źrenice znów zwęziły się niebezpiecznie.
- Pomyśl logicznie, Nirthi – Aru starał się mówić spokojnie. Słabo mu to jednak wychodziło. Leto, widząc to, niespodziewanie również wyprostował nogi i wykonując parę kroków znalazł się koło kapitana. Położył mu swoją szeroką dłoń na ramieniu, co znacznie dodało Arukarowi otuchy. Uśmiechnął się nieznacznie do swojego varranckiego kolegi, co nie uszło uwadze zgrzytającej zębami Jasminie. „Też będę miała swój wkład, nie myśl sobie szarodupy”.

- Przecież dołączając do nas, kapitan będzie znacznie łatwiej mógł wytropić tego czerwonego, którego ścigacie! – mówiąc to, spojrzała dziwnie na Nira. Far nie mógł się domyślić czy wyrażało to złość, czy raczej błaganie – Chyba panu na tym zależy, czyż nie!?
- To prawda – dodał Berungar, nadal patrzący spokojnie w oblicze wilka skażonego arpadium. „On też byłby cenny w naszych szeregach, ale… lepiej nie dolewać oliwy do ognia”, pomyślał – W końcu Grix uciekł z więzienia Syndykatu, a my wiemy jak łapać takie persony jak on. Jest też drugi powód- gdy to powiedział, Nirthi przesadnie uniósł jedną brew do góry – Na kontynencie pojawia się coraz więcej potworów. Nikt nie wie dlaczego. Syndykat stracił wielu wilków w walce z nimi, mój oddział też zubożał o trzy osoby. Widziałem tego wilka w akcji i muszę przyznać, że jest niesamowity. Sprawdziłby się w moim oddziale.
Aru, na słowa pochwały, zarumienił się skromnie. Szybko powrócił do poprzedniego stanu, gdy zauważył jak patrzy na niego i na Morrawarczyka jego szwagier. Fargoth spoglądał czujnie, gotów interweniować gdyby doszło do rękoczynów. Na szczęście jego przyjaciel potrafił nad sobą zapanować. Lub raczej nad demoniczną posoką krążącą w jego organizmie.

- Ale nie możesz tak po prostu odejść z Gwardii. Co powiem królowej??
Zanim Arukar zdążył odpowiedzieć, Berungar już tłumaczył generałowi jak wybrnąć z tej sytuacji:
- Syndykat może werbować w swe szeregi każdego, od szlachty po plebs, i nikt nie może w tej sprawie protestować, nawet królowie. Wyślę komendantowi Carregowi wiadomość, aby potwierdził władczyni Varrantu werbunek kapitana.

Nirthiego jednak wcale to nie przekonało. Far szczerze wątpił czy w ogóle to jest prawdziwy powód gniewu szaraka. Ten nie odezwał się ani słowem, lecz odwrócił się napięcie do wszystkich plecami i wyszedł z kuchni. Wszyscy patrzyli na siebie, zmieszani lub zamurowani, za wyjątkiem Gilberta. Gilbert otóż dopiero po całym przedstawieniu odzyskał przytomność i widząc zaniepokojone oblicza towarzyszy, zapytał:


- Coś mnie ominęło?

***

Południe przyszło szybciej niż by ktokolwiek się spodziewał. Po obfitym obiedzie, składającym się z pieczonej kaczki z jabłkami, ziemniaków w mundurkach i potrawce z królika nadeszła pora pożegnań. Berungar życzył Farowi oraz jego ekipie dużo szczęścia w poszukiwaniu informacji o Akolitach oraz zapewnił, że nie wyjawi Radzie, iż znalazł swojego przyjaciela. Nir natomiast nie odezwał się ani słowem, gdy jego szwagier podchodził się z nim pożegnać. W jego oczach nie kłębiła się już jednak złość, tylko czysty smutek.

Wszyscy siedzieli w swoich pokojach. Wszyscy, za wyjątkiem komendanta, który właśnie wszedł po schodach na górne piętro. Zmęczony i wyczerpany po spotkaniu z kontaktem syndykackim, podszedł żwawo do drzwi swego pokoju. Już chciał nacisnąć na klamkę, by zaraz potem wpełznąć do łóżka, gdy usłyszał dźwięk tłuczonego szkła. Chwilę potem dołączyło do niego ciche przekleństwo. Far szybko poczuł metaliczny zapach alchemicznych składników i spojrzał na sąsiednie drzwi.
- Pokój Mordina… Staruszek, od czasu rzezi w Quaxi, ciągle siedzi i bada krew bergharta… Ciekawe jak mu idzie.
Wymawiając ostatnie słowa, komendant stał już przed pokojem alchemika. Zapukał trzy razy, ale nie doczekał się pytania.
- Mogę wejść?
- Nie.
Ignorując odpowiedź, Fargoth pchnął drzwi. Wnętrze pokoju, który zamieszkiwał tylko Mordin, nie różniło się zbytnio od pokoju komendanta. Te same łóżka, te same okna, ta sama drewniana podłoga. Właściwie jedynym co go wyróżniało był zagracony stół przy ścianie naprzeciw wejścia. Stała na nim typowa aparatura alchemiczna, składająca się z kolb i szklanych rurek. Wokół otaczały ją różnokolorowe płyny, bulgoczące od podgrzewania na ogniu.

