Burza głosów od kilku godzin grzmiała we wnętrzu wielkiej jaskini pod osadą klanu Nosferatu. Ryk scomandr takich jak Tremere, Ravnos, Malkavian oraz gospodarzy mieszał się ze sobą, tworząc najokropniejsze do wyobrażenia dźwięki. Na samym środku sali, przy masywnym, kamiennym stole siedziała czwórka przywódców klanów Nowego Kodeksu – w tym KalKil z Nosferatu, główny przewodniczący spotkania oraz Najwyższy Strażnik Nowego Kodeksu.
- Gdzie ona jest!!?? – ryczał zaciekle Theorrnarr, wódz Tremere – Powinniśmy zakończyć to niedorzeczne zgromadzenie!! Lamie wystarczająco pokazały, że są naszymi wrogami, nie sojusznikami!! – na te słowa większość tremeryjskich scomandr wydała z siebie popierający wrzask.

- Prosiłem cię już wiele razy, przyjacielu, żebyś nie kierował się dawnymi urazami – przemówił KalKil – Ja się przemogłem i podałem rękę na zgodę Malkavianom. Czyż nie tak, Juhirrianie?? – Owszem – przyznał niechętnie Malkavian siedzący po przeciwnej stronie stołu – I choć stosunki naszych klanów nadal są zimne i napięte, to Malkavian wiele zawdzięczają przynależności do Nowego Kodeksu.
Niedługą chwilę potem do sali weszła wysoka, ubrana w długą szatę z różnokolorowych kwiatów Lamia w towarzystwie dwóch strażniczek. Stanęła kilka metrów przed czwórką przewodniczących i ukłoniła się z gracją.
- Witaj Gwargheo. Zaszczycasz nas swoją obecnością – rzekł uprzejmie przywódca Nosferatu.
- A można wiedzieć gdzie to się było!? – wypalił natychmiast Theorrnarr. I znów w odpowiedzi usłyszał aplauz od swoich pobratymców oraz słowa „No właśnie!” lub „Też chciałbym wiedzieć”.

- O co ci chodzi, Theorrnarze?? – wycedziła – Z Gaju Zmierzchu do Czarnych Mokradeł jest trochę drogi, poza tym w naszym klanie gościli ostatnio goście z Syndykatu.
- Goście?? – zapytał milczący do tej pory Haggr, wódz Ravnosów – Z Syndykatu?
- Nie przypominam sobie, żeby jacyś agenci mieli wyruszać do ciebie z poselstwem – odpowiedział KalKil.
- Przedstawili się jako oddział z Kolegium Taumaturgii. Wiesz coś o tym rektorze??
Wszystkie pary oczu skierowały się teraz na boczny stół po prawej od stołu przewodniczących. Siedziało przy nim trzech wilków: ciemnobrązowy w szmaragdowej, długiej szacie z kosturem w ręku, brązowy ubrany w plemienny strój wodza oraz biały wilk w biało-niebieskiej tunice.
- Wysoka Rado Syndykatu – zwrócił się do nich KalKil – Czy wiecie coś o tej sprawie??
- Nic a nic – odparł Lerrin II, suweren plemion morrawarskich.
- Gdyby to był naprawdę oddział Kolegium magów – prychnął rektor – to na pewno bym coś wiedział. A skoro nie wiem, znaczy to tyle, że ktoś podszył się pod Syndykat i nabrał was, Lamie. I jak my, Tremere, mamy się bratać z kimś takim??

Rektor Hex był bowiem has’hetem z klanu swojego ojca, Theorrnarra. I tak jak to było u ojca, tak i syn zyskał ogromny aplauz. Gwarghea puściła obelgę mimo uszu i skierowała się do wodza Nosferatu:
- Wśród grupy tych „oszukańców” był twój prawnuk, Fargoth Saphir III.
Na sali zapadła śmiertelna cisza. KalKil wyglądał jakby coś przewróciło mu się w żołądku. Natomiast Asparo, trzeci Radny, skorzystał z okazji i zabrał głos:
- Syndykat już od jakiegoś czasu poluje na tego zdrajcę. Myślę, że należy powiadomić posterunki w Lasach Amebyjskich i w Lotrii. Wyślemy też oddział poszukiwawczy z Twierdzy Kruków, osobę która dobrze znała komendanta.
- Popieram. Temu bratobójcy nie ujdzie na sucho – dodał rektor, a Lerrin pokiwał głową, choć nad wyraz niechętnie. Wśród zebranych słychać też było niezadowolone mruknięcia tych Nosferatu, które do tej pory nie uwierzyły w to, że Far jest zabójcą. KalKilowi także nie podobała się ta sytuacja, ale wszystkie ślady w tej sprawie wskazywały na jego prawnuka.
- Zatwierdzam tą propozycję – odrzekł niechętnie, po czym zwrócił się do Gwarghei – Wróćmy do pierwszorzędnego celu tego spotkania. Jaka jest twoja odpowiedź, Gwargheo?
Wszyscy obecni z niecierpliwością wyczekiwali słów przywódczyni Lamii. Jej decyzja mogła zdecydować o przyszłości Nowego Kodeksu. Gdyby Lamie do nich dołączyły, być może udałoby się też przekonać klan Gangrel, a to byłby już zupełny sukces.

