Już dawno nie widział słońca. A przynajmniej nie w takiej okazałości, jak teraz.
Postać w beżowym płaszczu, który w świetle wielkiej lampy wyglądał na złoty, a także z kapturem na głowie. Szdł zdecydowanym krokiem i mijał okoliczne lodowe wydmy. Wiatr zaczął wiać dużo mocniej, więc otulił się dokładnie szalikiem zawieszonym na szyi. „To już ostatni odcinek gór Tartagor”, pomyślał.


Rzadko opuszczał swoją kryjówkę. Ale tym razem musiał. Wiedział, że musi w końcu zacząć działać. Gwiazdy pokazały mu co ma się wydarzyć.

Z wielką ulgą spostrzegł małą przełęcz między wzgórzami. Znał tą trasę – dalej, za zboczem, był już las prowadzący do niższych terenów Nordmandii. Nevran zatrzymał się i zahaczył wzrokiem o malutką sylwetkę miasta Gox.
- Czas złożyć klasztorowi niezapowiedzianą wizytę…

***

- Nareszcie z dala od tego skutwiałego miejsca! – podsumował Ragnar i splunął, patrząc nieprzychylnie na oddalające się Wzgórze Zefira – Te wszystkie chimery i kuroliszki, Ravnosi patrzący na nas z tą swoją powagą i te chędożone komary! Już myślałem, że za czorta, nigdy stamtąd nie wyjdziemy!!
- Mędrzec mawia – odpowiedział Darkasurri – Cierpliwość to jedyna droga do osiągnięcia celu.
- Dupa Jasia, karuzela! – odchrząknął lotryjski wojownik i ze stoickim spokojem ducha puścił cuchnącego bąka – Oo, już mi się humor poprawił!
- Jesteś obrzydliwy – stwierdził z niesmakiem Gilbert, na co tamten tylko prychnął:
- Zamiast mi prawić morały zabrałbyś się młody za swój problemik. Nawet ten nasz profesorek zaliczył pewnie w życiu niejedną niewiastę, dobrze mówię, Mordo?

Alchemik nic nie powiedział, tylko potrząsnął głową z dezaprobatą. Dało się też słyszeć jak mruczy pod nosem: „O alchemio, matko nauk, czemu dajesz życie takim prostakom?”
- Słuchaj, znam w Herndall taki fajny zamtuz… – zaczął Ragnar, ale Gilbert przecząco pokiwał głową.
- Jeszcze cię przekonam biały. Nie mogę patrzeć jak cierpisz, nie znając największych rozkoszy tego świata.
Tymczasem Far, Gwen i Azrak szli na przodzie i przysłuchiwali się tej nużącej rozmowie.
- Jak dzieci – stwierdził żartobliwie komendant, ale nie uzyskał odpowiedzi. Gwendolyn tylko prychnęła i przyśpieszyła kroku.
Fargoth skrzywił usta w grymasie i spuścił głowę, a Azrak podjął się tematu:
- Nadal się na ciebie gniewa.
- Nie uszło to mojej uwadze….
- Nie powinieneś był gadać tych głupot przy Ragnarze. Przeproś ją. Powiedz coś miłego. Cokolwiek.
- Azrak, bez urazy, ale daruj sobie – warknął zdenerwowany już komendant i rzucił wzrokiem na oddalającą się Gwen – Chce, to niech się obraża. Jej sprawa, mi to powiewa.
- Jasne – podsumował duży wilk i nic już więcej nie mówił.

Tymczasem przed nimi, na końcu dróżki pojawiła się spora osada. Zza średnich rozmiarów palisady wystawały dachy słomianych domów, a do miejsca gdzie zatrzymała się drużyna dochodził zapach pieczonego wieprza.

- Typowa, lotryjska wioska. Quaxi, jeśli się nie mylę – rzekł Far, z zachwytem pochwycając aromat.
- Omijamy ją czy zatrzymujemy się?? – zapytał Gilbert.
- Zapasy nam się kończą – stwierdził Mordin – Odpowiedź jest chyba prosta.
- Czy to znaczy że znów musze skrywać się w lesie? – zapytał Darkasurri, lecz zupełnie obojętnie.
- Wybacz, Dark… Ale byłoby to wskazane.
Asamit pokiwał tylko głową i pomknął w stronę okolicznej puszczy. Gil, patrząc na jego oddalającą się sylwetkę, powiedział z przekąsem:
- Żal mi go… żeby tak nigdzie nie móc się pokazać…
- To prawda… Poza tym wydaje mi się, że coś przed nami ukrywa…. coś go trapi – wyznał Fargoth i po chwili dodał – Jak tylko załatwimy sprawę z Akolitami i oczyścimy moje imię, musimy opowiedzieć jego historię scomandr z Nowego Kodeksu.
Nie mogąc dłużej się oprzeć zapachom, ekipa ruszyła żwawym krokiem ku bramie. Dwóch najemnych strażników, siedzących na tobołkach i popijających gorzałę, na ich widok wstało i zagrodziło wejście włóczniami.
- Co was sprowadza, przybysze? – zapytał uprzejmie, ale podejrzanie jeden z nich. Drugi patrzył tylko ponuro i się nie odzywał.

- Idziemy z Lasów Amebyjskich, jako wolni najemnicy – wyjaśnił uprzejmie Fargoth, po czym dodał, niewzruszony milczeniem rozmówców – Mamy nadzieję, że znajdziemy odpoczynek i schronienie na noc w Quaxi.
- Pewnie szliście przez Wzgórza Zefira?? Pełno tam potworów i monstrów wszelkiej maści.
- Tera to nie tylko tam – dodał nagle milczący do tej pory drugi strażnik – Nawet tu jeno grasuje… – Far jednak nie dowiedział się co chciał powiedzieć, bo pierwszy syknął na niego, a ten posłusznie zamilkł.
- Tak czy siak – zwrócił się do drużyny – musicie nam wybaczyć, ale mamy dość własnych problemów. Więc bądźcie łaskawi…
- Fargoth!? Nie wierzę, to naprawdę ty!??


Ekipa odwróciła się. Kilka metrów od nich stała urodziwa, kusząca wręcz niczym sukkub niewiasta w zielonej sukni z rudymi, bujnymi włosami sięgającymi do ramion. W ręku trzymała kosz naładowany rożnego rodzaju ziołami. Łatwo było poznać że nie jest z Lotrii – przede wszystkim dlatego że była lisicą, nie wilkiem.

Zbliżyła się do ekipy, cały czas patrząc zdumiona, aż wreszcie podbiegła do komendant i zarzuciła mu się na szyję.
Szczególnie zwróciła na to uwagę Gwen, zgrzytając zębami ze złości. Na jej szczęście nikt tego nie zauważył.
- Jasmina?? To naprawdę ty, księżniczko?? – spytał zdumiony Far – Co ty tu robisz??
- O to samo mogłabym zapytać ciebie, ty bagienny popaprańcu! Jak nie Nordmandia, to Lotria albo sraczka.
- Sraczka?? Masz na myśli moje morrawarskie błotko?? Zamiast tyle gadać daj lepiej pyska piękna.
Drużyna patrzyła ze skrępowaniem, a Gwen wręcz posiniała ze złości. Od wybuchu powstrzymało ją tylko pytanie Ragnara:
- Hehe, kultura wymaga byś przedstawił nas swojej pięknej przyjaciółce.