- Nie przeszkadzam? – spytał niespodziewany gość.
- Owszem – alchemik warknął i obrócił się na pięcie. Drewniane krzesło zaskrzypiało pod naporem jego pośladków – Chyba wyraziłem się jasno, że nie można wchodzić.
- Wybacz. Chciałem tylko sprawdzić, czy odkryłeś coś szczególnego.
Mordin westchnął ciężko, jak to miał w zwyczaju, i ponownie skupił się na pracy. Fargoth, nadal odczuwając zmęczenie spowodowane chodzeniem po mieście, klapnął pośpiesznie na skraj najbliższego łóżka.
- Skąd wziąłeś stół?
- Z piwnicy, gospodyni mi dała. Ale to nieistotne. Naprawdę chcesz znać efekty moich badań?
- No… – Far zawahał się przez chwilę. Przez bardzo krótką chwilę – Tak, chcę wiedzieć.
Stary wilk, jakby w odpowiedzi, wyjął z kieszeni małą fiolkę z czerwoną posoką. Komendant przechylił głowę w prawo, aby lepiej widzieć co takiego robi jego kompan. Tymczasem on już wlewał zawartość szkła do wąskiego przewodu w aparaturze. Krew bergharta bezgłośnie uderzyła w dno kolby, po czym Mordin zatkał otwór miedzianobrązowym korkiem.
- Jak już wcześniej mówiłem, z tego czegoś aż bije od magii. Czarnej magii. Ale to nie wszystko – powiedział, a następnie odkręcił pobliski flakon. Już po chwili fioletowa substancja lała się na dół i z cichym pluskiem walnęła w posokę. W odpowiedzi na to, do góry uniósł się kłąb różowego dymu, powstałego ze zmieszania dwóch substancji.

- Ta chmura, która właśnie wyleciała to ader. Roztwór kwasu, który przed chwilą wlałem. Rozumiesz?
- No… niezbyt. Nie jestem alchemikiem.
- Eh… Chodzi o to, że czymkolwiek jest przesiąknięta krew naszego trofeum z Quaxi, to jest to genialny destylator. Co więcej, sądzę, że z łatwością mogłoby to coś zostać przyjęte przez każdy organizm. Nie mam już wątpliwości – nasz berghart był efektem mutacji.
Komendant zerknął na ciecz. Jadowicie czerwona papka, utworzona po zmieszaniu z substancją, o której mówił Mordin, przyległa teraz częściowo do ściany. Szkło lekko zaparowało na różowo, jednak wciąż można było przez nie oglądać soki bergharta. Nagle Farowi przypomniały się słowa Greeda. „Nie wszyscy z tej twojej organizacji charytatywnej są tacy miłosierni, jak ci się wydaje”. „Czyżby Syndykat miał coś wspólnego z…”.
- Myślisz, że to jest to, o czym wspominał ten lisowczyk – alchemik przez chwilę patrzył na niego, nie rozumiejąc, więc komendant sprecyzował – Mówię o tej Krwi Bogów.
- Kto wie… To prawdopodobne. Na razie jednak nic więcej z tym nie zrobimy. Wiesz już, jak dostaniemy się do tutejszej bazy w Syndykacie?

Na te pytanie Far wyraźnie się skrzywił. Nie miał ochoty przyznawać się do porażki, zwłaszcza przed przemądrzałym alchemikiem. Ten zaś uniósł jedną brew, w oczekiwaniu na nowiny. Młodemu ha’shetowi nie pozostało nic innego jak zaznajomić go ze smutną prawdą.
- Wszyscy moi znajomi z organizacji, którzy byli najbardziej godni zaufania… Cóż, powiedzmy, że granica ich przyjaźni stoi poza nielegalnym wprowadzeniem do zamku lorda.
- Innymi słowy, wystawili cię do wiatru – spytał Mordin, a Fargoth w odpowiedzi pokiwał lekko głową.
- Nic straconego – rzekł po dłuższym przemyśleniu i uśmiechnął się z przekąsem. Sięgnął po leżący w rogu stołu, zwinięty w rulon papierek. Tak naprawdę okazał się on fischettem, którym już po chwili Mord się delektował. Puszczał przy tym szarozielone kręgi dymu.


- Znam kogoś, kto z całą pewnością nam pomoże – powiedział, obserwując jak pierwszy z jego dymnych efektów rozpływa się w powietrzu. Far zaś niezmiernie ożywił się na tą wiadomość. Chwilę potem Mordin relacjonował mu już cały plan.

***

Na ulicach dzielnicy handlowej wszędzie tłoczyły się wilki, zarówno lotryjskie, jak i zagraniczne. Stragany na rynkach przepełnione były towarami wszelkiej maści, od znakomitych amebyjskich serów, przez kuropatwy z Lionne, po varranckie jedwabie. Zewsząd dało się słyszeć nawoływanie kupców, często przekrzykujących, a nawet kłócących się. „Miasto tętni życiem”, powiedział do siebie w myślach Far.
Mordin, który szedł obok niego, pogwizdywał cicho. Od rana był w zadziwiająco dobrym humorze. Przystawał nawet od czasu do czasu przy niektórych stoiskach zielarzy, spoglądając na rzadkie okazy leczniczych ziół. Jednak gdy tylko zniecierpliwiony komendant wspominał o sprawie nie cierpiącej zwłoki, alchemik budził się ze swojego letargu i czym prędzej wznawiał marsz.
- Jesteś pewien, że twój przyjaciel… Darley, czy jak mu tam…
- Darleth – poprawił Fara stary wilk, uśmiechając się z powodu przekręcenia imienia – Mam nadzieję… To mój przyjaciel, z czasów gdy pracowałem w Korpusie.
- Co!? – komendantowi oczy zabłysły ze zdumienia – Ty robiłeś w Korpusie??
- Myśleliśmy, że nienawidzisz tej organizacji – dodał Azrak, idący ramię w ramię z Gilbertem. Obydwaj postanowili, że idą z Fargothem i Mordinem. Gdy ci poprosili ich o solidny argument, biały rekrut Syndykatu oświadczył, iż „są najstarsi rangą w ekipie, nie licząc samego Fargotha, i muszą być obecni przy takich spotkaniach”. Widać było, że nie chce odstąpić swego mistrza na krok. Natomiast Azrak odpowiedział po prostu, że nie zaszkodzi mu świeże powietrze Herndall.

