W Kagarinie jak zwykle zima nadeszła wcześniej. Białe płatki śniegu pokrywały stojący na odludziu zamek cesarski. Z każdej strony obstawiony był gromadą białych wilków z Gildii Normandzkiej.

We wnętrzu tego olbrzymiego przybytku, w sali tronowej, siedział pogrążony w lekturze cesarz Asparo III. Przeglądał z obojętną miną grubą, skórzaną księgę, kiedy jeden z jego strażników zaanonsował:
- Wasza Wysokość! Generał sił zbrojnych klanu skomandryckiego Nosferatu przybył!
Asparo powiódł wzrokiem na drzwi. Chwilę potem otworzyły się i ujrzał w nich muskularnego osobnika. Nosferatu, w rzeczy samej.
- Ach, generał Joheru. Zapraszam.

Generał wolnymi krokami zbliżył się do tronu, po czym wykonał tradycyjny, nosferacki gest szacunku.
- Przybywam by omówić z tobą kwestię naszej dalszej współpracy, cesarzu – powiedział chłodno.
Asparo przyjrzał mu się i uśmiechnął się na pewną myśl.
- Podobno wy scomandr wiecie co to takiego cierpliwość. Mędrzec mawia, że cierpliwość…
Groźne spojrzenie Joheru i ryk powstrzymały go przed dokończeniem. Do sali wpadli uzbrojeni strażnicy, lecz Asparo zatrzymał ich niedbałym gestem ręki.
- Mam już dość gierek twoich i tych z Rady! Straciłem zbyt wiele – szacunek mych wojowników, Irvinga, jednego z najlepszych magów Kolegium, a także dobrego przyjaciela, który był dla mnie niczym syn! Żądam tylko tego jednego, dla którego poświęciłem wszystko inne!!
- Rozpacz Nosfera, co za przepiękny widok – odpowiedział cesarz. Widząc jednak, że Joheru ma już naprawdę dość dodał:
- No dobrze. A więc omówmy nowe warunki naszej współpracy.

***

Atmosfera w ekipie już od kilku dni stawała się nieprzyjemna. Jednak dzisiejszego dnia osiągnęła maksimum.
Gilbert i Ragnar patrzyli na siebie z nienawiścią i pogardą, zaś komendant i pozostali obserwowali ich z niepokojem. Tylko druidzi nie zwracali na nich uwagi, pogrążeni w medytacji i w czytaniu ksiąg. Napięcia dodawało chłodne powietrze omiatające twarze towarzyszy.
W końcu Ragnar nie wytrzymał, powstał ze swojego miejsca przy ognisku i palnął:
-Masz jakiś problem, prawiczku!?
Gilbert też wstał i gwałtownym ruchem sięgnął po sztylet przy biodrze.
- A wiesz, mam. Ma on jakieś kilka centymetrów wzrostu i śmierdzi tanią gorzałą.
Tamten prychnął tylko i zaśmiał się gorzko.
- Przynajmniej nie muszę się schylać by sobie podoić. Widzę młody, że nie tylko o dziewczynach gówno wiesz. Riposty też masz cienkie.

- Hamujcie się chłopcy – zaczął Far, lecz Mordin mu przerwał:
- To nic nie da. Weszli teraz w fazę nadaktywnej wściekłości.
Fargoth posłał mu pytające spojrzenie, ale zanim alchemik odpowiedział, Ragnar znów zaczął:
- Prawda w oczy kole, co białachu?? Haha, jesteś największym maminsynkiem jakiego moje oczy widziały na tym zaplutym świecie. Dziwię się, że przyjęli do Syndykatu takiego wyrostka!
Gilbert podszedł wolno w kierunku rywala. W jego oczach płonęło wręcz gniewem. Far przełknął ślinę i czekał na rozwój wydarzeń.
- Powtórz to – powiedział zimno. Od Ragnara dzieliły go ledwie milimetry.
Tamten prychnął z drwiną i rzekł:
- Proszę bardzo. Dziwię się, że…
Nie zdołał jednak dokończyć. Pięść białego wilka, niczym błyskawica, pomknęła w górę i z całej siły uderzyła w podbródek Ragnara. Tamten nie pozostał mu dłużny. Rzucił się na Nordmandczyka, po czym obaj wylądowali na ziemi. Tarzali się, starając zdobyć przewagę nad przeciwnikiem. Kopali się, okładali pięściami, gryźli, aż w końcu, gdy Gilbert splunął krwią, Gwen nie wytrzymała, podniosła obydwu i oddzieliła od siebie z taką siłą, że obaj znów upadli.
- Dzięki Gwen – powiedział komendant, na co odpowiedziała mu niewinnym uśmieszkiem.
- No, a teraz do rzeczy – te słowa skierował zaś chłodno do poturbowanych.

- Niech ten szczeniak mnie przeprosi! – warknął Ragn i wypluł ząb, który złamał podczas potyczki.
- Ja!? Ciebie!?? Śnij dalej!!
- Dosyć!!! – ryknął Far – Posłuchajcie, cała nasza siódemka stanowi teraz zespół. A zespół musi być zgrany, nawet jeśli nie wszyscy we wszystkim się zgadzają.
- Phi – burknął Ragnar – I tak pewnie nic z tego nie będę miał…
- O, więc to cię boli? – spytał komendant z drwiącym uśmiechem na twarzy – Pewnie jak będzie sposobność, wydasz mnie Syndykatowi za pokaźną sumkę, co??
- Jak śmiesz!? Tak, jestem skutwionym pijakiem, a jużci, ale jestem też dumnym, loteryjskim wojownikiem!! A my, Lotryjczycy, nie rzucamy słów na wiatr!! Dotrzymam słowa i pomogę ci w twej misji, choćby mnie miało widmo opętać!!
- Teraz ty – Far zwrócił się do Gilberta – Zawiodłem się na tobie, Gil. W przeciwieństwie do tego co myślisz, najlepszych agentów Syndykatu cechuje nie siła, o nie! Ale opanowanie. Jeśli nie nauczysz się panować nad emocjami, to nie masz co liczyć na miejsce w organizacji.
- Zrozum – dodała Gwen – Fargoth to mówi dla twojego dobra.
Biały wilk chwilę milczał, lecz w końcu odpowiedział:
- Rozumiem. Wybacz, komendancie.
- Wybaczam – po czym zwrócił się do wszystkich – No, to był długi dzień, lepiej chodźmy spać. Xagnusie, myślisz że jutro dotrzemy do klanu?
Xagnus, najstarszy z druidów, ich przewodnik, w odpowiedzi pokiwał twierdząco głową.
- Jesteśmy o tym święcie przekonani. Za tą szeroką ścianą drzew leży ich sanktuarium, wokół niego powinien być ich obóz.