- Aaa, no tak, wybaczcie. Jasmina, to moja wesoła kompania. Azrak, Mordin, Ragnar, Gilbert i… Gwen.
- Ooo, kolejna dziewuszka Far?? Nieładnie to tak- powiedziała Jasmina i pokiwała groźnie palcem z ironicznym uśmiechem.
- Tak, cóż… powiedz może co robisz w Quaxi??
- Nie będziemy przecie chyba tu gadać?? Zapraszam do mnie!

Drużyna z miłą chęcią przystała na tą propozycję. Nie musiała bowiem szukać miejsca na nocleg. Far z kolei mógł dowiedzieć się co nieco o sytuacji w Syndykacie. Podążali wąską ścieżką, mijając wieśniaków zajętych swoimi sprawami. Każdy z nich jednak odrywał się od pracy na ułamek sekundy by popatrzeć na ekipę.
- Więc ty też jesteś w organizacji?? – spytał zdumiony Gil – Nie wyglądasz na wojowniczkę…
- Widać, żeś niedoświadczony. W Syndykacie nie chodzi tylko o umiejętności bojowe. Są tu też dyplomatorzy, osoby starające się usuwać konflikty między wilkami a scomandr nienależącymi do Nowego Kodeksu. I ja jestem jedną z tych osób.
- Powiedziałaś, że Lamie wstąpiły do naszego grona. To dobrze… A więc co cię tu sprowadziło?? Jakieś kłopoty z innym klanem?? Może Brujah?


- Pudło. Gangrel. Co miesiąc pojawiały się tu małe grupki i polowały na wilki. Starałam się przemówić tym gruboskórcom do łba i chyba trochę podziałało… Ale… ostatnio mamy trochę inne problemy.
Fargoth już wcześniej zauważył lęk i strach na twarzach mieszkańców wioski, choć ci starali się go nieudolnie ukryć. Rozumiał już czemu strażnicy nie chcieli ich wpuścić.
- Słyszałam co o tobie gadają w Syndykacie – zaczęła nagle Jasmina – Bądź spokojny, nie uwierzyłam żeś zabił swojego brachola. Ale… nie powinniście tu długo zostawać.

- A to dlaczego? – zapytał Azrak.
- A dlatego że oddział Berungara tu jest. Szukają cię po całej Lotrii, oni oraz jeszcze tutejszy Syndykat z Herndall.
„Berungar”, pomyślał Far. Jego kumpel z Twierdzy. Oddany towarzysz w Wielkiej Wojnie i wielu przygodach. Prawdziwy przyjaciel, umiał znaleźć rozwiązanie z każdego problemu.
- Do czego to doszło, że muszę się kryć przed najlepszym kumplem… – mruknął do siebie
- Nie martw się – pocieszyła go reveiska lisica – Na razie są poza Quaxi, w pewnych… sprawach. O, tutaj, to mój dom.
Far i reszta przyjrzeli się dokładnie. Domek był ładny i na zewnątrz wyglądał schludnie. Nie wyróżniał się zbytnio od innych w wiosce.
- Zapraszam w moje skromne progi – rzekła Jasma i ruszyła w stronę drzwi. Drużyna podążyła żwawym krokiem za nią. Zanim jednak otworzyła im i wpuściła do środka, oznajmiła:


- Możecie u mnie zostać jak długo chcecie, to oczywiste… Ale mam nadzieję że nie będzie wam przeszkadzać dwójka innych wilków? Przybyli do wioski z Warrantu i nie mieli się gdzie zatrzymać, więc zaproponowałam swój dom.

Nikt z ekipy nie miał jednak nic przeciwko. Weszli do domu, zostawiwszy za soba tylko zgrzyt zamykanych drzwi a przy drewnianym stole zauważyli dwa szare wilki grające w kości. Jeden, zdecydowanie starszy, miał długie, białe jak mleko włosy, poważną, doświadczoną twarz i chitynową zbroję. Drugiemu, temu młodszemu, czarne, krótkie włosy lekko przysłaniały szare, głębokie oczy. Nosił na sobie czarną, skórzaną, dobrze wyprawioną tunikę. Oczywiście nikt z drużyny nie mógł ich znać. Nikt, poza Fargothem i Azrakiem którzy z niedowierzaniem pokręcili głowami i powiedzieli:

- Nirthi?? Aru??
Szary wilk nazwany Nirthim spojrzał przez chwilę obojętnie na drużynę, wrócił do gry i… jeszcze raz się i przyjrzał. I tym razem on też ich poznał. Tak samo było z Aru.
- Nie wierzę – zaczął Nirthi – To naprawdę ty, młody??
- Sza… Szarasek? – zapytał nadal wstrząśnięty komendant.
- Ooo, to wy się znacie?? – pytanie padło od Jasminy, a na jej twarzy także namalowało się zdumienie.
- Super. Kolejni, na cholerę potrzebni znajomi – podsumował Mordin.
Fargoth i Nir, nadal oniemiali, otrzeźwieli na tyle by uścisnąć sobie dłonie, a zaraz potem wpadli na siebie jak dwa buhaje z uśmiechami na ustach.

- Myślałem, że cię już nigdy na oczy nie zobaczę, ty stary pryku!! – powiedział z radością Far i gdy wymienił już salwę ripost z szarym generałem, podszedł do Aru i niespodziewanie chwycił go za głowę, wziął pod pachę… i zaczął przycinać grzywkę.
- Aru, czy mi się zdaję, czy w końcu uszy ci przytyły?
- W twoich snach, hashecie – odpowiedział rozbawiony gwardzista i cisnął Fargotha na ziemię – Nie myśl sobie, że jestem tak słaby jak kiedyś!
- Cudownie! – pisnęła Jasmina i wzięła i Nira, i Aru i komendanta pod ramię – Spotkanie kumpli po latach. To coś niecodziennego. Zapraszam wszystkich na ucztę!

***

Nad wioską spokojnie drzemał księżyc w towarzystwie dziesiątek gwiazd. Każdy przyzwoity wilk spał już we własnym łożu. Każdy – z wyjątkiem trzech kumpli, którzy spotkali się po latach. Far cicho przeklął w duchu, gdy niechcący rozbił jakąś butelkę schodząc po schodach. Piwnica Jasminy wyróżniała się tylko jednym od innych- nie było tu dobrego alkoholu. To jednak nie stanowiło problemu, gdyż Fargoth taszczył ze sobą cały wór dóbr Ragnara. Oczywiście lotryjski berserker nic o tym nie wiedział. Nirthi i Azrak jednak o nic nie pytali.

- Mógłbyś tym wydoić połowę varrantckiej armii – zauważył szary generał, gdy komendant postawił worek w kąt i wyciągnął z niego trzy butelki nieznanych mu trunków.
- Ja bym radził uważać – powiedział duży wilk – Wybrałeś najmocniejsze alkohole z Gór Raferyjskich.
Far jednak zbagatelizował sprawę, odkręcił jedną wódkę i nalał w trzy gliniane kufle.
- A więc ty i Lua pobraliście się – stwierdził, aniżeli zapytał Nir – I macie piątkę dzieciaków. Nieźle się ustatkowałeś, Azrak.
- A ty, generale armii krajowej Varrantu, yiik! – powiedział Far i, wypiwszy zawartość kufla, poczerwieniał – Ale to ma kopa, uhh. Już mnie czkawa wzięła, yiiik! No ale do rzeczy – jak tam twoja żonka Londa, yiik? I mały Vergilek?
- Moja rodzinka trochę się powiększyła… Cholera, wezmę inną butelkę bo ta gorzała jakoś mi nie podchodzi! – powiedział i sięgnął po drugą butelkę, a gdy nalał sobie jej zawartość kontynuował – Mam już trójkę fajnych dzieciaków. Vergila znacie, prócz niego jest jeszcze Grimm, a 2 lata temu na świat przyszła Shadou.