- Cóż… – Mordin zastanowił się chwilę nad odpowiedzią, po czym wytłumaczył – Dołączyłem do nich, gdy dopiero ich spółka powstawała. Szukali utalentowanych wilków, więc pomyślałem, że będę przydatny, zwłaszcza, że jakiś czas temu odszedłem z Koła Piromantów. Ale wnet przekonałem się czym jest Korpus – związkiem skorumpowanych, komercyjnych, dwulicowych szumowin. Dla nich złoto jest ważniejsze od prawdziwej nauki. Opuściłem, że się tak wyrażę, ich „szeregi”, kiedy dowiedziałem się, że przywłaszczyli sobie recepturę arpadium. Na szczęście, ze względu na brak jakiegokolwiek żyjącego przedstawiciela Giovanni, z wyjątkiem generała Nirthiego, nie mogli go produkować. No ale… przedtem zdążyłem zaprzyjaźnić się z dwiema, trzema osobami.
- Rozumiem – odpowiedział Far, po czym zwrócił się do swego podwładnego – Na pewno czujesz się na nogach? Podobno nieźle się uchlałeś specyfikami Ragnara.
- Jestem w pełni gotowości do jakiegokolwiek działania, komendancie – mówiąc to, uśmiechnął się od ucha do ucha. Fara jednak to nie uspokoiło.
- Lepiej pohamuj się z balangowaniem z Ragnem. Masz trochę słabą głowę na takie rzeczy. Poza tym, chyba nie chcesz takiej sytuacji jak wtedy, z Lamijczykami… Gilbert chciał już wyrwać się do odpowiedzi, ale wtem alchemik zatrzymał ich, podnosząc wyprostowaną dłoń do góry. Wskazał na przejście między dwoma ceglastymi, wysokimi kamienicami. Na skraju owego zaułka stała oparta o mur budynku poszukiwana przez nich postać. A przynajmniej zgadzała się z opisem Mordina – długie, kędzierzawe włosy, starannie przystrzyżona broda, ciemnobrązowe futro. Prócz tego miał na sobie elegancki uniform w kolorze szafiru. Nie sposób było zaprzeczyć, iż mieli do czynienia z bogatą personą.

- Osiem lat… Przez ten czas nic a nic się nie zmieniłeś, przyjacielu. Wszędzie bym poznał te oczy, jak u azurrskiego lwa – to rzekłszy, Darleth wyciągnął ręce w stronę zbliżającej się do niego grupki. Jego miedziane oczy spotkały się ze wzrokiem starego Nordmandczyka. Obaj uraczyli się uśmiechami na swój widok.
- Ty też nie wyglądasz zbytnio inaczej – zauważył Mordin, wskazując na pulchne ciało kolegi – Dieta ci nie służy.
Darleth poklepał się ze śmiechem w bęben, zapewne przywołując na myśl stare, dobre czasy. Widać biały alchemik często raczył go takimi komplementami.
- Tak, jest wesoło i w ogóle, ale chyba przyszliśmy do niego w pewnej sprawie, hm? – spytał niecierpiącym zwłoki głosem Gil, ze szczyptą ironii i ponaglenia. Mordin spiorunował go wzrokiem, zaś jego przyjaciel alchemik tylko bacznie mu się przyjrzał. Far chciał już coś wtrącić, ale w pewnym momencie Darleth roześmiał się głośno, typowym grubiańskim śmiechem.
- Taki młody i niecierpliwy. Zupełnie jak ja przed laty… Eh, nieważne. Domyślam się, że to ty jesteś komendantem z Twierdzy Kruków?
Far, zauważywszy, że członek Korpusu mówi teraz do niego, energicznie pokiwał głową. Jego rozmówca począł gładzić czubek swej brody, przenikliwie go oceniając.
- Wolałbym, żeby to pozostało między nami – dodał komendant, stwierdziwszy, że musi pierwszy podjąć temat – Wie pan, nie wszystkim z Syndykatu i Korpusu można ufać.

- Ho, ho, ho, nie mów do mnie per „pan”. Nie znoszę kiedy tak się do mnie mówi. Możesz śmiało używać mojego imienia.
- A więc Darleth – Fargoth jeszcze raz obejrzał się za siebie, czy aby na pewno nikt nie podsłuchuje. Wszyscy jednak byli tak pochłonięci sprzedawaniem i kupowaniem, że nic innego dla nich nie istniało. „Tak, Herndall to z pewnością serce handlowe Lotrii”, pomyślał – Potrzebujemy się dostać do pałacu. Do siedziby zarówno Syndykatu jak i Korpusu Alchemicznego. Kłopot w tym… że nie bardzo wiemy jak to zrobić.
Mordin z kwaśną miną przytaknął. Zgadzał się z kimś niezmiernie rzadko, więc dla młodego wilka był to prawdziwy zaszczyt. Darleth nadal masował opuszkami palców swój długi zarost, myśląc nad problemem drużyny.
- Zapewne mi nie powiecie po co chcecie się tam włamywać?
- Niestety nie – potwierdził szybko Gilbert – Obawiamy się, iż ta informacja jest… ściśle tajna.
- Pełen sekret – dodał z małym uśmieszkiem Far – Przed przeczytaniem spalić.
W oddali dało się słyszeć kupca oferującego niskie ceny swoich ryb. Jego głos jednak bardzo prędko zmieszał się wraz z innymi oraz ze stukotem końskich podków. Koło zaułka przejechał właśnie powóz, należący zapewne do jakiegoś pomniejszego szlachcica. Na szczęście woźnica nie raczył obejrzeć się na dziwną grupę, rozmawiającą cicho pod domami porządnych mieszkańców.

- Chyba wiem jak wam pomóc – stwierdził w końcu Darleth.
- Tak po prostu? – zapytał ze zdumieniem duży wilk, do tej pory jak zawsze milczący – Nie chcesz nic w zamian?
- Nie – zaprzeczył i pokiwał odmownie głową – Jestem winien temu staremu piernikowi z Nordmandii przysługę. On mi wielokrotnie pomógł. No więc, słuchajcie…
Relacjowanie tego zawiłego rozwiązania trwało dobrych parę minut. Nie obyło się bez dodatkowych pytań i uciążliwych wyjaśnień, zarówno ze strony Mordina, jak i jego przyjaciela. W międzyczasie handel na ulicach dzielnicy kwitł coraz bardziej i bardziej, aż całe drogi, od kamienicy do kamienicy, zostały oblężone przez chętnych na cudzoziemskie towary. W końcu, dopracowując ostatni szczegół planu, Far i Mordin, obaj niezmiernie wdzięczni, wymienili uściski dłoni z Darlethem. Ten odrzekł im tradycyjne „nie ma za co”, z uśmiechem na ustach i niedługo potem on i ekipa poszli w swoją stronę. Alchemik z Korpusu uśmiechał się jeszcze przez długi czas. Był to uśmiech wilka zadowolonego z siebie. Zaś gdy tylko zobaczył przy jednym ze straganów z bronią białą żołnierza Gildii Nordmandzkiej, zmienił się na cyniczny i łakomy. Darleth podszedł do niego, przepychając się przy tym przez tłum oczarowanych zagranicznymi dobrami Lotryjczyków, i wyszeptał mu na ucho:
- Rybki połknęły haczyk.