- Doskonale – dopowiedział usatysfakcjonowany.
Chwile potem wszyscy rozeszli się w swoją stronę, byle tylko zając się czymś i zapomnieć o niedawnym incydencie. Gilbert siedział sam przy gasnącym już ognisku. Dołożył chrustu, gdy zobaczył, że komendant dołączył do niego.
- W porządku? – spytał go jego przełożony.
- Chyba tak…. Proszę mi wybaczyć, zawiodłem na całej linii. Może ten mały skur… yy, to znaczy Ragnar ma rację – nie nadaję się do Syndykatu.
Far, do tej pory patrzący na niego, zwrócił wzrok w ogień. W jego głowie kłębiło się tysiące myśli.
- Gdybyś zawsze był na 100% pewny siebie- powiedział w końcu – uznałbym cię za idiotę.
Gil spojrzał na niego pytająco, więc mówił dalej:
- W Syndykacie jak mówiłem, najważniejsze jest opanowanie. Ale to nie znaczy, że nigdy nie mamy wątpliwości, nigdy się nie boimy – tu zaśmiał się i zapytał:
Wiesz jak ja się bałem podczas pojedynku z Wielkim Mistrzem Zakonu Inkwizycyjnego??
- Co, ty??? Przecież to TY, nikt inny, mając zaledwie niecałe osiemnaście lat uciąłeś mu głowę, tym samym kończąc Wojnę Eksterminacyjną i niszcząc Zakon Inkwizycyjny. Cała Nordmandia zna twoje imię! To ty mi zaimponowałeś, ty przekonałeś większość śnieżnych wilków, że z wieloma scomandr można normalnie żyć! Mogłem oczywiście, zaraz po Wojnie wstąpić w szeregi tej skutwionej Gildii Nordmandzkiej i udawać, że stałem się waszym przyjacielem, tak jak to robi nasz cesarz, ale gardzę takimi jak oni. Dlatego starałem się o przyjęcie do Twierdzy Kruków, do najlepszych z was.

Gdy już skończył i nabrał tchu, zmieszał się, gdyż zauważył, że powiedział o wiele za dużo. Bał się reakcji komendanta. Jednak Far słuchał go w milczeniu, a kiedy nastąpił koniec, powiedział bardzo powoli:
- Po tym co mi powiedziałeś…. Myślę, że Syndykat potrzebuje właśnie takich wilków jak ty – potwierdził to z uśmiechem, gdy biały spojrzał na niego z niedowierzaniem w oczach – Wielu z nas wykazało się podczas Wojny. Irving, Aardon, Yean, Bergunar, Ohen Mądry. To tylko niektórzy z nich. I myślę… myślę, że pewnego dnia dołączysz do ich grona.
Tym razem w obliczu Gilberta nie widać było ani krzty gniewu, smutku czy złości. Z pełną nadziei i wdzięczności miną odpowiedział:
- Dziękuje. Nie zawiodę, przyrzekam.

***

O świcie ekipa zwinęła obóz i ruszyła w dalszą drogę. Zgodnie z przewidywaniami druidów nie musieli wędrować daleko. Około południa, gdy przeprawiali się przez porośnięty pajęczynami wąwóz, drogę zagrodziły im dwie smukłe, zgrabne postacie. Mimo swego wdzięku, ich postawa budziła także strach i niepokój. Ich ciało pokrywało wszelkiego rodzaju zielsko i rośliny. Włosy zaś przypominały czarny len.
- Zwiadowczynie z klanu Lamia – potwierdził Mordin.

- Hehe, nie wiedziałem, że one takie ciałka mają – odchrząknął Ragnar ze śliną na ustach.
- Tylko niech ci nie przyjdzie do łba mówić im tego w twarz – ostrzegł Far – bo inaczej zapamiętasz sobie tą lekcję do końca życia.
- Kim jesteście wilki?? – spytała twardo jedna z nich, podchodząc do towarzyszy. Spojrzała szybko na druidów i zaczęła mówić dalej:
- Nie przypominam sobie by matrona was oczekiwała. Nie potrzebujemy od was niczego, przynajmniej nie w obecnej chwili.
Przewodnik druidów wytrzymał chłodne spojrzenie Lamii i rzekł:
- Ten tu Fargoth Saphir III, znany na pewno przez wasz lud, przybywa z poselstwem syndykackim do waszej przywódczyni w sprawach nie cierpiących zwłoki i…
- Dość!- odezwała się ta druga – Mamy już dość wtrącania się Syndykatu w nie swoje sprawy. Przekazaliśmy wam już wiadomość przez tego którego tu wysłaliście, że Matrona przemyśli waszą propozycję.
„Czyli Syndykat już tu był”- pomyślał Far- „Co to za propozycja? Pewnie znów to samo: prośba klanów Nowego Kodeksu na przyłączenie się Lamii. Ciekawe, że Wielka Kapłanka tym razem odpowiedziała, że przemyśli. Wiele się wydarzyło w organizacji jak widać”.
- Jesteśmy tu w sprawie artefaktu, który przechowujecie w swojej świątyni- wtrącił ni stąd, ni zowąd Mordin- Jako agenci Syndykatu mamy prawo i obowiązek zbadać każdy magiczny przedmiot, by sprawdzić czy nie jest niebezpieczny dla otoczenia.

