Wśród wysokich modrzewiów i dębów pokrytych twardą, starą korą, wśród cichego śpiewu wróbli, wśród plusku wody wywoływanego przez ryby, pojawiła się znikąd tajemnicza postać. Towarzyszył jej oślepiający blask złotego światła. Postać owa rozejrzała się, po czym lekko wzruszając ramionami, ruszyła przed siebie. Wiewiórka, której największym zmartwieniem było do tej pory rozgryzienie orzecha, przyglądała się teraz osobliwemu wilkowi.
Mężczyzna miał stojące do góry włosy, które przyprawiały o ciarki na plecach, ponadto jego wzrok był zimny, zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek radości czy szczęścia. Ubrany zaś był w fioletowy uniform z namalowanym rubinowym smokiem. Smoka tego nazywano Uroborosem, lecz rudy zwierz tego wiedzieć nie mógł. Ostatnią rzeczą przykuwającą uwagę okazał się miecz zawieszony na plecach wilka. Lśnił w blasku jesiennego słońca, a na ostrzu dało się zobaczyć wyryte jakieś skomplikowane znaki – runy.

Wilk przerwał marsz i obejrzał się w stronę wiewiórki. Ta, zlękniona, skuliła się i ukryła wzrok w swojej rudej kicie. Jednakże Irving popatrzył na nią przez chwilę i ruszył w dalszą drogę. Mały zwierz powrócił do swego orzecha.
- Miałeś mnie ostrzegać tylko przed wilkami.
Głowa Irvinga zapulsowała i stała się gorąca jak lawa. Czuł się inaczej, jak zwykle gdy to robił. Był Irvingiem, ale także kimś jeszcze. Drugim bytem, nie z tego świata. Przymknął na moment oczy, a po chwili ukazał się mu jego sheol. Nie towarzyszył mu jednak ból brzucha, charakterystyczny dla demona. Był tu mieszkańcem, to był jego dom.
- Wybacz ty – odpowiedział mu tubalny głos dochodzący zza jego pleców. Odwrócił się i ujrzał ogromną, śnieżnobiałą, bijącą złotym światłem postać. Przez scomandr nazywaną mallahem.
- Nie potrafię… orientować się. W świecie twoim. Inny jest. Taki… fizyczny. Tak magii niewiele. W porównaniu do Niebieskiego Piasku krainy.
- Wiem – odpowiedział Irv, powoli odzyskując kontrolę nad ciałem oraz umysłem i kontynuując marsz – Ale i tak jest lepiej od przełamania Kodeksu. Rodzi się więcej magów.

- Ten pamiętam dzień. Sheol zatrząsł się, od mocy przez pierwszych scomandr spisanej. Wtedy mallah… niepokorny Serakhiel, do bogów powrócił.
Przez dłuższy czas nie rozmawiali. Nosferacki mag szedł wzdłuż rzeki, pogrążony w myślach. Spoglądał ukradkiem na ławicę karpi. Poczuł głód, gdyż od paru dni nie miał nic porządnego w ustach. Jednym, krótkim zaklęciem sprawił, że ciało jednej z ryb wypłynęło bezwładnie ku górze. Przywołał je do siebie kolejnym czarem, a następnie zajął się szukaniem chrustu. Nie zeszło mu z tym długo. Gdy palenisko było gotowe, pstryknął palcami, z których posypały się iskry. Już po chwili karpik piekł się na ognisku.


Irving siedział i patrzył bez słowa. jak jego posiłek przyrumienia się z jednej i drugiej strony. Słońce stopniowo zostało zakryte przez szare chmury, pojawił się też lekki wietrzyk. „Niedługo będzie padać” – pomyślał Irv.
- Przyjacielu – donośny głos znów odezwał się w jego głowie, a on znów ujrzał Niebieskie Piaski - Mi powiedz ty. Co martwi cię?
- Wydaje mi się – odpowiedział po dłuższej chwili, po czym uciekł wzrokiem w siną dal – że nie powinienem zostawić wtedy Fara, Urielu.