- Shadou?
- No tak…
Przyjaciele odłożyli kufle na stół i przesiedzieli w milczeniu. Nikt nie chciał odezwać się pierwszy. Weszli na bardzo niewygodny temat. Ktoś jednak musiał podjąć rozmowę. Tym kimś okazał się Azrak.
- Udało wam się go… odnaleźć?
- Szukaliśmy wszędzie, dosłownie wszędzie – pokręcił głową zrezygnowany Nir i nalał sobie kolejną porcję trunku – Wysłaliśmy nawet za nim listy poszukiwawcze. W każdym mieście Varrantu. Myślę, że cokolwiek się stało z białachem, już nigdy go nie spotkamy… O cholera!- wrzasnął nagle, a z jego ust wyleciał szkarłatny ogień. Płomienie prawie dosięgnęły Fara, jednak ten, na tyle jeszcze trzeźwy, wychylił się w lewo.

- Może lepiej weźmy tą trzecią buteleczkę – zaproponował oszołomiony komendant, po czym dodał- Zmieńmy temat. Powiedz, Nirthuś, co robisz, ty i Aru, w Lotrii?? Znowu cię za coś wygnali?
- Nie. Jestem tu całkowicie z własnej woli – odrzekł chłodno, co trochę zaniepokoiło Fargotha – Jesteśmy na tropie niebezpiecznego zbiega. Z więzienia Syndykatu, pozwolę sobie zaznaczyć.

- Ooo, a któż to taki??
- Suczy syn nazywa się Grix – mówiąc to szarak splunął w kąt – To czerwony pies, syn naszego starego znajomego, Ktula. Na początku działał w królestwie czerwonych, ale po przełamaniu kodeksu… To prawdziwy psychopata! Porywał szlachciców i dworzan, nie żądając okupu, tylko mordując bezlitośnie. Napadał na karawany, ale nie kradł nic – tylko mordował bezlitośnie. Panoszył się po wioskach, zmuszając plebs do składania mu krwawych ofiar, a potem MORDOWAŁ ICH BEZLITOŚNIE!
Te ostatnie słowa Nir po prostu wyryczał jak bestia, po czym cisnął kuflem w ścianę. Zdołał się jednak opanować, i widząc zdumione twarze Fargotha i Azraka, wyjaśnił:
- Po prostu… krew mnie zalewa jak sobie wyobrażę, że ten sukinsyn łazi sobie gdzieś po Lotrii i robi to co w Varrancie. Nie pozwolę, by ktoś przez niego cierpiał.
- Na pohybel, yikkk!- podsumował Far i podniósł butelkę by nalać sobie i dużemu. Nirthi niestety nie miał już w czym pić. Kiedy jednak młody komendant przechylał trunek, zobaczył coś co zmroziło mu krew w żyłach. W środku leżał marynowany skorpion.

- Skąd on, do cholery, to wytrzasnął!? – wrzasnął i z obrzydzeniem rzucił butelkę Azrakowi. A ten, ku wielkiemu zdziwieniu towarzyszy, beznamiętnie wypił całą zawartość.
- No nieźle… – powiedział z niedowierzaniem generał Varrantu, po chwili zaś zwrócił się do Fara – To tyle o mnie. A co ty tu robisz, w towarzystwie tak różnorodnej grupy?? To chyba nie Syndykat??
- Nie… to trochę skomplikowane. Bo widzisz, wszystko zaczęło się gdy…

***

- Muszę przyznać- rzekła Jasmina, spoglądając jak Gwen zmywa naczynia – żeś umiesz gotować. Chłopaki wżerali aż im się uszy trzęsły.
- Umiem co nieco – odrzchąknęła tylko, nawet nie patrząc na lisicę.
Tymczasem przy stole w kuchni został już tylko Arukar. Kończył właśnie jeść naleśniki z wiśniami oraz miodem i nic nie wskazywało by śpieszyło mu się do łóżka.
- Mogę jeszcze?? Są przepyszne – powiedział, oblizując wargi.
- Hmm… W naszych stronach powiadają, że najdzielniejsi mężczyźni mają największy apetyt. Smacznego, panie kapitanie – Jasmina mrugnęła do niego, sięgnęła po mleko i rozpoczęła pracę nad nową porcją deseru.

- Całkiem niezłe ciacho – podsumowała. Gwen nie zrozumiała czy chodzi jej o deser czy o kapitana, ale nie skomentowała. Jej mina od razu zdradziła Jasminie, że nie ma ochoty z nią gadać.
- Eh, od kolacji nie udzieliłaś mi na żadne pytanie ani jednej sensownej odpowiedzi. Jakiś problem?? Bo jeśli tak to… – urwała i uśmiechnęła się paskudnie – Już wiem. Że też się nie domyśliłam. Ty myślisz, że ja i Far…
Po chwili talerz trzymany przez Gwen upadł z łoskotem do zlewu. Lisica z Lionne odwróciła się szybko w stronę lisicy z Reveis. Na jej twarzy widać było mieszaninę oburzenia i kpiny.
- Skąd niby taki wniosek?? Nic mnie nie obchodzi czy ty i komendant…
- Chędożyliśmy się? – spytała z naciskiem i drwiącym uśmieszkiem Jasma i przekrzywiła wyzywająco głowę w jej kierunku.

- Nie to miałam…

- Jesteś zazdrosna, co?- spytała, a z jej ust nadal nie znikał uśmieszek – Udajesz fochniętą i obrażoną, ale w głębi duszy…
- W Lionne uczą pewnej bardzo ciekawej sztuczki z nożem – przerwała jej i pomachała sztućcem przed twarzą – Mogłabym wykonać taki cios, że odrąbałoby ci nos, ucho i oko, nie raniąc przy tym facjaty. I zrobię to, jeśli nadal będziesz mi mówić o Farze.

- Spokojnie – powiedziała jej konkurentka, a jej drwiący uśmiech zamienił się na łagodny – Nic mnie z nim nie łączy i nie łączyło. Nigdy. Sprowokowałam cię, żeby poddać cię próbie. No i… wybacz, ale wynik jest jednoznaczny – dodała ze śmiechem.
- Pff – Gwendolyn tylko chrząknęła. I udałaby obojętną gdyby nie rumieńce na twarzy.

- Mmm, pyszności – skomentował w tle Aru.
Dziewczyny popatrzyły chwilę na szarego kapitania. Zaraz potem zaczęły chichotać.
- A ja słyszałam, że Varrantczycy gustują w tłustym mięsie – wyznała Gwen – Nie w naleśnikach.
- Ale musisz przyznać – powiedziała uśmiechnięta Jasmina i spojrzała łakomo na szaraka – że dodaje mu to uroku. Ile ja bym dała, żeby go tak schrupać…
- Czy ja wiem…. to chyba nie mój typ.

- Eee tam, nie znasz się. Nie każdy ma taki dobry gust jak ja.

- Przepraszam! – zawołał nagle Arukar, wylizując resztki z talerza – Mógłbym jeszcze dokładkę? Jasmina nawet nie protestowała. Odwróciła się w stronę kuchni i wprawiła w ruch patelnię.