- Wasz poprzednik był tu i oglądał nasze znalezisko. W jakim celu Syndykat wysyła kolejne osoby??
- Jesteśmy elitarnym oddziałem z Kolegium Taumaturgii. Sam Rektor powierzył nam to zadanie.
- Przebywa z wami Asamit. Nie wpuścimy was – powiedziała chłodno, jakby nie przyjmowała do wiadomości żadnych argumentów.
- To nasz jeniec. Obiecujemy, nie będzie sprawiał żadnych problemów.
Darkasurri lekko zmarszczył brwi, ale nie skomentował tego.
Obydwie zwiadowczynie popatrzyły wpierw na siebie, później znów na ekipę Fargotha, w końcu zaś powiedziały:
- No… dobrze. Zaprowadzimy was przed oblicze Matrony, niech sama zdecyduje co z wami zrobić. Tylko bez żadnych numerów – nawet nie wiecie, ile par oczu naszych sióstr obserwuje was w tej chwili.
Gdy oddaliły się na odpowiednią odległość, Far powiedział cicho do Mordina:
- Widzę, staruszku, że kłamstwo przychodzi ci równie łatwo co palenie fischettu.
Alchemik tylko wzruszył ramionami z niewinną miną.

***

Obóz Lamii zrobił na drużynie wielkie wrażenie. No, może poza druidami i Fargothem, którzy mieli już do czynienia z ich kulturą.
Na pierwszy rzut oka widać było, że scomandr tego klanu są silnie związane z naturą. Ich domy stanowiły grube, olbrzymich wielkości pnie drzew. Na długich i splątanych ze sobą gałęziach stały mniejsze domki, uplecione z lian. Z kor drzew wyrastały nienaturalnie piękne kwiaty we wszystkich możliwych kolorach.
Uwagę przyciągało szczególnie grube drzewo w kolorze szmaragdowozielonym, przyozdobione lampionami. Wokół niego gromadziło się kilka kobiet i składało modły.
- Hej, Fargoth- szepnął Ragnar idący tuż obok- Same tu baby. Gdzie do cholery ich chłopy??
Far uśmiechnął się i wskazał na gromadkę niższych, łysych Lamii opiekujących się grupą dzieci. Widząc, że Ragnar patrzy jak osłupiały, wytłumaczył:
- W społeczeństwie tego klanu kobiety zajmują wyższą pozycję. Mężczyźni pełnią rolę trochę takiej służby, no wiesz, gotują, sprzątają, zajmują się dziećmi i tak dalej – Popieprzone społeczeństwo…

Ragnar milczał przez chwilę, co głęboko zdziwiło komendanta. Tamten lekko odchrząknął, aż w końcu wyznał co go trapi.
- Ja tego…. Chciałem przeprosić, ee, no wiesz, za moje zachowanie.
- Wystarczy, że pogodzicie się z Gilbertem i będę zadowolony.
- No ja właśnie w tej sprawie, bo widzisz…. Podszedłem rano do niego, ale on jakby mnie nie zauważył. Oczy to miał takie jakby…
- No co?
- No jakby odpłynął gdzieś zupełnie. Nie wiem, kuźwa, jak to wytłumaczyć.
- Mam nadzieję, że nie poczęstowałeś go swoimi wyrobami alkoholowymi? – zapytał z lekką kpina w głosie komendant.
- Ej, wara od moich żytnich! To pewnie…
Nie dokończył, bo w tej chwili zwiadowczynie doprowadziły ich pod niewielki pagórek, na którego szczyt prowadziły marmurowe schody.
- Nasza matrona będzie chciała z wami pomówić.
- No – rzekł przewodnik druidów – Tutaj nasze drogi się rozejdą, dzielne wilki.
- Dziękuje – odpowiedział Far – Wasza pomoc była nieoceniona.
- Nie, synu, to my dziękujemy – odpowiedział z uśmiechem drugi druid. Fargoth po raz pierwszy zauważył coś takiego jak uśmiech na ich twarzach- Gdyby nie wy, duch tej szalonej kobiety nękałby nasz gaj jeszcze wiele lat.

Po wszystkim wymienili jeszcze uściski dłoni i każdy ruszył w swoją stronę. Druidzi ku wyjściu z obozu, ekipa na szczyt wzgórza. Nie musieli długo przebierać stopami, bowiem wkrótce ujrzeli ruiny jakiegoś przybytku. Odrobinę dalej, na marmurowym tronie, w asyście dwóch strażniczek siedziała matrona. Różniła się ona od jej poddanych. Przede wszystkim była od nich bladsza, w kolorze malachitu, podczas gdy wszystkie dotychczasowe Lamie prezentowały się w ciemnej zieleni. Ubrana była w długą suknię z liści, a na jej głowie mieścił się wieniec. Do tego w ręku trzymała kostur z czarnego bzu.
I właśnie w tym momencie stała się rzecz, której nikt z drużyny by się nie spodziewał. Gdy jedna ze strażniczek zaanonsowała „Oto jej dostojność, Gwarghea, matrona naszego ludu”, Gilbert z gałami otwartymi szeroko wykrzyczał w jej stronę:
- Ej, Maryna!! Ale masz pierogi!!
I gdy tak drużyna stała, z rozdziawionymi ustami, strażniczki podbiegły do Gilberta i wyciągnęły ku niemu szpony. Jednak ten się nie przestraszył, tylko mówił dalej:
- Kociaki!! Kotki przyszły!! Darki będzie miał towarzystwo!! Chodź Darki!!
Po czym podbiegł do Asamita, wskoczył mu na grzbiet i zaczął tarmosić mu włosy. Jeszcze dziwniejszy okazał się fakt, że…. Darkowi to nie przeszkadzało. Przewrócił się na grzbiet i domagał się więcej.
- Może Asamit też coś jarał, hehe- podpowiedział Ragnar, starając się stłumić śmiech.
„Jarał” pomyślał nagle Far i ze zgrozą spojrzał Mordinowi w twarz. Ten tylko spuścił wzrok i zaczął gapić się w ziemię. Naokoło rozbrzmiał śpiew Gilberta:

Maryna, Maryna!
Gotuj pierogi!
Ale nie ma mąki, Olesiu drogi!
A Olek do miasta, po mąkę do ciasta.
Maryna, gotuj pierogi!!