- Lamie przyjmują propozycję – na te słowa scomandr, prócz tych tremeryjskich, odetchnęły z ulgą – A także wyciągamy rękę na zgodę do klanu Tremere. Jaka jest wasza odpowiedź, Theorrnarze?
- Czy to oznacza zimny sojusz??
- Na nic więcej nie liczę.
- A więc dobrze. Nie jesteśmy głupi i nie odrzucimy tak hojnej propozycji.
- Witajcie w gronie Nowego Kodeksu – rzekł KalKil a na sali zapanowała radosna euforia. Nie udzieliła się ona tylko klanowi Tremere.

***

Far po raz kolejny w tym tygodniu obudził się w środku nocy. Spocony i z czołem gorącym jak kuźnie Ravnosów.
- Znów koszmary, komendancie? – zapytał Gilbert, pełniący tej nocy wartę. Dorzucił chrustu do ognia, a Far przetarł mokre od potu oczu i odpowiedział:
- Męczą mnie od czasu wizyty u Lamii. Znów to samo: potężne miasta i cywilizacje, później rozrywane niebo, jakby sami bogowie się wściekli i cała cywilizacja zamienia się w jakieś bestie, a na koniec czarny tron i biała postać siedząca na nim… Ty, mam nadzieję, że nikogo nie obudziłem?
- Nie, skąd – odezwał się Mordin, po czym podniósł głowę i spojrzał nużąco na komendanta.
- Darłeś się, jak amebyjska dziwka – powiedział ze śmiechem Ragnar – Bez urazy…

- Mordin, nie mógłbyś mu dać czegoś przeciwbólowego? – zapytała Gwen, włączając się do rozmowy.
- Wolałbym, żebyś to TY się mną zajęła – odpowiedział z nonszalanckim uśmiechem Far.
- Hmm… z drugiej strony wydaje mi się, że wszystko z nim dobrze.
- Hej!- odezwał się nagle Azrak – Zauważyliście, że Darkasurriego nie ma?

***

Asamit, ukryty wśród gałęzi drzew, wodził wzrokiem między sarną, a wyjściem z lasu, do którego zmierzała. Na widok tłuściutkiego mięsa oblizał kły, myśląc „Nareszcie prawdziwe jedzenie”. Powstrzymał jednak gonitwę myśli o wybornym smaku sarenki i skupił się na szukaniu najszybszej, a także najcichszej drogi do swojego celu. Jednak gdy tak rozmyślał, jego scomandrycki słuch pochwycił szmer z krzaków. Lekko obrócił się w tamtą stronę i dostrzegł niesamowity widok – czerwony pies, niczym błyskawica, pomknął ku sarnie i rozszarpał ją jednym ruchem ręki. Darkasurri patrzył, jak jego kolacja znika w gardzieli oprawcy. Przyjrzał mu się dobrze i własnym oczom nie uwierzył – rozpoznawał tą twarz, wspomnienia sprzed lat wróciły ze zdwojoną siłą.
Wtedy zeskoczył z drzewa i ukazał się czerwonemu, zwrócił się do niego:

- Grix. Zapomniany przez bogów.
Tamten przerwał delektowanie się surowym mięsem zwierzęcia, obrócił się i zamarł w bezruchu.
- Darkasurri – wychrypiał, a na jego twarzy pojawił się znikąd szalony uśmiech – Witaj przyjacielu! Może pobawimy się w łowców, jak kiedyś! Tuż przed tym jak ty i tobie podobnie porzuciliście mnie!! – ryknął ze złością.
Asamit tylko wolno pokiwał głową z dezaprobatą i podjął rozmowę:
- Nie bierz tego do siebie. Heretycy się rozpadli, musieliśmy uciekać przed Wielkim Asamitem.
- Nie wziąłeś mnie ze sobą!! Nie wziąłeś mnie ze sobą… – Grix prawie już płakał, ale po chwili mówił swobodnie i łagodnie – Mogliśmy zamieszkać z twoimi. Ukryć się przed Asamitami i moim ojcem.
Te słowa sprawiły, że Darkasurriego zalała fala wspomnień. On sam, jako mały scomandr, idzie razem z ojcem przez jaskinię. Działo się to trzydzieści lat temu, ale on zapamiętał to jakby zdarzyło się wczoraj. Widzi Czerwonego Psa ubranego w czarne szaty. Na jego ustach tańczy drwiący uśmieszek, a przy boku drepcze mały chłopiec. Zna tego dużego, tata mu o nim opowiadał: to Ktulu, władca cieni.