***

Nevran z całych sił pchnął drzwi prowadzące na altanę klasztoru. Jednak i tutaj nie zastał nikogo. A przynajmniej na pierwszy rzut oka, gdyż w cieniu wielkiego dębu spostrzegł pogrążonego w lekturze młodego mnicha. Zdjął kaptur z głowy i odruchowo zakrył dłonią oczy. Światło słoneczne nadal raziło go mocno w oczy. Podszedł do młodzieńca, który zdążył już go zauważyć. Na jego twarzy malowało się coś w rodzaju strachu i zdziwienia.
- Przepraszam – zaczął rozmowę Lionnczyk – Chciałbym rozmawiać z najwyższym kapłanem.
Reakcja białego wilka całkowicie go zaskoczyła. Mnich zamknął książkę i dał nogę w kierunku prawego skrzydła klasztoru.
- Co do cholery? – mruknął do siebie, całkowicie zdezorientowany.

- Musisz mu wybaczyć – za Nevranem rozległ się nagle tubalny, gruby głos – Niegdyś sir. Vernon, Inkwizytor. Postradał zmysły podczas Wielkiej Wojny. Prawdziwy okaz tego, co scomandr mogą zrobić z wilkiem.
Nevran nie skomentował. Ruszyli obaj w kierunku długiego korytarza. Idąc w kompletnej ciszy słyszeli tylko cichy świst wiatru. Gałęzie drzew majestatycznie tańczyły w jedną i drugą stronę. Liończyk czuł wyraźnie, że w tym miejscu jest przynajmniej jeden widmowy tunel.
Najwyższy kapłan zatrzymał się przy ostatnim oknie w prawym rzędzie korytarza, więc Nevran uczynił to samo.
- Z czym przychodzisz do tego świętego miejsca synu? – podjął rozmowę mnich, spoglądając w siną dal z okna.
- Byłem tu kilka lat temu. Tyle że wtedy kto inny pełnił funkcję…
- Kapłan Aion – przerwał mu, nie odwracając się – Zamordowany przez grupę łowców nagród. Niech ich piekła pochłoną.
- W każdym razie- Nevran wrócił do tematu – Jestem autorem dwóch z klasztornych ksiąg. Może mnie pan znać pod pseudonimem Puszczyk.
- „Biały Diabeł” i „Zło pod Nordmandią” – wyrecytował kapłan i w końcu odwrócił się twarzą do Liończyka. Jego spojrzenie było jednak chłodne i bez krzty podziwu, jakiej oczekiwałby znany pisarz.

- To pan jest owym wilkiem, którego bluźnierstwa najwyższy kapłan Aion kazał umieścić w indeksie ksiąg zakazanych.
- Według was mój przekaz to bluźnierstwo?? A co, jeśli można wiedzieć, jest takie bluźnierczego w opowiadaniu dla dzieci i młodzieży?
- Nie wystawiaj na próbę mojej cierpliwości synu. W tych twoich „dziełach” jest cała masa filozoficznych wskazówek, drwin z bogów, podważasz tam autorytet klasztoru, a także…
- Wycofajcie je z indeksu i zwróćcie do publicznej biblioteki, proszę – przerwał mu zniecierpliwiony Nevran.
- Musiałbyś podać naprawdę mocny argument, żebym to zrobił.
Najwyższy kapłan odszedł kilka kroków w stronę gobelinu, który wisiał na ścianie. Zaczął się mu przyglądać z wielkim zainteresowaniem, nie zważając wcale na gościa.
- Nie mogę wam nic ofiarować – podjął po chwili Nev – Ale to.. jest naprawdę bardzo ważne. Wilki muszą mieć dostęp do tych ksiąg. Muszą wiedzieć co się wydarzy.
- Posłuchaj no, władco cieni – na te słowa po plecach Liończyka przebiegł dreszcz. Nie miał najmniejszego pojęcia skąd zwykły kleryk poznał jego sekret – Cokolwiek chciałeś przekazać w tych swoich naruszeniach świętych, nordmandzkich prawd, jestem zmuszony cię rozczarować. Białe wilki to idioci i marionetki, których klasztor i cesarz umieją obracać w swoich zwinnych łapkach. Są zbyt głupi by zrozumieć… no właśnie, co? – prychnął irytująco.

- Co takiego chciałeś im przekazać, Puszczyku? Że pod Nordmandią śpi pradawne zło, istniejące jeszcze zanim wilki chodziły po tym świecie? Czy chciałeś może zachęcić poszukiwaczy prawdy i awanturników żądnych skarbów do poszukiwań groty, w której Biały Demon pilnuje, jak ty to ująłeś? Czerwonego Złota? Szkarłatnego złota?
- Złotej Krwi – odpowiedział chłodno – Inaczej zwaną Krwią Bo…
- Dosyć. Sam chyba widzisz, że klasztor nie może traktować poważnie kogoś takiego jak ty. Nie spełnię twojej prośby, księgi pozostaną tam gdzie ich miejsce. W indeksie ksiąg zakazanych – kapłan przetoczył wzrok z Nevrana z powrotem na gobelin – Odejdź. Pora już na ciebie, Puszczyku.
Stary mnich ruszył w drogę, z której przybył. Nevran natomiast, pełen narastającej frustracji, mógł spojrzeć na obiekt zamyślenia kapłana. Przedstawiał on całą dziesiątkę ostatnich władców Nordmandii. Zwykły wilk by tego nie dostrzegł, jednak niezawodne oko Liończyka spostrzegło coś jeszcze. Za każdym z cesarzy znajdował się kawałek cienia, który w połączeniu dawał spójną całość i przedstawiał upiorną postać. Postać, której Nevran nie miał ochoty nigdy więcej spotkać.

***

Młody komendant z Twierdzy Kruków zbudził się z niewiarygodnym bólem głowy. „Gorzałka Ragnara robi swoje”, pomyślał. Podniósł się, nie zważając na kaca, i wnet zrozumiał co było powodem jego pobudki. Na zewnątrz słychać było głośne wrzaski przerażonych mieszkańców Quaxi.
- Co się dzieje?? – spytał Azrak, który wraz z Nirthim zdążyli się już obudzić. Obaj byli też na mocnym kacu.
Far nie zdążył podejść do pierwszego stopnia schodów, gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich jego nordmandzki podwładny. Przez krótką chwilę stał z zatkanym nosem, gdyż poczuł smród wódki, jednak chwilę potem począł mówić:
- Mamy problem komendancie. W wiosce coś się pojawiło, jakiś potwór!
- Jaki znów potwór? – zapytał zaintrygowany Nir, łapiąc się za swój pulsujący łeb.
- Nie widziałem, był dosyć daleko. Chodźcie, reszta jest już na dworze.

Fargoth, Nirthi i Azrak czym prędzej pobiegli za białym wilkiem. Potrącili przy okazji puste butelki, które roztrzaskały się o ziemię, gdy zamykali drzwi.
Na zewnątrz znajdowała się już cała kompania. Mordin, Gwen, Ragnar a także Jasmina i Arukar obserwowali z niepokojem ulice wioski, po której biegały tłumy wilków.
W oddali płonęły domy, a ich mieszkańcy bezskutecznie próbowali je zgasić. Ogień był bowiem magiczny.
Istotniejsze było jednak to, że z dachu ratusza, który po chwili się rozpadł, zeskoczyło na środek ulicy dziwne monstrum. Wyglądem przypominało niedźwiedzia, jednak miało kły jak u dzika i długie kolce na grzbiecie. Ponadto było dwa razy większe od zwykłego miśka.
- Berghart – powiedział szybko komendant – Bez dwóch zdań.
- Tylko czemu jeden?- skomentował Mordin- One zawsze podróżują watahami.
- Nie debatujcie tylko zróbcie coś! – zwróciła się do nich z krzykiem Gwendolyn – Zanim wyniszczy całą wioskę!
- Każdy z nas zostawił broń w domu Jasminy – odpowiedział jej szybko Gilbert.