Zanim Fargoth zdążył podejść do białego, wyprzedziła go już Gwen. Obwąchała go uważnie i potwierdziła przypuszczenia Fara:

- Cały śmierdzi tymi poziomkami-śmiechonkami. Aż na wymioty się zbiera.
- Mama!!- krzyknął rozradowany Gilbert- Co dzisiaj na obiad!?
Gwen posłała mu nieprzychylne spojrzenie, natomiast Far zwrócił się z gniewem ku alchemikowi:
- Czemu dałeś mu to cholerstwo!?
- No co się tak lampisz?? Młody dostał stresu, a to najlepszy sposób na stres.
- Czyli naćpać się!??
- DOSYĆ!!! – ryknęła Matrona, w odpowiedzi na co drzewa zakołysały się. Wstała i oskarżycielskim gestem wskazała na drużynę:
- Przychodzicie w to święte miejsce, gdzie moje wielkie, dzielne poprzedniczki dzierżyły Berło Naszych Losów, i robicie tu jakiś cyrk!! Ty!!- wskazała na Fargotha, który nerwowo przełknął ślinę – Jesteś wnukiem Wielkiego KalKila i członkiem Sydnykatu. Wytłumacz się!!

Komendant zrobił porządny wdech i wydech, gorączkowo szukał odpowiednich słów wyjaśniających całą sytuację. Był wściekły na Mordina, na Gilberta i – sam już nie wiedział na co. W międzyczasie Gwen starała się dotrzeć do Gilberta i do Darka, który wciąż wylegiwał się prosząc o głaskanie. – Co się z tobą dzieje?? Uspokój się chociaż ty!!
- Nie mogę – wyznał Asamit – To silniejsze ode mnie…
- No więc? – spytała po raz kolejny Gwarghea – Co masz do powiedzenia, Fargocie Saphirze III?
- Wasza Dostojność – podjął w końcu – Musisz mi wybaczyć ten mały… incydent. Wierz mi, gdybym miał na to wpływ, zrobiłbym coś, żeby to się nie wydarzyło.
- Niezbyt przekonujące – stwierdziła beznamiętnie – I może mam się tego spodziewać po całym Syndykacie?? Może właśnie w ten sposób zamierzacie nas przekonać do wstąpienia w szeregi wyznawców Nowego Kodeksu?? Przysyłając niesprawnych umysłowo ćpunów.
Fargoth musiał przezwyciężyć chęć uśmiania się, by nie pogorszyć i tak beznadziejnej już sytuacji.
- Przybywam z poselstwem – rzekł w końcu – od Kolegium Taumaturgii. Rektor pragnąłby dokładnych badań i raportów odnośnie…
- Chodzi o Kamień, tak? – przerwała mu matrona.
- T-tak – wybąkał Far, który uświadomił sobie, że do tej pory nie wiedział jak brzmi nazwa artefaktu. „Kamień – to dziwne”, pomyślał.

- Nadal oczekuję stosownych przeprosin tego tutaj białego wilka- wskazała kosturem na zapatrzonego w motyle Gilberta.
- Sądzę, że jest on tymczasowo… niedysponowany- odpowiedział Mordin- Ale to i tak ja jestem winien. Masz moje ogrooooomne przeprosiny. To możemy spojrzeć na ten artefakt??
Gwarghea zapatrzyła się zimno w oblicze alchemika, a Far miał ochotę udusić go gołymi rękami. Na szczęście w porę do rozmowy wtrąciła się Gwen:

- Wasza Dostojność, szanujemy wasze święte obyczaje. Naprawdę. Tu nie chodzi tylko o badania dotyczącego tego… Kamienia – przełknęła ślinę, a Matrona przyjrzała się jej uważnie – Nie możemy powiedzieć wiele, gdyż są to ścisłe sprawy dotyczące Syndykatu. Proszę tylko o odrobinę zaufania.
Ekipa czekała w napięciu na to co powie Gwarghea. Jej następne słowa przyniosły im niekrytą ulgę:
- Na moc moich poprzedniczek…. Nie sądziłam, że wśród was, wilków, istnieją tak silne kobiety. Zgadzam się, ale bynajmniej nie ze względu na dobro Syndykatu – spojrzała znacząco na Fargotha, na co ten pokiwał twierdząco głową.
Miał wielką ochotę wyściskać Gwen i pocałować ją w same usta, ale w porę się zatrzymał. Zauważyła jednak jego rumieńce i odwzajemniła się tym samym.
W międzyczasie Gwarghea podniosła się, po czym stuknęła kosturem i rzekła:
- Zgadzam się, ale tylko na trzy osoby. Fargocie Saphirze, wybierz kogoś kto będzie ci towarzyszył.
- Hmm…- Far zastanawiał się przez chwilę, aż spojrzał na zawstydzone oblicze Darkasurriego i niewzruszoną twarz Mordina. „Tak”, pomyślał, „Kara was nie ominie”.
- Mordin, Dark, idziecie ze mną.