- Jak cię zwą, wilku? – pyta któregoś dnia synka władcy cieni.
- Grix…. tak mówi tatuś.
- Wyglądasz na zmęczonego. Masz rozpalone czoło.
- Zawsze tak mam po badanich… Tatuś mówi, że to dla mojego dobra. Że dzięki temu spełnię swój cel.
- Rozumiem…. ale może znajdziesz czas na zabawę??
- Nigdy się z nikim nie bawiłem. I nie znam żadnych zabaw.
- Pobawimy się w Nocnych Łowców. Nauczę cię.
Przypomina sobie kolejną scenę. Zagląda przez okno do domu władcy cieni Ktula i widzi nienaturalne rzeczy. Grix klęczy przykuty rękami do ściany. Władca cieni wlewa mu do gardzieli jakieś płyny. Jego wilczy przyjaciel krztusi się, krwawi z oczu i z buzi. Ktulu patrzy z obojętną miną i rozpoczyna proces od nowa. I nagle Darka nachodzi olśnienie. Przypomina sobie co widział prócz tego. W rogu, niedaleko od Grixa znajdował się dużych rozmiarów szkarłatny kamień. Taki sam….
- Jak ten u Lamii? – zapytał Grix i zaśmiał się diabelsko z własnego dowcipu.
- Nie zapomniałem, że umiesz czytać w myślach – odpowiedział Dark choć wzdrygnął się na słowa czerwonego – Grix, czy ty masz z tym coś wspólnego?? Z Akolitami?? Z tym całym Magistrem?

- Magister, Mistrz Krwi!! – ryknął Grix i zaczął chodzić w te i we w te – Ty i twoi kumple zadarliście z siłami których wasze cienkie umysły nie rozumieją! Jesteście dla nich zwykłymi płotkami, pionkami, które Akolici będą przesuwać, aż… – klasnął w dłonie – Szach-Mat!
Odetchnął głęboko, a Dark patrzył na niego i o nic więcej nie zapytał. Znów zrobiło mu się go żal, tak jak wtedy kiedy patrzył na jego oparzone ręce, wykrwawione usta i oczy, które z roku na rok stawały się oczami szaleńca.
- Szukajcie w Herndall, mieście w Lotrii – odezwał się nagle i dodał – Tamtejszy Syndykat ma odpowiedzi na niektóre z waszych pytań.
I bez słowa oddalił się w swoją stronę. Zatrzymał się tylko na chwilę, spojrzał na Asamita i powiedział z uśmiechem:
- Mimo wszystko, fajnie było cię znów zobaczyć, przyjacielu.

***

Deszczowa pogoda już od dłuższego czasu przestała nękać Morrawar. Słoneczne światło wpadało teraz przez okno do stołówki w Twierdzy Kruków i raziło oczy oficera Aardona.
Zmrużył je, podziękował za zupę przyniesioną mu przez Bonfiricziego i zaczął w niej mieszać łyżką.
- Brak apetytu? Ośmielasz się pokazać to przed Bonfiriczim? – zapytał ze śmiechem lis z Lionne, który pojawił się nagle przy boku oficera. Miał na sobie szarofioletową szatę, a na szyi medalion w kształcie sześcioramiennej gwiazdy. Nietrudno było zgadnąć, że jest magiem.

- Nie mam apetytu, Roran – odpowiedział tylko Aardon, co jednak nie przekonało jego rozmówcy. – A mi się zdaje, że coś cię trapi. Wiesz co, może wyrwiemy się wieczorem na panienki. To ci zawsze poprawia humor.
Oficer uśmiechnął się tylko, ale pokręcił przecząco głową na propozycję Rorana.
- Słuchaj, powiedz co jest grane – żachnął się w końcu mag.
- Przecież i tak wiesz. Chodzi o całą tą chorą sytuację z Fargothem.
- Stary, też mi jest żal komendanta, lubiłem go, ale… co możemy poradzić? Rada ciągle upiera się by go szukać, mimo niechęci KalKila.
- Ale chyba nie wierzysz w to, co mówią??
- Że niby zabił Irvinga?? Po co miałby to robić.
- No właśnie. Tyle że do Rady argumenty nie docierają. A w dodatku wysłali oddział Berungara. BERUNGARA! By go odszukał.
- Berungar był pewnie nieźle zdołowany… W końcu ty, on i komendant byliście zgraną paczką.
Oficer nie odpowiedział, pogrążony w myślach. Roran wyczuł instynktownie, że jego przełożonego martwi coś jeszcze. I podejrzewał, że wie o co chodzi.
- Czemu się zamartwiasz o siostrę?? Przecież posłali ją tylko na strzygi…
- Na cale legowisko.

- Oj tam! Yean nie z takimi rzeczami już walczyła. Poza tym jest panią porucznik Oddziału Szturmowego, zapomniałeś? Nie było jeszcze zadania, z którym sobie nasze ładne dziewczynki nie poradziły.
- Do tej pory nie…
- Zaczynasz działać mi na system, stary. Powiesz o co ci chodzi??
Aardon lekko zmarszczył brwi i potarł spocone czoło. Spojrzał na słońce rzucające promyki na stół, zmrużył oczy i powiedział:
- Coś niedobrego dzieje się na kontynencie. Wiem to.
- Skąd te przypuszczenia?
- Odkąd Far jest… niedysponowany, pełnię funkcję jego zastępcy i dostaje raporty z innych posterunków. I cóż… nie jest różowo. W Lehmarze minotaury stają się coraz bardziej zuchwalsze i brutalniejsze. Napadają na wioski w górach, później je spalają i wracają do siebie. W Normandii, na cmentarzach i w kryptach, kręcą się podobno cale hordy brux i danagów. Gildia obawia się plagi krwiopijców. A w Warrancie… otrzymałem całkiem niedawno osobisty list od komendanta Carrega. Podobno upolowali jakiegoś ogromnego skalnowija.
- Jak ogromnego? – zapytał zaciekawiony czarodziej.
- Bydlę miało cztery metry średnicy. Normalne, dorosłe okazy powinny mieć co najwyżej półtora.