W tym samym czasie bestia wydała z siebie przeciągły, dudniący w uszach ryk. Chwilę później berghart, jak błyskawica wybiegł z wioski, w kierunku odległej puszczy.
- Taaak… – zaczął lekko, a nawet bardzo zdumiony Far – Jasminko, kiedy zamierzałaś powiedzieć nam o grasującym bergharcie?
Gwen, gdy Fargoth użył słowa „Jasminko”, udała, że patrzy na bok.
- Cóż… no wiesz… powiedzmy, że to był tu u nas taki tematu jakby tabu. Pojawia się ten berghart co tydzień, czasem dwa, poniszczy… Przepraszam, powinnam była powiedzieć.
- Nic się nie stało. Nie gniewamy się na panią – uspokoił ją Aru, za co ta obdarzyła go najsłodszym uśmiechem jaki umiała zrobić.
- A mi, rwał jego mać, taka myśl do głowy wpadła! – odezwał się z entuzjazmem Ragnar – Może by tak ubić tego beratagata, czy jak mu, cholera, tam było? Byśmy może jakąś sowitą nagrodę dostali!
- To nie głupi pomysł – poparł go Mordin – Składniki alchemiczne z bergharta są stosunkowo rzadkie, a taka okazja może się nie powtórzyć… Ktoś jest przeciw?

Nikt się nie zgłosił. Wszyscy z ekipy wiedzieli jak bardzo potrzebują pieniędzy.
- To… dobry pomysł – podjęła po dłuższej chwili Jasma – Burmistrz wyznaczył sporą nagrodę za jego głowę. Ale to nie byle łatwy potwór. Najemnicy próbowali i żadnemu się nie udało.
- Zwykłym najemnikom nie – uśmiechnął się Far – Ale ja jestem agentem Syndykatu.

***

Godzinę później Fargoth spotkał całą swoją drużynę u podnóża wzgórza. Wszystkich za wyjątkiem Darka, który penetrował grotę, legowisko bergharta.

- Mamy wszystko co potrzeba? – zapytał szybko Mordina, na co ten z entuzjazmem pokiwał głową.
- W moich zapasach znalazłem stare oleje i smarowidła. Pokryłem nimi miecze Gilberta i Azraka, młot moczymordy oraz strzały Gwendolyn. Przydałoby się też srebro… na szczęście mamy twoją Sapphirę. Mam też to – oznajmił z dumą i wyjął z sakwy średniej wielkości szkatułkę o kształcie kuli, wypełnioną dziwną, ciemnozieloną substancją. Fargoth widział już coś takiego u kwatermistrzów syndykackich.
- To granat zapalający – wyjaśnił Mord, a widząc zmieszane twarze innych, doprecyzował – W Syndykacie używają go do „rozkładu” niektórych potworów, min. berghartów. To mieszanina specjalnych kwasów, sproszkowanej jemioły oraz saletry. Jego główną funkcją…

- Aaach! Nie zniosę więcej tego bełkotu! – wrzasnął Ragnar i szybko zaproponował:
- Po prostu chodźmy i ubijmy tego miśka, do kutwy nędzy!
- A my to co??
Zza porośniętej mchem i chwastami skały wyszły postacie szarych wilków. Komendant wyszedł im naprzeciw, a na jego twarzy odmalowało się zdziwienie.


- Nirthi, co wy tu robicie?
- Chyba nie myślałeś, że będziemy stać z założonymi rękami? – pustynny porucznik wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Pomożemy- dodał Aru – Za starą znajomość. Poza tym, my też potrzebujemy trochę gotówki – kiedy tylko to powiedział chwycił się za brzuch i zaczął kołysać się lekko w jedną i drugą stronę.
- Co mu jest?? – zapytał z przekąsem Gilbert.
- Padł ofiarą słodkości Jasminy- odpowiedziała, cicho chichocząc, Gwen.
- Eh, mówiłem ci żebyś tyle nie żarł! – odrzekł Nir, patrząc na Arukara, na co ten prychnął i się zrekompensował:
- I mówi to ktoś, kto całą noc moczył pysk! Dziwne, że jeszcze stoisz na nogach.

- Arpadium robi swoje… Chociaż przyznam, że odczuwam lekki ból głowy. O cholera! – krzyknął wnet i wskazał na grotę – Mam już przywidzenia! Widzę Asamita.
U wylotu jaskini stał bowiem Darkasurri. Nie zrażając się uwagą Nirthiego, zwrócił się do Fara i Mordina:
- Bestia uciekła w głąb tunelu, znajduje się na samym jego końcu. Poprowadzę.
Nir i Aru stali oniemiali z wrażenia. Na twarzy tego pierwszego szybko jednak pojawiło się oburzenie.


- W twojej drużynie… jest Asamit?? Asamit!? Far, czy ci rozum odjęło!? Rozumiem, desperackie czasy, desperackie środki, ale nie pamiętasz co oni zrobili z klanem Sha!!?
- Uspokój się. Dark jest inny niż reszta.
- Bo co, przeszedł na wegetarianizm? – spytał drwiąco Nir.
- Nie- odpowiedział cierpliwie Far – To tak zwany heretyk. Jeden z tych Asamitów, którzy odmówili udziału w rzezi Giovannich.
- Nigdy o nich nie słyszałem – odrzekł nie przekonany generał – Skąd wiesz, może was okłamuje? Może tylko czeka, aż wystawicie mu plecy??

- Darkasurri miał wiele okazji, żeby nas zdradzić – wtrącił zirytowany Gilbert – Poza tym… uratował mi życie. I mogę śmiało powiedzieć, że jest osobą godną zaufania.

Nirthi odchrząknął tylko, jakby i to go nie zapewniło o niewinności Asamita. Chwilę stali w milczeniu, które w końcu przerwał Aru:
- Nie wiem jak tobie, ale mi ich słowa wystarczają. Ufam Fargothowi.
- Eh, ja przecież też…
- No to jak? – zapytał komendant i wyciągnął rękę w kierunku generała – Drużyna?
- Jak za starych lat – odpowiedział po krótkiej chwili Nir i uścisnął łapę. Szybko jednak dodał – Będę mieć oko na tego scomandr.

Żaden z nich jednak, zbyt szczęśliwy walką ramię w ramię ze starym przyjacielem, nie zauważył jednak, mimo swoich skomandryckich zmysłów, dwójki wilków czających się na jednym z pagórków. Jeden z nich był Morrawarczykiem, miał na sobie skórzany, jasnobrązowy ravnos, na głowie zaś zawiązaną zieloną chustę. Był także nieogolony, przy policzkach zwisały mu długie kudły z brody. Jego towarzysz był Warrantczykiem. Nosił czarne, typowo najemnicze odzienie, a także wykropkowany tatuaż pod oczami. Patrzył jak drużyna powoli wchodzi do jamy, po czym zwrócił się do Berungara:
- Wydać rozkaz?
- Tak – odpowiedział po chwili namysłu Morrawarczyk – Za minutę mają być pod jaskinią.