Ku zdziwieniu komendanta, stary wilk i Asamit przyjęli karę bez zastrzeżeń. Natomiast Gwendolyn wytrzeszczyła na niego oczy i spytała z wyrzutem:
- Co?? Czemu ja… – w porę ugryzła się w język i poprawiła – Czemu wszyscy nie możemy iść??
- Im mniej wilków pozna niektóre z naszych odkryć i tradycji, tym lepiej – odpowiedziała tylko matrona.
- Ale… co z Darkiem?? On jest przecież Asamitem – zapytał milczący do tej pory Azrak.
- Jest podobno waszym niewolnikiem. Ufam, że Fargoth Saphir będzie miał na niego oko.
- Oczywiście – odrzekł i dodał do Gwen – Głowa do góry, mała. Co może nam się stać w jakimś starym sanktuarium?
Nie wiedział jak bardzo się mylił.

***

Far, Mordin i Dark szli w milczeniu za Matroną i jakąś starą kapłanką przez niekończące się stopnie schodów. Wokół panowała grobowa, niepokojąca cisza. Fargoth miał wrażenie, że ściany, które budziły w nim jakiś nieodparty lęk, napierają na niego. Ucieszył się więc, gdy zeszli z ostatniego stopnia i znaleźli się na początku długiego korytarza.
- Te tunele – wyjaśniła kapłanka – oraz to co ujrzycie dalej, to ruiny jakiejś starożytnej cywilizacji. Lamie odkryły to miejsce wieki temu. Normalnie nie wpuszczamy tu wilków, ale wy jesteście z Syndykatu.
- Czy możesz powiedzieć coś więcej o tej starej cywilizacji?? – zainteresował się Mordin.

-Ze wstydem przyznaję, że prawie nic o nich nie wiemy. Udało nam się jedynie zidentyfikować bóstwa, które czcili. To miejsce było kiedyś jakąś świątynią. Zresztą tak jak teraz dla nas.
Ruszyli dalej, zmierzając w zupełną ciemność. Farowi i Darkasurriemu to nie przeszkadzało, gdyż byli scomandr, jednak Mordin niejeden raz potknął się o wystającą płytę kamienną.
Niespodziewanie zdarzyła się rzecz, której nikt nie mógł przewidzieć. Gdy trójka towarzyszy oddaliła się nieco od matrony i kapłanki, tunel zawalił się. Far i reszta odwrócili się i w miejscu gdzie powinni ujrzeć przed sobą drogę dzielącą ich od Lamii, ujrzeli tylko kupę głazów.
- No to pięknie – ocenił Mordin – Zajebiście pięknie.
- Dark, zdołałbyś przekopać te gruzy – zapytał Fargoth – Mam nadzieję, że nic im nie jest.
- Moja siła demona ma pewne ograniczenia, poza tym jestem jeszcze dość młody.
- Hej, komendancie! – krzyknął nagle alchemik, który wyprzedził ich o kilkanaście metrów – Musisz to zobaczyć.
Fargoth i Dark, przekonani, że nie są w stanie pomóc Lamiom, ruszyli za Mordinem. Kiedy już do niego dobiegli, ujrzeli niesamowity widok.


Stali w wejściu do olbrzymiego pomieszczenia zbudowanego na planie koła. Ściany zrobione były z białego, grubego kamienia, a wokoło porozstawiane kolumny. Na środku czystej, marmurowej podłogi stał ich cel- wielki na jakieś trzy metry, ciemnoczerwony Kamień.
Komendant wolno podchodził bliżej niego, czując dziwną energię oplatającą jego ciało. Słyszał w głowie dziwne szepty, jakby nakazujące mu dotknąć powierzchni Kamienia. Już prawie to zrobił gdy nagle:
- No, no, no – wycedził zimny, drwiący głos – Nareszcie stajemy twarzą w twarz komendancie.

Fargoth obrócił się w prawo. Z głębokiego cienia wynurzyła się postać ubranego w czerwone szaty lisowczyka. Tuż obok niego szła lehmarska wilczyca w czarnej sukni z kruczymi, rozpuszczonymi włosami. Na jej widok komendantowi przeszły ciarki na plecach. Czuł od niej lodowatą, martwą aurę.
Zauważył jednak, że pojawiła się jeszcze jedna postać. Spojrzał na nią i wzdrygnął się – tam gdzie przed chwilą stali jego towarzysze, teraz patrzyła na niego szkaradna, zniekształcona bestia w kolorze płatka śniegu. W swoich wielkich łapskach trzymała Mordina i Darka.
Skierował pełne gniewu spojrzenie na dwójkę przybyłych. Twarz wilczycy nic nie wyrażała natomiast lisowczyk przyglądał mu się z szyderczym uśmieszkiem.
- Spodziewałeś się, że nikogo tu nie zastaniesz, co wilku?? Że od tak znajdziesz odpowiedzi na wszystkie pytania?? – Kim wy jesteście , do diabła?!


- Greed, mag z Reveis – skłonił się nisko, przesadnie nisko – Moja towarzyszka to Dante, a tamten zagłodzony wielkolud trzymający twoich kumpli to Locky.
- Sami na siebie mówimy Akolici- wtrąciła się milcząca lehmarka- Przybywamy z poselstwem od naszego Mistrza.
„Jakim poselstwem?”, „jaki Mistrz?” pytał się w myślach Far. „Co oni mogą mieć wspólnego z Kamieniem?”.
- Bardzo wiele – odpowiedziała łagodnie Dante, co zdumiało go niemiłosiernie.
- Skąd…. umiesz czytać w myślach?? Też jesteś magiem? A może władcą cieni??
- Ona nie jest ani tym, ani tym – wyjaśnił znudzony Greed – Wy, wilki, nie umiecie się nauczyć cierpliwości. Nasze dary – wskazały na Lockiego, później wtrącił wzmiankę o czytaniu w myślach – pochodzą od naszego Mistrza. Nazywamy je Darami Krwi Bogów.
- Czekaj, czekaj lisie – Fargoth miał powoli tego wszystkiego dość – Czym jest ta cala Krew Bogów?