***

Twarze trzech wilków, spoglądających na maga Irvinga, wyglądały w tym momencie przezabawnie. Oczy wyszły im na wierzch, zaś brody opadły na sam dół. Najbardziej zdziwiony był Fargoth.
- Ty żyjesz… Jak to możliwe… Przecież…
- Ty Fargoth Saphir III jesteś z klanu Nosferata, Twierdzy Kruków komendant i Sapphiry władca?? – zapytał grubo i donośnie Irving, a Far wzdrygnął się. To nie był jego głos.
- Ten tu Irving, brat twój z ojca jednego, przesyła pozdrowienia i chce…
Nie zdążył powiedzieć. Irv, a przynajmniej to co nim było, chwyciło się za czoło, jakby dostało ataku gorączki. Sekundę później jego oczy przestały świecić. Rozluźnił się i mruknął sam do siebie, tym razem swoim głosem:
- Sam to załatwię, Urielu.
- Oficer Irving? – tym razem głos zabrał Berungar – Ale przecież… A więc kto leży pochowany na cmentarzysku Nosferów??
- Mój personifikat. Moja kukła. Podobna do tej, jaką robili Giovanni… To zresztą nieistotne – mówiąc to spojrzał głęboko w oczy Fargotha.

Ten zaś całą tą sytuacją był lekko zaniepokojony. Czuł teraz wszystko równocześnie – radość, nadzieję, zdumienie, strach. Dwaj bracia pożerali się wzrokiem, żaden się nie odzywał. Pierwszy przełamał się Far:
- Jak to możliwe, że żyjesz?? Na własne oczy widziałem jak…
- To skomplikowane. Powiedzmy tylko, że pewien anioł stróż uratował mi życie.
- O czym ty gadasz??
- Żałuję, że nie mogę ci powiedzieć. Muszę odejść. Jestem poszukiwany. Nie wiem przez kogo, ale chcę się dowiedzieć.
- Możesz nam pomóc, nasze cele mogą być zbieżne – powiedział milczący do tej pory Nir, nie chcąc się wtrącać do spraw rodzinnych.
- Nie… Nie chcę ryzykować. Z tego co wiem Far też jest poszukiwany. Zarówno przez Syndykat jak i… tych drugich. Chciałem się z tobą spotkać… – tu głos mu się zawiesił. Nerwowo przełknął ślinę, po czym mówił dalej – Chciałem, żebyś przestał się martwić. Obwiniać się o to co się stało.
- Ty… martwiłeś się o mnie – Far jeszcze bardziej się zdumiał – Kim jesteś i co zrobiłeś z moim bratem?
Na wargach maga zatańczył uśmieszek. Szybko jednak spoważniał.

- Muszę iść. Nie bój się o Sephorę i bratanków, są bezpieczni. Trzymaj się bracie. Bywajcie – Berungarze, Nirthi – ukłonił się. Zaraz potem błysnęło i w miejscu gdzie stał Irv nie było już niczego ani nikogo.
Dwaj Morrawarczycy i Varrantczyk przez jakiś czas stali w milczeniu. Słońce powoli zaczęło wschodzić zza horyzontu. Usłyszeli też pianie koguta.
- Chcesz… zostać sam? – zapytał w końcu Nir.
- Idźcie – odpowiedział po chwili ze spuszczoną głową – Niedługo dołączę.

***

- Tak – powtórzył Irving, dokładając suchą gałąź do ogniska – Myślę, że powinienem wtedy z nim zostać.
- Nie chciałeś na niebezpieczeństwo narażać go – odpowiedział mu głos, nazwany Urielem – Postąpiłeś szlachetnie ty.
- Razem mielibyśmy większe szanse. Szarak miał rację, nasze cele mogą być zbieżne. W końcu to z mojej przyczyny Far jest ścigany…
- Nie obwiniaj się ty. Wiedzieć nie mogłeś.
Deszcz rozpadał się już na dobre. Ogień stopniowo przygasał, choć Irv podtrzymywał go przy pomocy magii. Kątem oka zauważył usłane z palmowych liści leże. Mieściło sie wśród gąszczu pobliskich drzew. Prawdopodobnie należało do tutejszego wilka. Nie mając żadnego wyboru, ruszył w jego kierunku. Leże okazało się jednak wygodne i przyjemne, poza tym gałęzie drzew były tak długie i szerokie, że skutecznie chroniły przed wodą deszczową. Irving ułożył się na plecach i poczuł, jak oczy mu się zamykają. Deszcz zawsze go usypiał.

- Wiesz Urielu – zaczął, przecierając powieki – Nie miałem jeszcze okazji by ci podziękować.