***

- No to kuźwa pięknie – skomentował Ragnar i splunął – Którędy, psia mać, teraz!?
Doszli bowiem do rozwidlenia skalnego tunelu. Far chwilę przyglądał się obu wejściom, w końcu kucnął przyjrzał się drodze. Starał się przypomnieć sobie coś przydatnego z nauk tropienia Nosferatu i Syndykatu.
- Jak to możliwe – zapytał Nir, nie bez złośliwości – że odkryłeś legowisko bergharta w tej pajęczynie korytarzy, a teraz nie wiesz w którą stronę mamy iść??
- Daj już spokój szarak – powiedział Far, pociągnąwszy nosem – Czuję zapach naszej bestyjki. To na pewno lewy korytarz. Jednak na wszelki wypadek…
Zawiesił głos, a ekipa obserwowała go bacznie. Odszedł z założonymi rękoma kilka kroków w tył, intensywnie nad czymś myśląc i w końcu rzekł:

- Proponuję podzielić się na dwie grupy. Gwendolyn, Mordin, Darkasurri – idziecie ze mną. Pozostali są twoi Nir.
- Hej!- zaprotestował Gilbert- Czemu ja muszę być z moczymordą Ragnarem, komendancie!?
- Ehh, myślałem że już zakopaliście topór wojenny.
- Powiedzmy, że jesteśmy na etapie… poznawania osobowości, hehe – zarechotał lotryjczyk.
- Zachowujcie się – Far powiódł zimnym wzrokiem między nim a Gilem – Nie przynieście mi wstydu przed kolegą.
Obaj pokiwali głowami, po czym komendant znów zabrał głos:
- No to do zobaczenia. Nie daj się pożreć szaraku.
- I wzajemnie młody.

Przez cały czas, odkąd się rozdzielili, ekipa Nirthiego słyszała tylko lamentowanie Arukara. Nie natrafili natomiast na żadne ślady bergharta. Nir, zaniepokojony, zwrócił się do Gilberta:
- Ej, młody? Ty też jesteś w Syndykacie, co nie? Widzisz gdzieś tu jakieś ślady tego potwora??
- Jestem nowy w organizacji. Nie zdążyłem się „zadomowić”, gdyż pojawiła się ta cała sprawa z oficerem Irvingiem….
- Taa… to naprawdę intrygujące- odpowiedział generał – Czemu Akolitom tak zależało na wrobieniu Fargotha? Z tego co mi mówił, podróżujecie teraz do Herndall. Ale nie do końca rozumiem po co? Tamtejszy Syndykat może was złapać.
- Darkasurri podsunął nam myśl, że skoro Akolici mają coś wspólnego z organizacją, to w archiwum powinno być coś ciekawego na ich temat. To nasz jedyny trop. Problemem będzie włamanie się tam…

Nirthi jednak już go nie słuchał, z dwóch prostych powodów. Po pierwsze, gdy tylko usłyszał imię Asamita, odechciewało mu się gadać. Po drugie- usłyszał nagle jakiś dziwny odgłos. Coś przypominającego warkot.
- On tu może być- szepnął i wyciągnął miecz – Bądźcie w pogotowiu.
Pozostali jednak zdążyli już wyciągnąć swoje bronie. Szary wilk w tym czasie starał zatrzymać myśli i wyostrzyć swój zmysł słuchu. Nadal słyszał dziwne burczenie, jednak mimo usilnych starań nie mógł zlokalizować jego źródła. Przez przypadek, rozglądając się w jedną i drugą stronę, zauważył jak Aru masuje się po brzuchu i z lekkim rozdrażnieniem zrozumiał. Owe burczenie dochodziło z bolącego brzucha kapitana Świętej Gwardii Varrantu.
- Przepraszam – wybełkotał, widząc na sobie spojrzenia pozostałych – Ale chyba zaraz zwymiotuje.
Na te słowa Ragnar parsknął gromkim śmiechem, który potoczył się echem po tunelu. Zanim Nirthi zdołał go uciszyć, lotryjczyk zwrócił się do Aru nadal trzęsąc się ze śmiechu:
- Panienko, to nawet ja nie rzygam po dziesięciu beczkach słodzonego jabłecznika! Znałem kiedyś kolesia co to…
- ZAMNKIJ SIĘ, BO… – warknął Gil i urwał bo z końca ciemnej dziury wyleciało stado nietoperzy. Z przeraźliwym sykiem mknęły przed siebie, na szczęście przelatując nad głowami ekipy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zajadliwy warkot dobiegający z miejsca odlotu gacków.
- Tym razem to nie ja… – odrzekł powoli Arukar. – Czy alchemik czasem nie ględził, że te bestie podróżują watahami? – zapytał Ragn – Może w tym zadupiu nie mieszka jeden berghart tylko…
Nie dokończył, ponieważ warkot przerodził się w głośne ujadanie. Z daleka widać było szybko przemieszczające się kształty- chodziły one na 4 łapach i miały kolce na grzbiecie. Po chwili horda berghartów znajdowała się tylko kilka metrów od wilków.


- Ostrożnie – syknął Nirthi – Nie prowokujcie ich.
Jeden z nich skakał już jednak w stronę Ragnara. I pewnie zabiłby go na miejscu gdyby miecz Gilberta nie świsnął i nie przeciął go na pół.
- Cofam co mówiłem. Odwrót! – krzyknął ponownie szary generał.

***

- Hmm… – Mordin myślał intensywnie, spoglądając na kupę kamieni, która zagradzała dalszą drogę – Moglibyśmy użyć granatów, nadtlenku acetonu albo mokrego sodu … – A może – przerwał mu zniecierpliwiony Fargoth – Darkasurri utoruje nam przejście? Tych kamieni jest tylko kilka, powinien dać sobie radę.
- Pfff… jeśli wolisz brutalną siłę od nauki…
Asamit wziął się do pracy i po niecałej minucie głazy leżały rozrzucone po korytarzu. Jak się okazało, blokowały one drogę do stosunkowo dużej sali, na której końcu usypane było legowisko z konarów i mniejszych kamieni. W legowisku owym zaś spoczywał z zamkniętymi powiekami olbrzymi berghart.
- Ciii… – Mordin przyłożył palec do ust – Porozumiewajcie się szeptem. Nie chcielibyśmy żeby się zbudził.
- Śpi jak suseł – zauważyła Gwendolyn – Wygląda na to że nieźle podjadł, więc raczej nic nam nie zrobi.

Mordin obrócił się, a w jego oczach odbiło się znane już ekipie politowanie.
- Bergharty – podjął, nadal szepcąc – to stworzenia kochające walkę oraz mord. Nigdy nie mają dość. Nigdy się nie wycofują. Więc dla własnego dobra, bądźcie cicho. A najlepiej zostańcie tu. Far, daj mi Sapphirę.
- Myślisz, że sobie nie poradzę? To ja tu jestem z Syndykatu.