- I ty myślisz, że Yean też dostanie taką niespodziankę? – prychnął Roran – Daj spokój. To tylko kilka niepowiązanych ze sobą wydarzeń. Nie ma co się zamartwiać na zapas.
- Chciałbym w to wierzyć – westchnął oficer i podniósł się z krzesła – Ale nie mogę.
Szybkim krokiem wyszedł ze stołówki, a mag podążył za nim. Bonfiriczi, który do tej pory przysłuchiwał się im z zaciekawieniem, podszedł do stolika, spojrzał z gniewem na nietkniętą zupę i wylał ją do pobliskiej doniczki.

***

- Ostrożnie, do cholery! – syknęła Yean, kiedy jej podwładne mocowały się ze sznurami od pułapek. Pani porucznik przeszła wzrokiem po owocach półgodzinnej pracy i z zadowoleniem pokiwała głową.
- Pułapki ogniowe zastawione. Merrill – skierowała się do złotowłosej Amebyjki – łuczniczki zajęły swoje pozycje??
- Oczywiście, pani porucznik – odpowiedziała i zasalutowała, po czym dodała z uśmiechem – Oddział Szturmowy po raz kolejny pokaże swoją skuteczność.
- W to nie wątpię. To tylko banda strzyg. Jednakże… – zawahała się. Teoretycznie wszystko powinno być w porządku. Tydzień temu okoliczna wioska wysłała do Twierdzy prośbę o pomoc w związku z wielkim legowiskiem strzyg leżącym nieopodal. Yean spojrzała na nie – wszystko powinno być dobrze, pomyślała.

A jednak… jej kobiecy instynkt podpowiadał, że coś nie gra. Że coś idzie za łatwo. Zlekceważyła jednak te myśli i ponownie skierowała się do Merrill:
- Wypuśćcie przynęty. Pora wziąć się do pracy. Adiutantka kiwnęła głową i dala znak towarzyszkom. Tamte wypuściły z klatek krowy i zagoniły je w pobliże wejścia do jaskini.
„Teraz pozostało tylko czekać”, pomyślała porucznik, starając się ukryć zdenerwowanie za maską obojętności. Wpatrywała się w czarną pustkę u wylotu jaskini, a wrażenie, że coś jest nie tak dalej nie dawało jej spokoju.
Z zamyślenia wyrwał ją okrzyk pobliskiej łuczniczki:
- Pani porucznik, wyłażą!
- Naciągnąć cięciwy! Czekać na mój sygnał! – odpowiedziała i wzniosła prawą rękę ku górze.
Każda z nich widziała już ohydne, brudnozielone robactwo zmierzające w ich stronę. Cały oddział wypatrywał, ukryty za szerokimi krzakami, aż potwory zbliżą się na odpowiednią odległość. Ta chwila przyszła bardzo szybko.

Strzygi z rozdziawionymi, zgniłymi ustami rzuciły się na krowy. Część z nich znikała już w gardzieli potworzyc, część uciekła w stronę rzeki. Niektóre z robali natomiast powpadały w przygotowane pułapki.
- Ognia!! – ryknęła niespodziewanie Yean, a na jej rozkaz łuczniczki wypuściły strzały. Z donośnym świstem pomknęły w kierunku rzezi. Większość strzyg dostała w serca i padła od razu. Niektóre chwilę patrzyły zdezorientowane na swoje zabite siostry, lecz i one wydały z siebie ostatnie tchnienie gdy kolejna salwa wbiła się im w ciało.
- Uwaga!! – krzyknęła pani porucznik – To prawdopodobnie była tylko mała grupka. Zaraz wyjdzie ich więcej, gdy tylko wyczują zapach zabitych…
Nie zdążyła dokończyć, gdyż sprawdziło się to co powiedziała – u wylotu jaskini pojawiła się kolejna horda. Tym razem, nie widząc już żadnych żywych krów, strzygi zwróciły wzrok na odsłoniętą łuczniczkę. Z ogłuszającym wrzaskiem i z niebywałą szybkością pomknęły ku oddziałowi.
- Prawe skrzydło, ostrzeliwać!! Lewe skrzydło, dobyć mieczy!! – po czym Yean również chwyciła za swoje srebrne ostrze i ruszyła z jej podwładnymi ku potworom.