W odpowiedzi otrzymał tylko gromki śmiech rozprzestrzeniony po całej sali.
- Moglibyśmy tak do wieczora. Pytanie rodzi tylko dziesięć następnych. A my nie mamy czasu. Magister, czyli nasz Mistrz, chce byś kontynuował swoje plany – ruchem ręki wskazał olśniewający artefakt – No dalej. Zrób to, co ci przerwaliśmy. Dotknij go – to ostatnie zdanie zabrzmiało w jego ustach jak rozkaz.
„Coś się nie zgadza”, pomyślał Far. W odpowiedzi na to Darkasurri wysyczał:
- To jakaś sztuczka. Nie rób tego.
- On ma rację – odpowiedział Mordin – Nie znamy ich zamiarów.
- Jak będzie?? Po dobroci czy zamierzasz trochę poskakać? – wycedził Greed.
W odpowiedzi na to Fargoth posłał mu mordercze spojrzenie kogoś, kto nie zawiera umów z byle kim.
- Skaczę – powiedział a na jego ustach zatańczył uśmiech.
Tamten tylko wzruszył ramionami i jakby od niechcenia wykonał skomplikowany gest ręką. Nagle z jego ręki wystrzelił w Fara grad czerwonych jak krew błyskawic. W porę wyciągnął Sapphirę i wchłonął w nią atak. Greed jednak nie poprzestał i wystrzelił kolejną salwę, tym razem ją podtrzymując.


- Mi to nawet pasuje – powiedział drwiąco – Przynajmniej trochę się rozerwę zanim przejdziemy do konkretów.
Błyskawice Greeda rosły w sile, a Far miał coraz mniej siły by utrzymać Sapphirę. I gdy wydawać się mogło, że przegra tą walkę, obrócił swój miecz w taki sposób, że salwa pomknęła i uderzyła z impetem w twarz Lockiego. Mordin i Darkasurri wykorzystali to – alchemik dzięki alchemii stopił przegub olbrzyma, a Darkasurri przebił go na wylot.

- Skup się na lisowczyku, my zajmiemy się tą kreaturą – rzucił Mordin, po czym przystąpił z Darkiem do walki.
Far, widząc dekoncentrację Greeda, wyprowadził kontratak. Wykonał jedno pchnięcie, drugie. Jednak bez rezultatu. Przeciwnikowi cały czas udawało się zrobić unik. Komendant zrobił piruet, wyskoczył i natarł na maga z góry. I tym razem się nie udało, gdyż Greed w ostatniej chwili wyczarował między nimi tarczę, która odrzuciła Fara w tył. Młody wilk jednak nie poddał się tak łatwo i parę sekund później znów wymierzał ciosy w lisowczyka.
Fargoth spoglądał od czasu do czasu na walczących Mordina i Darka. Asamit skakał od lewego boku potwora do drugiego, stale wymierzając mu ciosy w biodra, a alchemik biegał od ściany do ściany i przywoływał korzenie, które chwilę później atakowały Nordmandczyka.
„Przynajmniej oni sobie radzą”, pomyślał, gdy wtem zauważył, że Greed szykuje się do kolejnego zaklęcia. Szybko więc wykonał pełen obrót i ciachnął w ramię lisowczyka. Ręka odpadła… a na jej miejscu pojawiła się szybko nowa.
Widok osłupiałego komendanta wprawił maga w zachwyt.

Jeszcze bardziej jednak ucieszył się, gdy Far zaczął masować obolałą rękę. Tą samą, którą oderwał mu Malkavian dziesięć lat temu.
- Problemy z rączką?? – wycedził szyderczo Greed – Szkoda, że nie umiesz tak jak ja, prawda??
- Czym ty jesteś do cholery!? – wypalił na to Far – Nawet scomandr tak szybko się nie regenerują.
- Nie waż się nawet porównywać mnie ze scomandr! – warknął lisowczyk i splunął na podłogę. Po raz pierwszy komendant zobaczył na jego twarzy nie drwinę, lecz gniew – My, Akolici, osiągnęliśmy pełnię dawnej mocy, mocy którą dzierżyły cywilizacje istniejące przed wilkami.
- To właśnie Krew Bogów??
- Wszystkiego dowiesz się z Kamienia – wypalił drwiąco i dodał – Wiesz, wolałem twojego brata, nie ciebie. Nadawałby się bardziej. Szkoda – i tu uśmiechnął się – że byłem zmuszony go zabić.
Wiedział, że utrafił w czuły punkt. Brwi Fara uniosły się szybko do góry, a on sam wpatrywał się w zdumieniu w dumną twarz maga.
-T ak. Ta strzała należała do mnie. To ja jestem prawdziwym zabójcą Irvinga.
Fargoth coraz mocniej zaciskał zęby. Czuł, że zaraz straci nad sobą kontrolę. Zapatrzył się przez chwilę w podłogę, po czym rzekł zimno:
- Popełniłeś błąd przychodząc tu. Popełniłeś błąd mówiąc mi to. Trzeciego błędu – ryknął- nie zdołasz popełnić!!!
Już kiedy kończył to zdanie czuł jak demon w jego wnętrzu przejmuje nad nim kontrolę. Z ogłuszającym wrzaskiem skoczył ku uśmiechniętemu lisowczykowi. I kiedy miał już mu wyrżnąć Sapphirą oczy, spostrzegł, że Greed osłonił się dłońmi. A owe dłonie całe miał pokryte w czarnej, twardej jak kamień substancji.