***

- Gdzie… gdzie ja jestem… – wydyszał, rozglądając się wokół. Po chwili już zrozumiał. Niebieskie wydmy, burze piaskowe szalejące w oddali, konary rozłupanych drzew gdzieniegdzie, odwrócone korzeniami do góry – był w swoim sheolu. Rana w sercu, nie wiedzieć kiedy, przestała boleć. Czuł się jednak nadal słaby, a nawet słabszy niż wtedy gdy Far i jego wilki niosły go przez las. Nie dziwił się – w końcu był scomandr.
Nagle poczuł czyjąś obecność, czyjeś ciepło. Tajemnicza, opiekuńcza siła wypełniła jego ciało. Wnet ustąpił ból, a krew przestała się sączyć z rany. Podniósł lekko głowę do góry i ujrzał coś niezwykłego. Olbrzymią, śnieżnobiałą istotę bijącą złotym światłem. Po raz pierwszy od kilku lat ogarnął go strach.
- Nie bój się ty – usłyszał – Ty bezpieczny ze mną.
- Kim… Czym ty jesteś…? – wychrypiał Irv, nadal zdziwiony i zlękniony – Czy ja umieram?
- Nie – odpowiedź padła bardzo szybko – Gdybyś umierał ty… wtedy Strażnik  przyszedłby
- Że co??
- To nic. Nieistotne. Wezwałeś mnie tu, ty. Swoją magią. Podświadomie.
- Yhh… – Irving podniósł się na dwie nogi, wykorzystując to, że ból złagodniał – Jak to możliwe, że jesteś w moim sheolu?

- Jak mówiłem ja. Wezwałeś ty mnie tu. Dano szansę tobie. Tobie i mnie.
- Jaką szansę? O co chodzi?? – Irving coraz bardziej czuł, że narasta w nim frustracja i zirytowanie, a znika wcześniejszy lęk.
Mallah sapnął ciężko, co miało chyba sygnalizować te same uczucia. Uniósł rękę, a w jego dłoni zmaterializował się jakiś obraz. Irv zmrużył wzrok i ujrzał, jak na Fara rzucają się wojownicy Nosferatu. Obraz szybko rozmył się, a mallah z powrotem skierował swoje głębokie, złote ślepia na maga.
- Twój brat, z ojca jednego, został niesłusznie oskarżony. To ty miałeś tam być tak naprawdę…
- … a Fargoth miał być martwy – dokończył z kamienną twarzą Irv.
- Pomogę ci. Wykorzystując mallaha moc i magię twoją wrócisz do świata swego. Połączeni będziemy od chwili tej. Będziemy… jak śmiertelnik mawia… Partnerami.
- Czemu niby chcesz mi pomóc?
- Aby odkupić winy swe. Tak jak brat mój, Serakhiel, do Nieba móc wrócić chcę.

***

- Zawarliśmy wtedy pakt – dokończył mag, ziewając głośno – Od tej chwili obaj jesteśmy ze sobą połączeni. Jestem pierwszym na świecie magiem – nie władcą cieni – który ma dostęp do sheolu. I będzie to trwało, póki nie ukarzemy tych, którzy wrobili Fara w ten spisek.

- Tak rzekłeś ty. Irving? Irving???
Irving nie słyszał już Uriela. Po swoich ostatnich słowach drzemał już jak niemowlę. Deszcz zaś nie przestawał padać.

***

Następnego dnia pogoda nie była wcale lepsza. Mag i mallah milczeli, idąc smętnie przez mady bagiennych, lotryjskich lasów. Przechodzili nieopodal jeziora Gwerrs, do którego wpadała znajdująca się w oddali rzeka Lane. Irv zauważył jak pod wpływem deszczu poziom wody niechybnie się podnosi.
Od rana zachowywali szczególną ostrożność. W nocy słyszeli wycie tajemniczych stworzeń, a po śniadaniu, składającym się głównie z kilku pomarańczy, nosferacki nos Irvinga pochwycił ich zapach. W powietrzu mieszała się woń berghartów, strzyg, kikimor i draugenów.

Irving i jego towarzysz starali się obierać taką trasę, aby nie wpaść na któreś z nich. I udawało im się to, przynajmniej do południa.
- Może te potwory odstraszą naszych „znajomych” – powiedział Irv, gdy dochodziła godzina dwunasta czasu słonecznego – Ten lisowczyk i jego biały kumpel już od jakiegoś czasu nas nie nękają.
- Ale ci drudzy. Magowie – Uriel nawiązał połączenie, wokół Nosfera znów pojawiły się niebieskie wydmy – W nocy jednego z nich czułem obecność. Baczności my się miejmy.