***
Darkasurri już na nich czekał, gdy wynurzyli się z iglastej kniei.

Wszystkie informacje podane im na tacy przez Darletha okazały się prawdziwe. No, prawie wszystkie. Na zachód od głównej bramy miasta rozciągały się ściany dzikiej puszczy, która sięgała aż do granicy z Varrantem. Zgodnie ze wskazówkami alchemika, ruszyli wprost na nią i przez niecałe pół godziny przedzierali się wśród wysokich buków, górujących nad swymi mniejszymi braćmi i siostrami, aż natrafili na taflę jasnoniebieskiego wodospadu, wpadającego do małej delty rzeki Lane. Obeszli go, przeskakując na głazach leżących w wodzie na drugą stronę, po czym skręcili znów skręcili na zachód. Minęło parę ładnych minut i dużo więcej narzekań Ragnara na kolce wbijające się w jego rzyć, nim ujrzeli cel wędrówki.
Asamit siedział, opierając się o skalną półkę wzgórza. Z wyrwy, która widniała po jego lewej, wystawał wylot szerokiej na rozmiary niedźwiedzia, czarnej rury. Brudna, zielonkawa woda, wylewała się z niego i strumieniem opadała na dno doliny, w której się znaleźli.
- Wasz kontakt nie kłamał – rzekł ekipie na powitanie Dark – Dokładnie sprawdziłem kanał. Jakiś jard w głąb tego tunelu znalazłem przejście, o którym wspominaliście. Wszystko się zgadza.
Far skinął głową i przyjrzał się uważnie Asamitowi. Wpierw jego twarzy, umazanej błotem, potem torsowi. Czarno-białe futro lepkie było od wody i zalatywało wilczą kupą. Komendantowi w pewnej chwili zrobiło się głupio. Darkasurri wielokrotnie znacznie przysłużył się swojemu nosferackiemu bratu.

- Wiesz… Nie musisz ciągle nocować w lesie. W Herndall, jak w każdym innym większym mieście, mieszka część scomandr. Nie wyróżniałbyś się za bardzo.
- Nie, wcale… – stwierdził opryskliwie Nirthi – W najlepszym wypadku zostałbyś spalony na stosie przez miejscowy klasztor. W najgorszym wyrzucili by nas z miasta.
- Odpowiada mi tak, jak jest. Naprawdę – odparł sucho Asamit.
- No to w porządeczku, nie? A teraz może w końcu ruszymy się, do kutwy nędzy? Ci Akolici nie będą czekać całą pieprzoną wieczność.
Powiedziawszy to, Ragnar pociągnął łyk z przezroczystej butelki, pełnej białego trunku. Ku zdziwieniu i lekkiej irytacji Fara, Gilbert powtórzył ów proces. Jednak zauważywszy zwężające się niebezpiecznie źrenice komendanta, biały wilk szybko cisnął alkohol w kąt. Nie obyło się bez pełnego rozczarowania komentarza lotryjskiego berserkera, gdy poczęli chwytać się krawędzi kanału i wczołgiwali do mrocznego tunelu.
W środku dało się poczuć nieprzyjemny odór chemikaliów. Pozostałości po nieudanych doświadczeniach Korpusu, do którego ów kanał należał. Zatkawszy dziurki nosa, ekipa rozpoczęła marsz, brodząc przy tym stopami w wodzie. Czarny korytarz dłużył się niezmiernie, po części przez wzgląd na muł oraz drażniący zapach. Tak więc gdy w końcu znaleźli to, czego chcieli, komendant odetchnął z ulgą. Oczywiście, na tyle, na ile pozwalało mu brudne powietrze. Nad nimi znajdowała się drewniana klapa, wystarczająca, by przeszedł przez nią każdy z nich. Dark jakby od niechcenia uderzył w kładkę, aż ta poleciała do góry, by po paru sekundach opaść pod nogi Fara. W międzyczasie Asamit ze zwinnością kota wślizgnął się przez otwór. Ekipa usłyszała stłumiony jęk, zaś po chwili ich scomandrycki kompan pojawił się przy wejściu i dał znak głową by weszli.

Pomieszczenie, w którym się znaleźli, zawalone było skrzyniami, od małych, jak kamienne bloki, po duże, dwumetrowe. Przy wejściu leżał ogłuszony wilk w białej szacie, ozdobionej czerwonymi ornamentami. Pachniało tu intensywnie środkami chemicznymi, głównie ziołami występującymi na granicy z Lionne, co wyczuł od razu drużynowy alchemik. Ale wśród tego zapachu, jeszcze jeden mocno się przebijał.
- Ale smród – stwierdził Gilbert, zatykając ponownie nos.
- Tak daje ta cała pieprzona alchemia?? To ja dziękuję, wolę swoją – dodał Ragnar, z żalem patrząc na pustą flaszkę trzymaną w ręku.
- To dochodzi stamtąd – mówiąc to, Gwen wskazała na średniej wielkości pudło w kolorze orzecha, leżące przewrócone w rogu pokoju. Z wnętrza wystawała trupioblada dłoń, kompletnie pozbawiona kłaków. Far zbliżył się i ostrożnie pochylił, aby zajrzeć w zawartość cuchnącego kartonu. W jego czeluściach dostrzegł gołą głowę, ostrzyżoną ze wszystkich włosów. Pociągnął za rękę, by w świetle przyjrzeć się dziwnemu cielsku, które okazało się źródłem zapachu. Dostrzegł zarys dobrze znanej mu twarzy, tyle, że przez niego zapamiętanej jako sroga, stanowcza, wymagająca. Zaparło mu dech w piersiach – leżało przed nim ciało Yean, przyjaciółki z Syndykatu.