„No tak, kolejne czary” pomyślał szybko Far i w ostatniej chwili osłonił się mieczem przed uderzeniem Greeda.
Teraz to mag atakował. Wymierzał ciosy twardymi pazurami, szczególnie starał się zranić twarz komendanta. Tamten obejrzał się na moment, by sprawdzić jak sobie radzą jego towarzysze – nie pocieszył go ten widok. Darkasurri i Mordin wciąż skutecznie stawiali opór Lockiemu, ale widać było, że są wycieńczeni.
W końcu Greed popełnił błąd, którego komendant oczekiwał: gdy wykonał zamach, odsłonił lekko biodro, co w zupełności wystarczyło Farowi. Schylił się w prawo przed pięścią Greeda, wyjął z pochwy nóż i cisnął nim w odsłonięty punkt maga. Lisowczyk zachwiał się, a Fargoth dodatkowo ciął go w sam środek głowy.
Przekonany, że uśmiercił wroga, tak jak by się stało ze scomandr, zdumiał się jak lisowczyk podnosi się na nogi. Zanim jednak coś zrobił, usłyszał cichy, zimny głos Dante:


- Dość.
Czuł jak cała siła go opuszcza. Padł na ziemię i nawet nie próbował wstać – i tak nie dałby rady. Z alchemikiem i Darkiem było tak samo.
- Co to za cholerna magia?? – wychrypiał Mordin – Znam tylko jedno stworzenie o takich umiejętnościach…
- Widma – dokończył za niego Darkasurri.
Dante nie odpowiedziała, ale Fargoth wiedział, że jego towarzysze zgadli.
- Zrób to – rzuciła do niego – No dalej.

- Dlaczego tak wam na tym zależy?? – Far opierał się jej diabelskim mocom, byle tylko usłyszeć odpowiedź – Jaki macie związek z Syndykatem??
- Ha – zaśmiał się Greed, jednak tym razem ponuro. Jego ran wcale nie było już widać – Nie wszyscy z tej twojej organizacji charytatywnej są tacy miłosierni, jak ci się wydaje.
- Wiedz tylko – rzuciła nagle Dante – Joheru nie chciał ci tego zrobić.
- A skąd ty…
Nie dokończył, gdyż widmowe sidła lehmarki podwoiły swoją siłę. Czuł jak jego nogi zmierzają ku Kamieniowi, jak jego ręka zbliża się ku powierzchni artefaktu. Bez udziału jego woli.
Aż nagle usłyszał jakiś świst. Nim się zorientował o co chodzi, poczuł na opuszkach palców skorupę Kamienia. W jego umyśle zawrzało, piana potoczyła się z pyska, padł na ziemię oszołomiony. Zauważył ciało Dante- leżące bezwładnie na ziemi, ze strzałą wbitą w serce. Greed i Locky gdzieś zniknęli. Zobaczył jak ku niemu biegnie kilka postaci – dwie z mieczami w dłoniach, jedna z młotem i trzecia – z łukiem, który przed chwilą oddał strzał. Jej widok najbardziej go ucieszył. Nim jednak dokładnie zobaczył jej piękną twarz, wzrok mu się zamglił i słyszał tylko:

- Far!! Fargoth!! Komendancie!!

***

Nie wiedział co się z nim dzieje. Czuł, jakby w ogóle nie istniał. Nagle spostrzegł coś – na białym tle zaczęły kształtować się cienie. Widział ogromne miasta, wysokie budynki i potężne armie. Widział także istoty w białych szatach, uprawiające coś w rodzaju czarów. Widział różne kształty tworzące się z czerwonej cieczy – krwi. Krwi Bogów…
Zauważył, że obraz się zmienia. Widział teraz rozdarte niebo i wyłaniające się z niego przerażające stwory, postacie. Widział jak ogromne miasta, które niedawno podziwiał, burzą się, zostają zmiecione przez burze i huragany. Widział oceany wyschnięte do dnia, skruszone góry, palące się lasy. Widział magów oraz innych ludzi których istoty z nieba zaczęły przemieniać, plugawić, kształtować. – To wszysssto przez Krew Bogów… – wysyczał mu nieznany głos.
W końcu spostrzegł, że ma zamknięte powieki. Otworzył oczy i ujrzał ogromnych rozmiarów labirynt rozprzestrzeniający się pod szafirowym niebem.
- Mój sheol… – Far wzdrygnął się, gdy te słowa wypłynęły mu z ust – Spokojnie, nie trać kontroli.
Zdecydowanym krokiem zaczął iść naprzód. Nie wiedział gdzie jest wyjście, ale był przekonany, że prędzej czy później je znajdzie. Stało się to szybciej niż myślał. Jednak na końcu korytarza prowadzącego do końca sheolu, zobaczył coś niezwykłego.

Stała tam śnieżnobiała, naga postać kobiety z włosami rozpuszczonymi do ramion. Nie widział jej twarzy i nie bez powodu – ona twarzy nie miała. Posiadała tylko kształt, i nic więcej.
W końcu wyciągnęła do niego rękę, a on poczuł niepohamowaną potrzebę by zbliżyć się do niej, wręcz zatopić się w niej. I wtedy, gdy jego i jej dłoń ścisnęły się, na miejscu jej ust pojawił się przeraźliwy uśmiech, a Fargoth widział już tylko rozpadające się kawałki jego sheolu.