Największa z nich rzuciła się ku niej, jednak była na to przygotowana. Wykonała ciężki zamach bronią i rozcięła jej głowę na pół. Reszta oddziału także już walczyła. Widziała, jak jej dziewczynki wymachują mieczami i rozcinają flaki strzygom.
Zdążyła już powalić trzy wredne sztuki, gdy nagle usłyszała przeraźliwy lament jednej łuczniczki:
- Bogowie loteryjscy!! Co to za monstra!!??
Yean i reszta obróciły się w kierunku wskazanego przez nią miejsca i – zamarły w bezruchu.
Przed jaskinią znajdowało się olbrzymie cielsko strzygi mającej cztery wielkie, owłosione odnóża. Spoglądała zimno na Oddział Szturmowy, po czym wrzasnęła w swoim języku:


- Mord!! Mord!! Zemsta!!
Z legowiska wyszły kolejne takie monstra, jedno większe od drugiego i wszystkie z odnóżami.
- To łapy kikimor – powiedziała Merrill, zbliżając się z łukiem w ręku do osłupiałej Yean – Jestem pewna, ale…
Nie dokończyła. Stwory pomknęły ku nim i wyjątkowo szybko znalazły się tuż obok. Z wielkim zdziwieniem i przerażeniem wilczyce zauważyły, że wchłonęły też ciała pokonanych strzyg, przez co ich i tak wielka masa zwiększyła się.
Dziewczyny nie zdążyły zareagować. Ostre jak brzytwa odnóża wbiły się w ciała najbliższych mieczniczek i rozpoczęły krwawą zemstę. Porucznik, widząc beznadziejną sytuację, ryknęła na cały głos:
- Odwrót!!!

Lecz było już na to za późno. Strzygopodobne stwory wyrżnęły już wszystkie mieczniczki i połowę łuczniczek. Yean, zachowując zimną krew, włożyła miecz z powrotem do pochwy a zamiast niego wzięła łuk, nałożyła strzałę ze srebrnym grotem na cięciwę i wymierzyła w głowę najbliższej. Jednak nie zdążyła- inna strzyga potężnym pchnięciem zwaliła ją z nóg. I gdy wycelowała w nią jadowitym żądłem, gdy wydawało się, że to już koniec dzielnej porucznik Oddziału Szturmowego, miedzy oczami potwora pojawiła się strzała, a on sam padł po kilku sekundach. Yean zauważyła jeszcze nad sobą głowę jej podwładnej Merrill, aby zaraz potem zemdleć i stracić przytomność.

***

- No dalej Gilbert! – krzyczał zdyszany Far – Paruj! Unik! Teraz… cięcie! Tak, dobrze! Znów unik, parowanie. Pchnij i… cięcie! Tak, znakomicie!
- Nie przesadzacie z tymi treningami? – zapytała Gwen – Jeszcze nam tu pomdlejecie. Zróbcie sobie przerwę.
- Poza tym – dodał Mordin – to kiepskie momenty na syndykackie treningi. Jakbyście zapomnieli, ściga was Syndykat, a poza tym mamy chyba jakąś misję, prawda?
Fargoth odebrał od Gwen ręcznik, otarł czoło i odpowiedział:
- Tyle, że nie wiem co dalej… Wiemy już kto mnie wrobił. Wiemy że są jacyś Akolici i że stoi za nimi ktoś, kogo nazywają Magistrem. Tylko co dalej – Far spuścił głowę i zapatrzył się chwilę w trawę – Nie wiem. Póki co, musimy nie dać się złapać – po czym wrócił do szermierki na kije z Gilbertem. Mordin tylko prychnął wzgardliwie i poszedł w swoją stronę, w ogóle się nie tłumacząc. Gwendolyn natomiast zwróciła się do Fara:

- To ja idę nad rzekę. Przyda mi się prysznic.
- Nie miałem jeszcze okazji się zrewanżować za twoje podglądanie.
- Lepiej dla ciebie, komendancie, żebyś nie próbował – Gwen uśmiechnęła się i odeszła.
- Ja mam dość – wysapał nagle Gilbert – Wybacz komendancie.
- Spoko. I tak wytrzymałeś cholernie dłużej, niż na początku – Far uśmiechnął się, poklepał go po ramieniu i dodał – Pójdę sprawdzić co też porabiają Ragnar i Azrak.
Był dziś w wyjątkowo dobrym humorze. Na widok popijających wódkę wilków jego entuzjazm nieco osłabł.
- Nie macie nic lepszego do roboty??
- Hehe, mamy, urządzamy zawody – odrzekł dumnie Ragnar – Azrak to chyba jedyny na świecie wilk potrafiący wypić tyle, co ja.
- Jesteś godnym zawodnikiem – odparł Duży – A co powiesz na raferyjski dwójniak?? To miód pitny…
- … sporządzany przez te cholerne hieny z Gór Raferyjskich!! Mówi się, że to najsilniejsi gracze, tfu kuźwa, ale my dwaj byśmy ich rozgromili! Nalewaj do kubka i na pohybel! Ooo, Fargoth, poczęstujesz się?
- Nie odmówię- odpowiedział z uśmiechem komendant i jednym haustem opróżnił kubek. Trunek zapiekł go przyjemnie w gardle.
- Widzę, że dziś wyjątkowo w dobrym humorku, hehe. Chyba się udało co?? Hehe…
- O czym ty mówisz?