- Wydaje mi się, że powinniśmy przestać przed nimi uciekać. W końcu to ten lisowczyk wbił mi strzałę w pierś. A ci magowie to pewnie jego kumple. Skoro mamy się na nich zemścić, zróbmy to…
W pewnej chwili przestał mówić, gdyż przez ułamek sekundy dało się słyszeć czyjś głos. Po chwili głos stał się bardziej słyszalny. Irving wytężył swój zmysł węchu. Poczuł młodą, amebyjską kobietę. A także, ku swemu niezadowoleniu, gromadę strzyg.
Z całych sił pobiegł naprzód, w kierunku gdzie zapach osiągał apogeum. Przeskoczył konary powalonych drzew, przebiegł przez pajęczyny i tym sposobem znalazł się na niedużej polanie. To co zobaczył zmroziło mu krew w żyłach.

Samotna łuczniczka dzielnie, lecz bez większych efektów odpierała atak hordy trupiobladych, strzygopodobnych bestii z odnóżami jak u wielkiego pająka. Kikimory. Posyłała im salwę za salwą, lecz mimo to strzygi szły nadal, ze strzałami sterczącymi w ramionach, brzuchach i głowach. W końcu nastąpiło nieuniknione – w kołczanie zabrakło następnych strzał. Kobieta już sięgała po swój miecz, lecz uprzedził ją Irving.

Z wyciągniętej do przodu ręki wyleciała fala ognia, zalewając najbliższą ze strzyg. Całe jej ohydne cielsko stopiło się w płomieniach. Po chwili została z niej tylko kupka popiołu. Nosferacki mag wyciągnął srebrny, syndykacki miecz, który również stanął w ogniu, po czym rozpoczęła się krwawa zabawa. Za każdym razem udało mu się ciąć w serce, przez co strzygi zamieniały się w żywe pochodnie. Uderzał bezlitośnie, pomagając sobie stożkami ognia wyczarowanymi przez siebie. Gdy ostatnia z potworzyc skąpała się w blasku magicznych płomieni, Irving zgasił ogień na mieczu, przełożył go na plecy i odetchnął głośno.

Zauważył, że uratowana przez niego wilczyca patrzy na niego z rozdziawionymi ustami. Wydawało mu się że skądś ją znał. Zaraz sobie przypomniał, spoglądając na jej mundur. Członkini Oddziału Szturmowego.
- Of… Oficer Irving? – spytała z niedowierzaniem.
- We własnej osobie – wysapał mag, nie kryjąc uśmiechu – Nie sądziłem, że spotkam tu kogoś z Twierdzy Kruków.
- A ja nie sądziłam… że spotkam tu ducha. Mówili, że pan… no, nie żyje.
Irving nie przestawał się uśmiechać. Spuścił jednak głowę w dół. Miał głęboką nadzieję nie spotkać na razie nikogo z Syndykatu.
- Co teraz?- zapytał w jego umyśle Uriel.
- Żyję, jak zresztą widać, i mam się dobrze – widząc jednak, że łuczniczka jest naprawdę zdziwiona obecną sytuacją, Irv dodał – Dobrze, chyba trzeba ci wyjaśnić to i owo…. Ale wpierw powiedz jak się nazywasz? Wiem, że jesteś z Oddziału Szturmowego.
- Merrill. To moje imię.

***

- A więc- powiedziała, gdy Irving skończył swoją opowieść – to co mówił Joheru i Rada Syndykatu to stek bzdur, tak? – Oczywiście. Chyba nie uwierzyłaś, że Fargoth zabiłby brata?
- Nie!! Oczywiście, że nie!! – zaprzeczyła szybko, o mało nie spadając z pnia.
Zamieszała jeszcze raz łyżką w zupie, po czym nalała oficerowi do czegoś, co miało przypominać talerz. Ten skinieniem głowy podziękował i zabrał się za jedzenie.
- Proszę mi wybaczyć – powiedziała po chwili, oblizując mokre wargi – Ale… od kiedy stał się pan taki wyrozumiały i miły wobec komendanta Fargotha? Niezbyt się lubiliście w organizacji, a słyszałam też, że jak był jeszcze młody to…
- Powiedzmy – przerwał jej i odstawił talerz – że czasem pewne czynniki potrafią zmienić punkt widzenia na świat.
- Nie do końca rozumiem…

- To nic. Nie zaprzątaj tym sobie swojej ślicznej główki.
Merrill zarumieniła się lekko i odwróciła wzrok. Nie uszło to uwadze Uriela, który chrząknął lekko, aż zaszumiało Irvingowi w głowie, natomiast on sam uniósł lekko brwi.
- Uważa pan, że jestem… ładna?