***

- To tutaj – wyjaśnił Asparo i wskazał na wąskie przejście w dół, ukryte sprytnie za jego biblioteczką. Joheru spojrzał na niego pytająco, więc ten ze znudzeniem wyjaśnił:
- Skoro tak bardzo zależy ci na losie córki, może już czas byś porozmawiał twarzą w twarz z Magistrem??
- Z… Nim??
Generał nie uzyskał jednak odpowiedzi, gdyż Asparo podjął już wędrówkę przez korytarz. Szybko jak tylko mógł dobiegł do niego i tak szli przez kilka minut. Im bardziej się zapuszczali, tym mocniej czuć było mroczną aurę. Starą magię pogrzebaną w tych murach. A także zapach krwi…
Joheru z ulgą spostrzegł, że znaleźli się przed ogromnymi drzwiami. Cesarz pchnął je i razem wpadli do dosyć sporej komnaty.
Była ona cała zrobiona z czarnego kamienia, w przeciwieństwie do korytarza, który był zrobiony z masywnych, kamiennych bloków. W środku czekały na nich trzy wilki. Dwóch z nich Joheru rozpoznawał, miał już z nimi do czynienia. Greed, mag z Reveis i Locky, niedorozwinięty umysłowo wilk z Nordmandii. Trzeciego też, o dziwo, znał. Z tego co pamiętał należał do Syndykatu. Rozpoznał to po srebrnym mieczu z namalowanym gryfem na rękojeści. Ów wilk miał na sobie czarną, skórzaną kurtkę, a jego futro było koloru brązowego. Z Lotrii albo z Morrawaru, pomyślał generał.

- Po co go tu przyprowadziłeś? – zapytał, jednak w jego głosie nie było gniewu. Raczej zainteresowanie.
- Nasz kolega Nosferatu ma parę pytań…. O, Greed! – Asparo przemówił do maga, na co ten niechętnie zwrócił nań swój wzrok – Jak widzę, nie ma z tobą komendanta z Twierdzy Kruków. Znów spieprzyłeś sprawę, prawda?
- Nic ci do tego, biały gnoju – Greed splunął – Ja przynajmniej coś robię, nie grzeję dupy na tronie, tak jak ty.
- Ja mam swoje zadania, ty masz swoje. Choć jak widzę, marnie sobie z nimi radzisz. Nawet tego czerwonego kundla nie potrafiłeś z powrotem zaciągnąć do więzienia. Przez ciebie nam się wymknął – widząc jego narastającą wściekłość dodał z satysfakcją – Zaczynam myśleć, że nie zasłużyłeś na swój Dar Krwi.
- Ty chędożony białachu – Greed wstał i zmierzył się wzrokiem z cesarzem. Ten tylko uśmiechał się drwiąco – Zaraz zobaczymy czy TY potrafisz korzystać ze swojego Daru.
Na te słowa lisowczyk wywołał na dłoń małą kulę ognia, a Asparo instynktownie sięgnął po katanę.
- Dosyć – przerwał im nieco ochrypły, ale dobrze słyszalny głos – Moi uczniowie nie będą się kłócić.
Wszystkie oczy zwróciły się teraz w stronę czarnego tronu odwróconego w kierunku małej biblioteczki. Joheru dopiero teraz go zauważył. Wzdrygnął się, gdyż zobaczył, że dłoń wystającą na poręczy tronu nic nie pokrywa- ani sierść, ani łuski, ani nic innego. Jedyne co ją pokrywało to blada błona. Tak samo było z czubkiem głowy.
- Ach, to pan – Magister zwrócił się teraz do niego. Na te słowa potężny scomandr zbladł i przełknął nerwowo ślinę – Zakładam, że przyszedł pan w sprawie mojej uczennicy, Dante??
- To moja córka!!! – ryknął jak lew Joheru, przywracając sobie zimną krew – Żądam byś mi ją oddał!! Zrobiłem wszystko co chcieliście, a odnoszę wrażenie, że aż nazbyt wiele!!!
- Pana córka nie żyje – odpowiedział spokojnie jegomość na tronie. Joheru poczuł, że coś w nim pękło, a Magister kontynuował:

- Została zabita, gdy wyruszyła z poselstwem do Fargotha Saphira III. Lecz cóż ona miała za życie. Pełne smutku, zawsze odtrącona przez innych, tylko dlatego że miała w sobie i wilczą krew, i krew demonów. Z każdym rokiem samotność coraz bardziej ją zatruwała. Ja pomogłem jej stanąć wreszcie na nogi. Przez te 200 lat pana córka była mi wdzięczna i służyła mi wiernie. Żałuję jedynie, że nie dane mi będzie mieć jej przy swoim boku, kiedy wreszcie dokończę swój plan.
- Zmieniłeś ją w widmo!!! – wybuchnął generał – Zmieniłeś w potwora!!! Nie wiem o co chodzi z tym waszym Oczyszczeniem, ale mam głęboką nadzieję, że wam się nie uda!!! Zaklinam was, na wszystkie bóstwa tego świata!!!!!
Przez długą chwilę jegomość nic nie odpowiedział. Joheru miał nadzieję, że udało mu się wywrzeć wrażenie na Magistrze. Jednak mylił się.
- Smuci mnie, że nie da się pan przekonać.
- Za nic. Za wiele straciłem.
- Rozumiem….
W pewnym momencie Joheru poczuł silne wibracje w podłodze, zauważył też, że pozostali odsunęli się od niego. Spojrzał w dół i zaniemówił – na podłodze narysowano krwawy krąg.


Scomandr nie miał żadnej szansy na ucieczkę. Już po chwili palił się żywym ogniem. Czerwone iskry buchały naokoło, a Akolici przyglądali się i wysłuchiwali w spokoju wrzasków generała. Wrzaski przerodziły się w ryk, a ryk – w lament. W końcu cała skóra zaczęła pękać, schodzić, a ciało zamieniało się w czarny popiół.
I po kilkunastu sekundach tylko tyle zostało w miejscu, gdzie stał Joheru.
Magister w milczeniu sięgnął po kielich i nalał sobie do niego płynu z buteleczki znajdującej się na pobliskim barku. Wzniósł napełniony kielich po brzegi i przemówił:
- Wznoszę toast! Za wasze dalsze sukcesy i oby obyło się bez dalszych ofiar! Znacie już swoje cele. Grix, Nevran, Fargoth i… Shadou. Przystępujemy do dalszej części Oczyszczenia.

by Rayman
marzec/kwiecień 2010