- Dajże mu swój miecz i nie marudź – warknęła wilczyca z Lionne, starając się mówić jak najciszej. Fargoth pod jej surowym spojrzeniem spokorniał, sięgnął za plecy i podał swoje szafirowe ostrze alchemikowi. Gdy ten oddalił się kilka kroków, skierował się do Gwen:
- Rozumiem, że jesteś na mnie dalej zła, ale nie musisz na każdym kroku stawać przeciwko mnie.
- O co ci chodzi?? – zapytała zdziwiona, unosząc brwi – To ty zachowujesz się jak dziecko, skoro nawet nie chcesz oddać swojego miecza.
Mordin, oddalony od nich już ładnych kilkanaście metrów, dał im znak ręką, żeby przestali gadać. Far jednak nie chciał ustąpić.
- To nie ja się obrażam za byle co.
- Byle co!?- syknęła zdenerwowana, odrobinę jednak za głośno. Powieki bestii zaczęły się powoli podnosić, i gdyby nie szybka interwencja Mordina, jego wyostrzone zmysły szybko zlokalizowałyby trójkę wilków w jego kryjówce. Nordmandczyk przyłożył mu bowiem do nosa listek jemioły, który wystarczył by berghart zapadł ponownie w objęcia Morfeusza.
- Przestaniecie się wreszcie kłócić?? – syknął zirytowany biały wilk. Przyłożył lekko Sapphirę do grubej szyi potwora, odmierzył kąt nachylenia miecza, po czym dodał:

- Niewątpliwe jest to, że Fargoth zachował się wobec ciebie jak gówniarz. Pewny jestem jednak, że żadna kobieta nie reaguje aż tak agresywnie na stwierdzenie, że jest się… jak on to powiedział? – zamyślił się i potarł czoło mokre od potu – A tak, obrażalską. Widzę tu tylko jeden wniosek: albo jesteś najbardziej „obrażalskim” stworzeniem na świecie albo to efekt przykrego urazu z dzieciństwa, który…
- Dość! – warknęła w odpowiedzi, a jej oczy zabłysły groźniej niż zwykle. Far wzdrygnął się, lecz w duchu ucieszył, że drużynowy strzelec skierował swoją złość na kogo innego.
- Nie masz absolutnie żadnego prawa, aby mnie osądzać! Tylko to potrafisz – mądrzyć się! A co sam jak do tej pory zrobiłeś dla tej ekipy??
Sekundę później, na podłodze brudnej od krwi leżała bezwładnie głowa bergharta. Mordin ani słowem nie odezwał się do Gwen, tylko podszedł do komendanta i wręczył mu miecz. Chwilę potem klęczał przy kałuży ciemnoczerwonej posoki, dokładnie ją analizując.
- Co ty właściwie robisz?? – zapytał milczący do tej pory Asamit.
Alchemik jednak nie odpowiedział, pochłonięty obserwowaniem tego co zostało z głowy bestii. Zanurzył palec w krwi, chwilę się jej przyglądając, a następnie jak gdyby nigdy nic, wsunął go do ust i
zaczął rozprowadzać płyn po jamie ustnej. Far i
Gwen patrzyli na to z niemałym obrzydzeniem, natomiast Dark po raz kolejny zadał pytanie:

- Nie boisz się, że to cię może… zabić?
- Zawsze mam przy sobie odtrutki jakby co- odpowiedział cicho, jak gdyby mówił tylko do siebie.
- Coś nie tak? – tym razem pytanie padło od komendanta.
- Ta krew… – zaczął powoli Mordin, starając się odpowiednio dobrać słowa opisujące to co właśnie odkrył – To nie był zwykły berghart. Żaden potwór nie ma w sobie tyle magii. Tak potężnej i tak mrocznej. Nie mogę powiedzieć więcej, potrzebuję dobrej aparatury alchemicznej.
„To mi się nie podoba”, pomyślał Fargoth. Zanim jednak zdążył podzielić się tym z drużyną, spostrzegł, że Gwendolyn wskazuje na coś palcem z przerażoną miną. Powiódł wzrokiem na owe coś i… nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Na ciele bergharta, a dokładnie w miejscu gdzie jeszcze niedawno tkwiła głowa, formowały się grube fałdy skóry. Tkanki w szybkim tempie łączyły się ze sobą, nadając mięsu odpowiednie kształty. Widać już było pysk, uszy, nos, a także oczy. Wilki wzdrygnęły się, gdyż zregenerowana bestia powiodła po nich groźnym wzrokiem.


Z jego ust potoczyła się żółta piana, po czym wydał z siebie wściekłe warknięcie. Far, nadal z Sapphirą w gardzie, przyjął postawę obronną, zaś Gwen powoli sięgnęła po łuk. Mordin cofnął się, starając się nie być zbyt gwałtowny, i wyciągnął swój cisowy kostur.
Towarzysze nie musieli długo czekać na atak. Bestia rzuciła się ku nim, lecz na szczęście nie mogła się równać szybkością z Asamitem. Dark przypadł do niej z boku i cisnął w skalną półkę. To jednak nie wystarczyło, gdyż zaraz potem berghart wyrwał się z jego łap. Dark odskoczył w tył, a w tym czasie Gwendolyn wystrzeliła salwę strzał. Stalowe groty nie mogły przebić grubej skóry potwora, lecz dzięki temu cofnął się kilka metrów. Fargoth zaś wykorzystał okazję i zamachnął Sapphirą. Z szafirowego ostrza wyleciał szeroki stożek lodu, który zmroził krew w żyłach bergharta. Całkowicie znieruchomiał, jednak nadal wściekle łypał oczyma na swoich przeciwników.
- Ostrożnie – powiedział komendant – Jak znam życie to zaraz się uwol – nie dokończył, bo już po chwili odłamki lodu poleciały we wszystkie strony jaskini. Berghart ruszył niczym torpeda i z całym impetem wskoczył na Fargotha, przyciskając go do ziemi. Zniewolony wilk ciął go w tchawicę, jednak to nic nie pomogło – od razu się zregenerował. Tak samo było z łapą. Zadziałało dopiero gdy Gwen wbiła strzałę w oko. Krew trysnęła na ravnos komendanta, który z pomocą Asamita podniósł się z ziemi.

- Jak my mamy go pokonać?? – zapytała Gwendolyn, nie kryjąc przerażenia.
- Chyba mam pomysł – odpowiedział w miarę spokojnie Mordin i zwrócił się do Fara – Spróbuj zmusić go do ustania na dwóch łapach. Gdy to zrobisz, jak najszybciej cofnij się w bok.
- Po co?? Co zamierzasz…
- Po prostu zrób to. Właśnie tu leci.
Far kiwnął głową, postanawiając zaufać alchemikowi. Berghart właśnie wybiegł by znów rozpocząć atak, a komendant zrobił to samo. Gdy dzielił ich tylko niecały metr, zdawało się, że wszystko stało się jednocześnie – Far przeturlał się pod stojącym na dwóch łapach potworem, Mordin kucnął i dotknął palcami kamiennej posadzki, a tułów bergharta przebił długi stalagmit uformowany przez starego Nordmandczyka. Ślepia bestii stały się nieruchome oraz zimne, zaś ciało po kilku sekundach wymierzonych przez kapnięcia kropel krwi upadło z łoskotem na ziemię.
- To już koniec – stwierdził Darkasurri.