Mordin kucnął razem z nim i począł dokładnie analizować każdy element jej brutalnie pokaleczonego ciała.
- Wszędzie da się zauważyć ropiejące rany w odcieniach żółci i fioletu. Liczne ślady po ukłuciach. Wykrwawione oczy – mówiąc to przejechał czubkiem palca wokół oczodołów swojej „pacjentki” – Nie ma wątpliwości, że padła ofiarą badań. Okrutnych badań. Równie dobrze mogli ją po prostu zgwałcić. Bydlaki…
- Yean… – zająkał Fargoth i padł na kolana, nadal trzymając za rękę martwą już panią porucznik, niegdyś tak pełną życia. Teraz zaś spała na wieki, a jej dusza odnalazła święty spokój. Komendantowi przypomniał się biały stwór. „Śmierć jest najlepszym, co może nas spotkać”.
- Far – zaczął Nirthi, nie chcąc jednak ranić przyjaciela jeszcze bardziej niż już był – Rozumiem, że ona była ci bliska, ale…
- Musimy iść Fargoth – ujęła to łagodnie Gwen, a szarak odetchnął z ulgą, że nie pogłębił rany kolegi – Mamy swoją misję.


Ten pokiwał smutno głową i dał się wziąć pod ramię. Przedtem jednak zdjął z palca Yean srebrny pierścień – rodową pamiątkę jej rodziny. „Oddam ją Aardonowi”, przyrzekł sobie.
Nirthi ostrożnie uchylił drzwi, rozglądając się na lewo i prawo.
- Pusto – mruknął do drużyny, po czym wyszli z tego przygnębiającego pomieszczenia i po cichu zamknęli drzwi.
- Tamtędy – Mordin wskazał odległy o jakieś dziesięć metrów łuk, za którym znajdowały się kamienne schody prowadzące do góry. Ekipa zaczęła stąpać na paluszkach, i to najciszej jak tylko mogli. Szczęście im jednak sprzyjało, bo ani na tym piętrze, ani na górze nie dostrzegli żadnego wilka. Tymczasem znaleźli coś o wiele ciekawszego.
Pokonując ostatni stopień, Far chwycił za pozłacaną klamkę drzwi, na których widniał wielki, srebrny napis Laboratorium. Rozległo się ciche pyknięcie, a po chwili oczom drużyny ukazał się niewyobrażalny widok.

Ogromna sala, której ceglaste ściany liczyły sobie co najmniej pięć metrów, rozciągała się na ich oczach i wyglądała jakby nie miała końca. Po jej prawej stronie ustawione były pod rządy kotły wielkości komody. Buchała z nich szara para, tak gęsta, że nic przez nią nie widzieli. Wokół każdego rondla ustawionych zostało po kilka stołów, na których leżały szklane fiolki. Niektóre z nich wypełnione były szkarłatnym płynem, „dziwnie znajomym”, jak pomyślał komendant. Jednak to zawartość klatek znajdujących się w lewym skrzydle pomieszczenia zmroziła mu krew w żyłach.
Jako agent Syndykatu, znał wiele rodzajów potworów i miejsca ich występowania. Zdziwił się ogromnie, gdy ujrzał wściekle pomarańczowego jaszczura, zwanego bardziej dokładnie draugenem. Tak samo dziwne było znalezienie kikimory, która za miejsce zamieszkania uznaje jedynie Morrawar i Lehmarię. Przejechał wzrokiem po innych okazach, uwięzionych za metalowymi prętami. Krabopająk, harpia, alpin, bruxa. Na końcu szeregu zaś spostrzegł wielkiego niedźwiedzia z długimi, ostrymi kolcami na grzbiecie. Ciarki ponownie przeszły mu po plecach, gdy ujrzał bergharta.
- Miałem rację… – szepnął Mordin, równie wstrząśnięty co Far i reszta załogi – Moje przypuszczenia były trafne… Ci kretyni… Te szumowiny robią eksperymenty na potworach.
- Eksperymenty z Krwią Bogów – dodała Gwen i wskazała głową na czerwony płyn umieszczony we fiolkach. Komendant zdążył się już domyślić. Jego rozważania rozwiał jednak głos dochodzący z tyłu.

- Mówiłem panie Greed. Mówiłem, że przyjdą – Farowi włosy stanęły dęba. Poznał ten głos. I Mord także. Za nimi rozległy się ciche kroki. Po chwili usłyszał znajomy, szyderczy śmiech.
- Po raz kolejny robisz to czego chcemy – powiedział Greed z typowym dla siebie uśmieszkiem – Wiesz, że to zaczyna się robić nudne?
- Chcieliśmy znaleźć haka na Akolitów. Tymczasem natrafiliśmy na coś lepszego – stwierdził Nir. Tak jak reszta drużyny, spoglądał teraz z gniewem na twarz lisowczyka. Chwilę później w drzwiach pojawiły się kolejne persony. Darleth z zuchwałym uśmieszkiem, stanął ramię w ramię koło Akolity. Ni stąd ni zowąd po prawej Greeda pojawił się także Locky. Ale Far nie patrzył już na żadnego z nich. Naprzeciw nich, w odległym końcu laboratorium, stał i uśmiechał się biały wilk w błękitnej szacie. Jego śnieżne włosy z czarnymi końcówkami jak zwykle splecione były w kucyk. Cesarz Asparo stał tam i równie szyderczo jak Greed uśmiechał się. Popatrzył chwilę w twarz komendanta, z szatańskim błyskiem w oku, po czym, jak gdyby nigdy nic, odwrócił się do ekipy plecami i wyszedł.
Far był wściekły. Zarówno na siebie, jak i na Akolitów. Po raz kolejny wystryknięto go na dudka. Musiała kierować nim dziwna, złowroga siła, gdyż mknął nagle w stronę władcy Nordmandii. Odległe o co najmniej kilkanaście metrów drzwi nie zdążyły wydać z siebie charakterystycznego trzasku zamykania, gdy młody komendant pchnął je do tyłu i wybiegł za cesarzem.