- Nie udawaj świętoszka. Zaliczyłeś już naszą drużynową panienkę, nie mylę się??
Far, który już wypijał z kolejnego kubka, wypluł całą zawartość w kąt i zakrztusił się.
- Hej! Jak można tak zmarnować alkohol!? – rozwścieczył się Ragnar.
- Nie ma nic złego w tym, jak się kogoś kocha – odparł Azrak, na co Far zakrztusił się jeszcze bardziej, a na jego twarzy pojawił się rumieniec.
- Kocha… akurat, kuźwa. Miłość to zwykła trucizna, wiem to z własnego doświadczenia… – odrzekł Ragn i pociągnął łyk z gwinta.
- Ja kocham swoją żonę – upierał się duży wilk – I moje dzieci.
- Eee tam… Powiedz komendancie, co ty o tym myślisz? Jak jest między tobą i Gweny??
Komendant poczuł jakby loteryjski wojownik ugodził go w czuły punkt. Próbował jakoś wybrnąć od odpowiedzi, jednak jego towarzysze zbyt intensywnie wbijali w niego spojrzenia. W końcu wziął bardzo głęboki oddech i odrzekł:
- Nie mam czasu na miłostki. Gwen to tylko niezłe wyzwanie, przygoda… nic więcej.
„Akurat, kretynie”, odezwał się w nim wewnętrzny głos, zaś Azrak zapytał:
- Na pewno?? Taka sama przygoda o jakich opowiadałeś mnie i innym 10 lat temu?? Taka sama przygoda jak z księżniczkami i czarodziejkami oraz… – na szczęście w porę ugryzł się w język, bo Far posłał mu mordercze spojrzenie, a Ragnar gwizdnął z podziwu.
- Tak… taka sama, Azrak. Może jeszcze po kufelku??
Żaden z nich nie zauważył stojącej nieopodal, za drzewem Gwendolyn oraz jej przepełnionej złością i bólem twarzy.

***

Na Skrzydle Szpitalnym cały czas czuć było smród pochodzący od przestarzałych bandaży i gorzałek. Dla Merrill jednak ważniejsze było zdrowie jej przełożonej. Ucieszyła się więc niezmiernie, gdy ta ocknęła się i podniosła z łóżka.
- Merrill… – wychrypiała Yean, a zaraz potem przypomniała sobie przerażające wydarzenia, jakie przeżyła – Co z oddziałem?? Gdzie my jesteśmy tak w ogóle?? To nie wygląda na Twierdzę Kruków.
- Bo to nie jest Twierdza… Jesteśmy w Herndall, na tutejszym posterunku Syndykatu – wyjaśniła nieco załamanym głosem. Nabrała powietrza do ust i oznajmiła pani porucznik bolesną prawdę – Cały Oddział Szturmowy został wyrżnięty w pień przez te… monstra. Odcięły nam drogę powrotną, więc przywlokłam panią do najbliższej placówki. Czyli… tutaj.
Yean poczuła jakby coś w niej pękło. Cały oddział wybity. Wszystkie jej najlepsze komandoski nie żyją. Wzięła się jednak szybko w garść. Pogratulowała Merrill:
- Okazałaś się niemałą odwagą i determinacją. Jestem z ciebie dumna, młoda. Teraz już wiem, że dobrze zrobiłam przyjmując ciebie i twoją siostrę w swoje szeregi, te 4 lata temu…
Urwała, gdyż spostrzegła, że w drzwiach do pokoju ktoś stoi. Skinieniem głowy dał znak pielęgniarce by na chwilę wyszła. Gdy wzrok Yean trochę się poprawił, widziała już dokładnie, ale nie wierzyła własnym oczom – patrzył na nią Asparo, władca Nordmandi i jeden z Radnych Syndykatu.

- Niezmiernie mnie cieszy, że się pani zbudziła, pani porucznik – powiedział, podchodząc na skraj jej łóżka – Powinna być pani dumna z podwładnej. Od pani śpiączki nie odstąpiła pani ani na krok.
- Jestem dumna – odpowiedziała nieco chłodnym tonem – Co wasza wysokość tu robi??
- Bez tych formalności – Asparo uśmiechnął się, jednak daleko było mu do naturalności – Chciałem tylko sprawdzić, czy jedna z najlepszych agentek Syndykatu ma się dobrze. Akurat byłem w pobliżu…
- Co trochę mnie dziwi – przerwała mu znudzona Yean – Co pan robi w Lotrii?? Nie powinien pan być w Nordmandi??
- Owszem, ale jestem tu służbowo, aby nadzorować badania, jakie prowadzi Korpus Alchemiczny.
- Co to za badania??
- Ściśle tajne badania. Przykro mi, ale nie mogę powiedzieć nic więcej.
- Rozumiem – pani porucznik pokiwała głową, lecz bez przekonania.
- No cóż, obowiązki wzywają. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia – po czym ukłonił się i wyszedł.

„Coś tu nie gra”, pomyślała nagle pani porucznik, a Merrill tylko potwierdziła jej intuicje:
- Z całym szacunkiem, chciałabym aby to zostało między nami, pani porucznik, ale…
- Śmiało.
- Tutaj dzieje się coś podejrzanego. Gdy pani była w śpiączce, miałam okazję porozmawiać z niektórymi agentami stacjonującymi tutaj. Powiedzieli mi, że Radni bardzo często wpadają tu, tłumacząc się „ściśle tajnymi” badaniami.
- Radni?? Czyli nie tylko Asparo??
- No… Czasem prócz niego pojawia się też rektor Hex.
„To już jest bardzo dziwne” – myśli Yean krążyły w jej głowie jak szalone – „Cesarz interesował się zawsze badaniami alchemicznymi, ale rektor?? Mag, ha’shet od Tremere??
- Pomóż mi wstać – powiedziała nagle do swojej podwładnej – Nadal nie czuję nóg.
- Ale… po co?? Musi pani odpoczywać!
- Bez dyskusji – porucznik uśmiechnęła się paskudnie- Idziemy trochę poszpiegować.