- Ale… skąd wiedziałeś, że cios w serce zadziała??- spytał Fargoth, nie kryjąc zdumienia.
- Nie wiedziałem – odparł zupełnie szczerze alchemik – Zwykłe przeczucie.
Po tych słowach sięgnął do sakwy po flakonik i napełnił nim krew bergharta. Jednak gdy tylko podniósł się z ziemi, on i reszta druhów usłyszeli coś. Tym czymś były szybkie kroki. Po chwili zorientowali się, że należą one do ich kompanów.
- Mamy problem! – wrzasnął na powitanie Nirthi typowo skomandryckim akcentem. Far zauważył jego czerwone oczy. Do groty weszli za nim Arukar, Ragnar, Azrak i Gilbert, a na końcu… horda rozwścieczonych berghartów. Dużo mniejszych jednak od tego, którego przed chwilą zabił Mordin.
Dwa sztylety kapitana Świętej Gwardii przecięły na trzy kawałki nadbiegającego potwora. Gilbert swoim ostrzem oślepił jednego, po czym w jego cielsko wbił się młot Ragnara. Azrakowi także udało się powalić dwójkę. To było jednak za mało, gdyż wataha zdążyła ich już osaczyć ze wszystkich stron.
- Młody – zaczął Ragnar, dysząc ciężko – Uratowałeś mi życie… czemu?
- Jesteśmy drużyną. Bez względu na wszystko. Złota zasada Syndykatu.
- Ja… jestem twoim dłużnikiem. Kuźwa mać, jeśli wyjdziemy z tego cało to masz u mnie wódkę!

Gilbert uśmiechnął się tylko, ale nie zdążył nic powiedzieć. W oddali pojawił się nowy odgłos. Jakby świst. Chwilę później kilka bergharckich łbów ze sterczącymi w nich strzałami walało się po podłodze. W pomieszczeniu szybko znalazła się zgraja wilków różnej rasy i profesji. Wojowników, rycerzy, łuczników a nawet dwóch magów. Ekipa patrzyła z niemałym podziwem na widowisko, które zaraz potem się rozegrało. Syndykaccy agenci poruszali się niczym akrobaci, turlali się, robili przewroty, atakowali potwory z jednej i drugiej strony. W grocie zaroiło się od zbłąkanych strzał, cięć mieczy oraz zaklęć. Nad głowami drużyny pojawiła się przezroczysta bariera wyczarowana przez starszego z magów.

Przedstawienie nie trwało długo. Far i reszta widzieli już tylko brudne od krwi ciała potworów leżące bezwładnie na ziemi. Magiczna tarcza zniknęła nad ich głowami, a do nich samych podeszła dwójka wilków. Jeden ze srebrnym kordelasem, drugi z dwoma tanto wykonanymi z tego samego materiału. Morrawarczyk i Varrantczyk. Fargoth rozpoznał ich od razu.
- Berungar. Leto.
- Witaj, przyjacielu – usłyszał tylko z ust bagiennego wilka.
Nie próbował stawiać oporu. Bez żadnych ceregieli rzucił Sapphirę na ziemię. Ruchem głowy wskazał przyjaciołom by zrobili to samo. Posłuchali, choć niechętnie.
- Nie próbujesz żadnych sztuczek?- zapytał Berungar bez cienia kąśliwości – Chwalebnie.
- Mamy walczyć z piętnastoma świetnie wyszkolonymi agentami? Zmęczeni po walce z berghartami?? Nie, wolę już raczej klasyczne lamentowanie.
Odpowiedział mu uśmiech na ledwie widocznych od brody wargach oficera z Twierdzy Kruków.
- Ja tam bym nic nie miał przeciwko porządnej bijatyce – chrząknął twardo Ragnar.
- Ja tak samo- dodał Nirthi, nadal pod wpływem arpadium – Jeśli będzie trzeba, będę walczyć gołymi rękoma.

- Hashet? Masz jak widzę potężnych przyjaciół – stwierdził Berungar, nic sobie nie robiąc z gróźb. Przez dłuższą chwilę w sali panowała cisza. Wreszcie oficer zdecydował się powiedzieć komendantowi to, co od dawna chciał:
- Zawiodłem się na tobie.
- Posłuchaj Berungarze – zaczął Far – Cokolwiek usłyszałeś od Joheru to zwykłe kłamstwo.
- Joheru nie żyje. Zginął w tajemniczych okolicznościach.
Wiadomość ta kompletnie zamurowała Fargotha. Chciał już się spytać jak do tego doszło, lecz powstrzymał się i kontynuował temat:
- Nie mam żadnych dowodów na swoją niewinność. Jak na razie. Mam tylko świadka – mówiąc to, wskazał na Gilberta, który patrzył na Berungara z nienawistnym spojrzeniem – ale zapewne jego słowo ci nie wystarcza. Jeśli naprawdę musisz mnie zabrać… to przynajmniej daruj moim przyjaciołom.

- Komendancie, nie! – krzyknął Gil, a Gwen popatrzyła smutno w oczy Fargothowi. Ten jednak zwrócił się do przyjaciela z Twierdzy:
- No to jak będzie??
- Zawiodłem się na tobie, Fargoth – podjął po chwili Berungar – Zawiodłem się na tobie, na całej linii. Myślałem że jesteśmy kumplami. Czy naprawdę myślałeś, że jestem skłonny uwierzyć w to, że jesteś bratobójcą? Masz mnie za idiotę??
Te słowa tkwiły w umyśle Fara jeszcze przez kilka lat. Była to bowiem jedna z najlepszych chwil jego życia. Szczęśliwy i ze łzami w oczach podszedł żwawo do oficera, po czym obaj wymienili przyjacielskie uściski.

***

- A więc – zaczął Fargoth, zadowolony z wyjścia na powierzchnię – w Twierdzy Kruków mam poparcie?? Wierzą, że to nie ja?? – Oczywiście – Berungar twierdząco pokiwał głową – Aardon, Yean, Bonfiriczi… i wielu innych. Czemu się ze mną nie skontaktowałeś?? Mam przyjaciół na posterunkach w Lotrii i w Lasach Amebyjskich, mogłeś przez nich wysłać mi wiadomość.
- Gdybym wtedy wiedział jaka jest sytuacja… Poza tym potrzebowałem drużyny spoza organizacji. Kogoś, kogo mogłem być pewien.
- A poza tym – dodał Nir, do tej pory się nie odzywając – Masz też mnie i Aru.
- A co z tym całym Grixem?

- Eh… Czytałem raporty lotryjskich sił wywiadu. Tutaj pewnie już go nie ma, nie było też żadnych napadów takich jak w Varrancie. Pójdę z wami, a jeśli gdzieś natknę się na tego czerwonego sukinsyna… będziemy musieli się rozdzielić. Ale do tego czasu jestem z tobą. Jak za starych lat.

- Co do berghartów- Berungar zmienił temat- Moi magowie zbadali krew. Tak jak mówił twój alchemik, spowija ją aura ciemnej energii. Damy ją do przeanalizowania Korpusowi jak tylko będziemy w Herndall.
- Staruszkowi się to nie spodoba – burknął Far – Nie przepada za tamtymi alchemikami.
- Trudno, innego sposobu nie widzę. Gdyby twój brat żył, zwróciłbym się do niego. Do Kolegium raczej mnie nie wpuszczą.
- A kto powiedział, że Irving nie żyje? – rozległ się gruby, donośny głos.
Wszyscy trzej obrócili się w kierunku wzgórza porośniętego przez dzikie, lotryjskie kwiaty. Stał na nim brązowy wilk ze stojącymi do góry włosami. Miał na sobie fioletowy uniform z namalowanym rubinowym smokiem.

Irving stał i uśmiechał się. Najdziwniejsze było to, że jego oczy płonęły złotym ogniem.

by Rayman
Maj/Czerwiec 2011