- No, to Fargoth jest już nasz – rzucił beznamiętnie Greed. Z jego glosy można było wnioskować, że liczył na powtórkę walki z ha’shetem. Jego wzrok napotkał wściekłe spojrzenia Nira, Gwen, Gilberta i pozostałych – Co do was… Magister nie potrzebuje żadnego z was.


Powiedziawszy to, wyciągnął rękę. Szeroki stożek ognia pomknął ku wilkom, i gdyby nie szybka interwencja Mordina, płomienie liznęłyby ich twarze. Jednakże kamienna ściana, którą alchemik utworzył dotykając zimnej posadzki laboratorium, skutecznie zablokowała czar. Darleth już dawno wybiegł, wołając straże. Na miejscu Lockiego stała teraz ogromna, śnieżnobiała bestia, a w jej kłach odbijało się światło rzucane przez ogień na pochodniach. Każdy z ekipy czekał, z bronią w pogotowiu. Nie minęła sekunda, a walka się zaczęła.
Dwie stalowe pięści mknęły już by otrzeć się o twarz lisowczyka. Ten dwoma prostymi czarami rozproszył sztuczki Mordina. Alchemik jednak nie rezygnował. Z kieszeni jego płaszcza wylatywały jedna za drugą kolorowe petardy, wybuchające mikstury oraz różnorakie, łatwopalne substancje. Greed bez większych problemów odbijał to wszystko na cztery strony świata i nie pozostawał mu dłużny. W stronę starego wilka leciały chmary błyskawic, jednak ten z łatwością blokował ataki cisowym kosturem.
- Zmęczony, staruszku? – pytał Greed, tylko po to by zirytować przeciwnika.

- Walczyłem z groźniejszymi od ciebie. Nie pochlebiaj sobie, lisowczyku.
- Czemu po prostu się nie poddasz? Myślisz, że masz jakieś szanse – z ust Akolity nie znikał drwiący uśmieszek. W odpowiedzi na to Mordin niczym dzikie zwierzę cisnął w niego buteleczką żrącej trucizny. Lisowczyk prychnął i odparował cios, a flakonik poleciał w kierunku skrzyń z żywymi eksperymentami.
- Widzę do czego tu dochodzi. Zaczęliście już robić eksperymenty na wilkach. Widziałem ich wyniki. Widziałem tamtą kobietę z Syndykatu, którą jak zgniłe mięso wrzuciliście do magazynu! Nie ujdzie wam to na sucho. Nie pozwolę by alchemia była wykorzystywana do takich celów.
- Uważaj na słowa staruchu. To co się tu dzieje, to wyłączna sprawa tego fiuta Asparo oraz jego kolegów z Rady. Reszta Akolitów chce tylko Fargotha.
- To niczego nie zmienia!! – ryknął niespodziewanie Mordin, a jego echo rozniosło się po sali. Zaraz potem usłyszał odgłos towarzyszący przepalaniu metalu. Chwilę później inny dźwięk, podobny do syku kobry. Zarówno Mordina jak i Greeda zamurowało. Gromadę draugenów, uwięzioną w wielkiej, teraz już przedziurawionej klatce, nie dzieliło już nic od wolności.

W międzyczasie reszta drużyny walczyła dzielnie z potwornym sojusznikiem lisowczyka. Bijatyka przebiegła następująco: Azrak ciął z rozmachem w jedną nogę stwora, Nirthi zaś w drugą. Gwen zasypywała go lawinami strzał, tak by nie mógł im przeszkodzić. Locky upadł, lecz odnóża zaczęły mu odrastać w zastraszająco szybkim tempie.
- W serce! – krzyknął w pewnym momencie alchemik, nadal obrzucając lisowczyka tym co miał pod ręką – To ich pięta achillesowa!! Tak samo było z berghartem!!
- Niee!! Locky, uciekaj stąd! – głos Greeda rozniósł się po całej sali, zagłuszając to co mówił. Gdy tylko Ragnar i Gilbert zamachnęli się, by uderzyć w tors przeciwnika, ten rozpłynął się. To samo stało się z lisowczykiem. Obaj wytrzeszczyli oczy ze zdziwienia, a berserker podsumował to jednym zdaniem: „Co do cholery?”. Właśnie w tym momencie ciemnopomarańczowe gady z sykiem rzuciły się na nich z rozdziawionymi paszczami. Ich wściekły syk zmieszał się z wrzaskiem moczymordy i rekruta Syndykatu. Dwa pierwsze draugeny, które wyprzedziły swoich pobratymców, padły jednak, natknąwszy się na miecz Nira.
- Dzięki. A teraz wypieprzajmy stąd w cholerę! – zawyrokował Ragnar. Nikt się nie sprzeciwił i chwilę później zbiegali już po schodach. W oddali nadal słychać było dźwięki dwunożnych, wężopodobnych gadów.
- Hej! – rzuciła nagle Gwen i zatrzymała się – A Far!? Nie możemy go zostawić!!!

- To sprytny chłopak. Poradzi sobie, zaufaj mi – powiedział Nirthi, a gdy ujrzał, że wilczyca z Lionne nadal ma pewne opory, dodał najspokojniej jak w tej sytuacji umiał – On nie chciałby, żebyśmy zginęli na próżno.
W końcu kiwnęła głową, choć bardzo niechętnie. Rzuciła jeszcze wzrokiem do tyłu, jakby w nadziei, że ujrzy tam komendanta. Na schodach pojawiła się jednak chmara draugenów. Ekipa poczęła uciekać gdzie pieprz rośnie.

***

Od nordmandzkiego cesarza dzieliło go tylko kilka metrów, może osiem. Jednakże ten uciekał przed nim z szybkością godną geparda. Pościgowi towarzyszyło bicie dzwonów, alarmujących o obecności intruzów. Syndykat i Korpus zdołali się już dowiedzieć od Darletha, że poszukiwany komendant jest tutaj. Z bocznego korytarza wyłoniło się bowiem dwóch strzelców – łucznik i kusznik. Zanim jednak zdążyli unieść broń, Far już był przy nich. Sapphira ukośnym cięciem w szyję powaliła jednego z nich, drugiemu zmroziła krew w żyłach. Dosłownie.