***

- Poszli sobie- szepnęła Amebyjka, kiedy dwójka burych wilków odeszła w swoją stronę.
Yean pokiwała głową i sprawdziła się czy z tyłu nikt nie nadchodzi. Upewniwszy się, że są same, przeszły na paluszkach w stronę schodów na końcu korytarza.
- Tędy można się dostać na niższe poziomy – powiedziała Merrill – W tym też do kwatery Korpusu.
Ostrożnie, ze względu na słabe oświetlenie, rozpoczęły wędrówkę na dół. Jednak końca nie było widać.
- Że też zachciało im się robić tak długie… – zaczęła Merr, ale jej przełożona skarciła ją i uciszyła.

- Widać już światło. Jesteśmy prawie na miejscu.
Nie myliła się. Wkrótce, gdy zeszły z ostatniego stopnia, znalazły się w kolejnym korytarzu, rozgałęzionym na kilka mniejszych. Chwilę potem zauważyły też wilka idącego z lewego korytarza. Szybko i bezszelestnie, niczym cienie, schowały się za bocznymi ścianami.
- Poszedł? – spytała Merrill.
Yean pokiwała głową i dała jej znać, że ruszają naprzód. Jeszcze kilka razy zdarzyły się podobne sytuacje, ale i tak nikt nie zdołał zauważyć dwóch towarzyszek.
- W którą stronę?? – zapytała ponownie Amebyjka, gdy trafiły na koniec tunelu.
- Hmm…. – porucznik myślała przez chwilę, by zaraz potem spostrzec postać białego wilka w tunice rozmawiającą z dwoma alchemikami. Syknęła na podwładną i razem ukryły się za pobliską skrzynią.
Yean wychyliła się lekko i przyjrzała rozmowie. Asparo zadawał jakieś pytania, a naukowcy odpowiadali, kiwając głowami. Niedługo potem wszyscy trzej powędrowali ku nieznanym pani porucznik drzwiom.
- Zdaje się, że wyszli z tego pokoju – wskazała na wejście, obok którego rozmawiał przed chwilą cesarz – Idziemy tam.

Merrill tylko pokiwała głową i ruszyła za swoją przełożoną. Ta obawiała się, że drzwi będą zamknięte, jednak los jej sprzyjał. Któryś z alchemików zapomniał ich zamknąć.
We wnętrzu Yean i Merr zastały masę pudeł, skrzyń i beczek. Gdzieniegdzie leżały też porozrzucane papiery.
- Chyba trafiłyśmy do zwykłego magazynu – stwierdziła Merrill.
- Więc to cale skradanie… poszło na marne? – zapytała ze złością porucznik – Nie, to nie może tak być… moja intuicja nigdy mnie nie zawiodła.
Zaczęła się uważnie przyglądać wszystkiemu co leżało w magazynie. Nie wiedziała czego szukać, ale była przekonana, że to „coś” przykuje jej uwagę. I tym razem się nie pomyliła, gdyż chwilę później spostrzegła stojący na jednej ze skrzyń flakonik dziwnej, czerwonej substancji.
- A to co??- spytała, i choć było to pytanie retoryczne, jej podwładna i tak odpowiedziała:
- Pewnie jakiś eliksir. W końcu to kwatera Korpusu Alchemicznego.

-To nie tak, Merr. Alchemicy nie zamawiają gotowych mikstur, już prędzej składniki, aparatury i tym podobne. A to… – przyjrzała się chwilę szkarłatnemu płynowi. Zauważyła dopięty do niego kawałek papieru, który w rzeczywistości był listem. Odpięła go i zaczęła czytać.
Merrill dłuższą chwilę czekała aż skończy. W końcu jednak zrobiła się naprawdę niecierpliwa i po raz wtóry zapytała:
- I co?? Coś wartego uwagi??
Mina pani porucznik stanowiła odpowiedź twierdzącą. Mina pełna zdumienia, lęku i… grozy. Bardzo powoli zwinęła list w rulon i podała go podwładnej.
- Merrill, posłuchaj. To bardzo ważne – powiedziała grobowym głosem – Wydostaniesz się jakoś z Herndall. Nieważne jak to zrobisz, ale musisz się dostać do Twierdzy i dostarczyć to mojemu bratu.
- Ale czemu?? Co to jest??
- Nie zadawaj pytań. I nie czytaj jego zawartości. Ruszaj.
- A co z panią?? Nie mogę pani zostawić!!
- Muszę z kimś uciąć pogawędkę. Biegnij, uciekaj, już!!
Amebyjka chwilę się wahała, ale zasalutowała i jednym susem wybiegła z magazynu.