Na rozwidleniu korytarza Asparo wybrał przejście po prawej. Nie tracąc więcej czasu, komendant ruszył za nim. Drogę zagrodzili mu strażnicy z Gildii Nordmandzkiej, ale bez problemu staranował ich z drogi. Powtórzył tę czynność, gdy kilkoro innych agentów Syndykatu stanęło między nim a wejściem, przez które wszedł cesarz. Znalazł się, jak przypuszczał, w jednej z wież pałacu. Z okna rozprzestrzeniał się widok na całą dzielnicę zamkową. Słońce schodziło już za horyzont, a niebo przybrało kolory czerwieni i fioletu.
Fargoth szybko oderwał wzrok od majestycznego widoku i mknął po kręconych schodach na samą górę, by dopaść Asparo. Chciał odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania. Chciał wiedzieć, co mają znaczyć wszystkie te eksperymenty, przez które, jak już się domyślał, wzrosła aktywność potworów na kontynencie. Chciał wiedzieć co Asparo, jako Radny, ma wspólnego z Akolitami i Krwią Bogów.
- No właśnie, Krew Bogów – mruknął ze zgrozą – Czym to cholerstwo do diabła jest? Pozwala mutować organizmy, daje nadprzyrodzone umiejętności… Asparo zna odpowiedź, a ja ją z niego wyciągnę!
Dopadł w końcu klamki czarnych drzwi, pokonując ostatni stopień, i bez jakiejkolwiek subtelności, pchnął do przodu jedyną przeszkodę jaka stała mu na drodze. Znalazł się w niedużym, lecz i tak robiącym wrażenie poddaszu wielkiej wieży. Na szarych, masywnych ścianach wisiały starannie zawieszone obrazy, wszystkie obramowane czystym złotem. Przedstawiały wysoko postawioną szlachtę, wielkich, potężnych mężów jak i piękne, dostojne panie. Wśród nich poznał jedną znajomą twarz – Rea, księżniczka z zamku w Vol Turin, o kryształowych oczach w odcieniu trawiastej zieleni.

Komendant miał wrażenie, jakby wszystkie twarze wpatrywały się w niego, chcąc go udusić. Ich oczy świdrowały go. Wyczuł za sobą zimny zapach metalu i usłyszał świst, jak u wyjmowania miecza z pochwy. Odwrócił się na pięcie, a sekundę potem jego gardło dzieliły tylko centymetry od ostrza katany.
- Greed miał co do ciebie rację, a to dziwne. Ale ja już wcześniej widziałem twoją zadufaną pewność siebie – powiedział Asparo, z typowym stoickim spokojem. Kropla potu spłynęła z czoła Fara, jednak nie przestraszył się. Nie dał cesarzowi tej satysfakcji. Wciąż miał w gardzie swoją Sapphirę. Spojrzał głęboko w oczy śnieżnego imperatora, w których emocje umarły zapewne dawno temu, po czym niespodziewanie odtrącił jego miecz i wystrzelił ciężkim lodem w twarz Asparo. Bryła trafiła jednakże w zamknięte drzwi. Ku ogromnemu zdziwieniu Fara, w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stał cesarz nie było już nikogo. Uśpiło to instynkt komendanta, czego zaraz potem pożałował, wyjąc przeciągle. Z jego ramienia wystawała srebrna klinga katany. Far zaryczał niczym wilk spalany na stosie, a jego lament odbił się tylko o grube mury wieży.
- Ojoj – mruknął biały wilk, wyciągając zakrwawiony miecz i jednym kopniakiem powalił ha’sheta Nosferatu na ziemię. Fargoth obrócił się, nie chcąc tracić z oczu żadnego ruchu przeciwnika. Gdyby nie drwina tańcząca na ciemnych wargach cesarza, gotów był pomyśleć, że naprawdę zrobiło mu się przykro.

- Wybacz mi. To zapewne ta ręka, którą skleił ci twój kolega, Shadou? A wiesz może gdzie to on jest? Magistrowi zależy na nim tak samo, jak na tobie.
- Pieprz się!!! – warknął komendant – Nie waż się wymawiać jego imienia, gnoju! Jesteś Akolitą, prawda?!
- W moim kraju za coś takiego kazałbym cię skrócić o głowę. Ale tak, jestem Akolitą. Mój Dar to szybkość, tak jak Darem tego zawszonego lisowczyka jest magia Kamienia, a Lockiego siła. A wracając do Shadou, byłbym niezmiernie wdzięczny gdybyś mi zdradził, gdzie to nasz wybitny alchemik przebywa.
- Nawet gdybym wiedział, to nigdy bym ci nie powiedział.
- Kiepska odpowiedź.
Nie wiedzieć kiedy, Asparo ponownie wbił ostrze w ciało słabszego przeciwnika. Tym razem w sam środek brzucha. Wrzask Fara znów wypełnił salę. Szlachta uwieczniona na portretach nadal zaciekle wierciła go wzrokiem. Przez chwilę komendant pomyślał, że boli go to bardziej niż krwawiące rany.
- Ach, srebrny miecz wzmocniony świętymi znakami, wykonany przez klasztor z Gox – rzekł cesarz, lecz nadal nie wyjmował katany. Najwidoczniej ból i krew wypływająca na ciemnobrązowy pancerz dawały mu niemałą rozkosz – Tak, przebije nawet ravnosa. Pewnie zastanawia cię czemu służę Magistrowi? Cały mój ród służył u niego. Przynajmniej jedna osoba z rodziny, zawsze. Od czasu Kardola I Białego, pierwszego cesarza Nordmandii. Zawdzięczamy Mistrzowi Krwi wiele, to on pomogł stworzyć nasz kraj… ach, wybacz, pewnie nudzi cię lekcja historii, co?

Fargoth jęknął. Na twarzy Asparo wystąpił szeroki uśmiech.
- Wiesz czemu chciałem złapać tego ha’sheta od Giovannich? Początkowo rzeczywiście, tylko ze względu na jego wiedzę alchemiczną i pochodzenie. Ale gdy dziesięć lat temu wstąpiłem w szeregi gwardii Magistra, dowiedziałem się o pewnym szczególe odnośnie eksperymentów mego wuja. Coś, czego nie zapisał w swoich notatkach. Potężny artefakt, odnaleziony przez Giovannich… wchłonięty przez tego białego mieszańca jako dziecko. Wuj był na usługach Mistrza, dowiedział się o tym. Chciał się upewnić, iż Kamień wybrał Shadou. Tak jak ciebie, ten od Lamii.
„O czym on do cholery gada”, myślał Far. Asparo musiał odkryć jego zaintrygowanie, zapewne po zdziwionych oczach, bowiem szybko wyciągnął katanę i przyłożył ją do prawej ręki.
- To lewą dotknąłeś powierzchni Kamienia, tak? – gdy nie doczekał się reakcji, sam sobie dopowiedział – Tak, tak sądzę. A więc… ten przyszywany worek od Shadou nie będzie ci już potrzebny.

Komendant zamknął oczy, gdyż wiedział co zaraz nastąpi. Wstydził się swego strachu, był wściekły z tego powodu. Przez moment myślał, że podda się rozpaczy. Jeden, szybki ruch ostrza spadającego w dół rozwiał jego myśli. Kilka lat później wieża ta miała nosić nazwę Piekielnego Lamentu.

***

- Ostrzegałem cię – rozległ się charakterystyczny, rdzawy głos. Far nie musiał otwierać oczu, by wiedzieć gdzie jest, lecz i tak to zrobił. Krew nadal wypływała mu z brzucha i ramienia, opadając na niebieski piasek, i zmieniając swój szkarłatny kolor na szafirowy. Chciał już dotknąć prawą dłonią swoich ran, ale ze zgrozą stwierdził, że nie może. W miejscu gdzie powinna być ręka, zobaczył tylko pustkę.
- Ostrzegałem – powtórzył biały stwór w postaci kobiety, a Far dopiero teraz na nią spojrzał. Jej brak jakichkolwiek rys wciąż wprawiał go w dreszcze – I choć nie powinienem, dam ci kolejną szansę. Po co sobie to utrudniać?


Białe światło pojawiło się kilka sekund później. Tym razem nie rosło, od razu było w rozmiarach umożliwiających przejście. Stwór wyciągnął swoją śnieżnobiałą, pozbawioną paznokci i włosów rękę w stronę Fargotha.
- Twoje życie naznaczone jest niemałym cierpieniem. Właściwie jesteś jedną z niewielu takich osób, jakich widziałem. Naprawdę mi cię żal, półwilku. Chwyć mnie i…

- NIEEE!!! – ryk Fara był tak donośny, że kamienny labirynt zawieszony pod sklepieniem ciemnoniebieskiego nieba zatrząsł się lekko – Mam jeszcze… tak wiele do zrobienia! To o czym do tej pory myślałem jak o zwykłym spisku… to coś poważniejszego! Muszę to dokończyć, muszę oczyścić me imię, muszę powstrzymać Akolitów, cokolwiek planują!

***

Czarna komnata jak zwykle oświetlona była przez płomienie świec na żyrandolu. Blade światło odbijało się na twarzach tu obecnych. Greed, Locky, Zwinny oraz Nevran, zakuty w stalowe kajdany na rękach i na nogach, leżący u stóp Akolitów, wpatrywali się w oparcie tronu, znad którego wystawała biała, łysa głowa. Postać ta, jak zwykle odwrócona do wszystkich tyłem, jeździła palcem po obwodzie srebrnej czary, w połowie wypełnionej czerwoną substancją. Krwią Bogów.
Magister przez dłuższy czas, od powrotu Greeda i Lockiego, nie robił nic innego. Wpatrywał się intensywnie w ogień płonący w kominku. Płomienie lizały jego płyty, a Mistrz Krwi, lub Biały Diabeł, jak często nazywano go w nordmandzkich opowieściach, oglądał je jakby otrzymał od nich jakąś wizję. Wnet jego ręka zostawiła kielich w spokoju, po czym uniósł ją do góry, a ogień rozpłynął się w powietrzu.
- Fargoth Sapphir III został pochwycony – powiedział.
- Nie!!! – ryknął od razu Nevran, resztkami sił podnosząc się do pozycji klęczącej – Nie ujdzie wam to na sucho! Wciąż brakuje wam dwóch Kamieni!!
- Zamilcz, gdy Mistrz mówi – syknął Greed i pociągnął go za grzywę słomianych włosów. Nev jęknął, ale nadal stawiał opór. Począł się wyrywać, na co lisowczyk sprzedał mu kopniaka w plecy. Liończyk upadł z głuchym świstem na zimną podłogę, zębami uderzając o twardy kamień. Krew strużkami zaczęła wylewać się z jego ust.

- Ach, Nevran – głos Magistra sprawił, że przeszły mu ciarki po plecach – Kiedyś byłeś jednym z nas, taki zafascynowany, taki oddany sprawie. Rozumiałeś mnie, pragnąłeś tak jak ja lepszego świata… Chciałeś odkryć jego tajemnice. A teraz?
Nie doczekał się odpowiedzi. Z buzi Liończyka wciąż sączyła się czerwona posoka. Patrzył gniewnie to na Magistra, to na jego uczniów. Oni zaś przyglądali mu się beznamiętnie. To znaczy, Greed i Zwinny, ponieważ Locky jak zwykle gapił się swoim tępowatym wzrokiem.
- Mam szczerą nadzieję, że komendant Fargoth wyrazi większą chęć współpracy. Mam nadzieję, że zrozumie mój cel. Bo ja wiem i rozumiem to co muszę zrobić. Ten świat potrzebuje zmian. Zmian na lepsze.
Chwycił za trzon kielicha i przyłożył go do swych ust. Krew Bogów poczęła wlewać się do jego gardzieli, a on w myślach delektował się jej słodkim smakiem.

by Rayman
Lipiec/Wrzesień 2011