Zaraz potem Yean poczuła w pomieszczeniu dziwną, złowrogą aurę. Nie mogła jednak wyczuć skąd owe „coś” pochodzi. Zaczęła rozglądać się na różne strony aż jej wzrok nie przeszedł na drzwi – stał w nich cesarz Asparo.
- Porucznik Yean z Morrawaru – rzekł, po czym zwrócił uwagę na brak flakoniku. Uśmiechnął się paskudnie, co głęboko zdziwiło agentkę Syndykatu – Zawsze była pani sprytna. Za sprytna.
- To nie ujdzie ci płazem. Reszta Syndykatu się o tym dowie. Możesz być pewien.
Asparo nie przestawał się uśmiechać, co tylko rozdrażniło Yean.
- Naprawdę myślisz, że posłanie tamtej smarkuli do Twierdzy coś ci da?? Mam połowę organizacji na swoich usługach. Twój braciszek i jego koledzy ci nie pomogą.
Porucznik tylko pokiwała głową, ale nie przekonująco. Szybkim ruchem sięgnęła po nóż i cisnęła nim w twarz cesarza. Jednak osłupiała zauważyła, że w drzwiach nikogo nie ma. Nie czuła już tamtej aury- nie czuła już nic. Spojrzała na swój brzuch i zobaczyła ostrze wystające z jej piersi.
- Moja droga Yean – rzekł władca Nordmandii, stojący za jej plecami – Chcesz walczyć z siłami, których potęgi nie rozumiesz. Ten świat doczeka się wkrótce wielu zmian. Szkoda – powiedział i z całej siły wyrwał katanę z jej ciała. Upadła bezwładnie, a on dokończył – Szkoda, że nie będziesz miała zaszczytu, aby je podziwiać.

Grymas na jej twarzy znikł, zostawiając tylko pustkę. Yean wydała ostatnie tchnienie i zatraciła się w objęciach wiecznego Morfeusza.
- Tak oto zginęła Yean z Morrawaru, ostatnia z Oddziału Szturmowego – podsumował beznamiętnie Asparo i wyszedł z magazynu jak gdyby nigdy nic.

***

Fargoth, po dwugodzinnych poszukiwaniach, był naprawdę sfrustrowany. Gdy wyszedł więc na skraj lasu i zobaczył zgubę stojącą na szczycie wzgórza, poczuł ogromną ulgę.
- Gwen! Wszędzie cię szukałem!
Szybkimi krokami podbiegł do niej, a w międzyczasie ona zapytała się chłodno:
- Doprawdy??


- No… tak. Myśleliśmy z chłopakami trochę i wymyśliliśmy…. no, właściwie to pomysł Darka. Tak czy siak, kierujemy się teraz do Herndall, tam jest najbliższy posterunek Syndykatu. Jeśli organizacja ma coś wspólnego z Akolitami, tak jak mówił Greed, to może tam znajdziemy jakieś odpowiedzi. Jak myślisz??
- Może…
Far zdziwił się nieco tonem jej głosu, więc zapytał ostrożnie:
- Stało się coś?? Chcesz o czymś pogadać??

- Czemu nie pogadasz z Ragnarem?? – prychnęła i odwróciła się. Jej oczy były mokre, lecz bynajmniej nie od deszczu – Na przykład o tym, jak to chędożyłeś się z księżniczką Reą?? Albo o tym jak miałeś romans z Huaną, czarodziejką ze Starszyzny!?
- Co?? Ja?? O czym ty… słyszałaś wszystko? – i w tej właśnie chwili komendant zapragnął zapaść się głęboko w ziemię.
- Wiesz, szczerze mówiąc, nie wiem na co ty liczyłeś. Ba, na co ja liczyłam! Prawie dałam się omamić takiemu… dwulicowemu gówniarzowi!

„Teraz przegięłaś” pomyślał i odpowiedział:
- Hamuj się, co? Czepiasz się byle czego. Łatwiej cię obrazić niż Gilberta.
- My przynajmniej jesteśmy dojrzalsi. Nie bawimy się jak dzieciaki w jakieś głupie zabawy. Mówią, że się zmieniłeś, ale ja myślę że pozostałeś takim samym dupkiem jak kiedyś!
- Wara ode mnie! – warknął i wypalił bez zastanowienia – Nie obiecywałem ci zgrywać księcia na białym koniu, księżniczko! Nie moja wina że strzelasz focha na wszystko co idzie nie po twojej myśli! Masz tak od dzieciństwa?!

Jej reakcja utwierdziła Fara w przekonaniu, że przegiął pałę. Gniew ustąpił z jej twarzy, zamiast tego zawitał na niej smutek. Odeszła i nie odwróciła się na słowa:
- Gwen… ja nie…. chciałem…

Lisica z Lionne zatrzymała się tylko na chwilę, a komendant usłyszał jak szepcze:
- Naprawdę myślałam, że jesteś inny niż reszta…
Po czym pomaszerowała w stronę, gdzie rozbili obóz. Far natomiast został sam na polu bitwy, a w jego głowie kłębiła się myśl – „Brawo idioto. Spieprzyłeś wszystko…”.

by Rayman
Kwiecień 2010