- Cóż… Jesteś atrakcyjną dziewczyną… Ale od razu uprzedzam, że jestem żonaty i mam duuuużo dzieci.
- Aha… Przepraszam, nie powinnam tak przy panu…
Spuściła głowę w dół, starając się ukryć zażenowanie. Irv chciał coś powiedzieć, ale w porę ugryzł się w język. Zamiast tego sięgnął po łychę i zaczął nalewać sobie dokładkę.
- Panie oficerze… – zaczęła niespodziewanie Merr, na co mag odruchowo zaprzestał nakładania zupy – Czy sądzi pan, że jestem dość kobieca? No wie pan, taka, żeby podobać się chłopakom?
W odpowiedzi na to Irv westchnął przeciągle. „Dobra, tego to nie lubię” – pomyślał, na co Uriel w jego umyśle tylko wzruszył ramionami.
- Merrill – zaczął, podczas gdy ona słuchała go zawzięcie – Gdybym nie był żonaty… chciałbym mieć właśnie taką dziewczynę jak ty. Skromną, silną, lojalną. Widzisz, ja należę do tej nielicznej grupy facetów, którzy nie lubią zbyt wyluzowanych dziewczyn – na chwilę zawiesił głos, lecz po chwili dodał – Jestem przekonany, że kiedyś ktoś doceni cię taką, jaka jesteś.

Uriel chrząknął z aprobatą, choć oczywiście ona tego słyszeć nie mogła. Promieniowała jednak szczęściem i była tak zamyślona, że nie zauważyła jak z kieszeni wyleciał jej zwój pergaminu, spadając prosto do ogniska. Gdyby nie szybka interwencja Irvinga, który w porę zgasił ogień, być może ten dzień potoczyłby się zupełnie inaczej. Tak się jednak nie stało.
Irv podniósł ów papier, który zdążył się przypalić po bokach. Jednym, prostym zaklęciem przywrócił go do poprzedniego stanu. Już chciał go podać Merrill, gdy wtem spostrzegł coś co go zaciekawiło – podpis rektora Kolegium.
- Mógłby mi pan to oddać? – poprosiła niepewnie Amebyjka – Ten dokument… on ma trafić bezpośrednio w ręce oficera Aardona.


Irving jednak już jej nie słuchał. Bez reszty pochłonął się lekturze. Uriel upomniał go, lecz na niewiele się to zdało. Mag czytał dalej, a gdy skończył minę miał jak wyjętą z grobu.
- Skąd to masz? – spytał bez ogródek.
- Ja… naprawdę nie powinnam.
- Merrill, powiedz mi skąd to masz.

- No… No, dobrze. Jakiś tydzień temu byłam wraz z porucznik Yean w Herndall, cały nasz oddział został rozgromiony przez chmarę strzyg i zostałyśmy tylko my dwie… W każdym razie porucznik, gdy była w syndykackim szpitalu natknęła się na to. Rozkazała mi tego nie czytać i przetransportować do jej brata. No i to w sumie cała historia.
- Nie wie ona – odezwał się niespodziewanie smutno mallah – Przełożona jej. Na Niebieskich Piaskach czuję ślad. Sheol przeszła ona.
„To poczeka” – pomyślał Irv i zamyślił się. „Wiedziałem, że już od jakiegoś czasu Kolegium współpracuje z Korpusem Alchemicznym nad jakimiś sprawami… Ale coś takiego… To niesamowite”.
- Czemu się z tym nie pospieszyłaś?? Na tych szlakach, a później wzdłuż rzeki Morr byłabyś we dwa dni w Twierdzy.


- Pan nie wie? W tych stronach aż zaroiło się od plugastwa wszelkiej maści. Na pewno wyczuł pan kręcące się w okolicach bergharty i draugeny. No i widział pan ten… dziwny rodzaj strzyg z odnóżami jak u pająka. Podobno nie tylko tu tak jest. Mówi się o coraz większej liczbie potworów w różnych miejscach na kontynencie. W pojedynkę nie mam szans dotrzeć do Twierdzy. Szukam drogi okrężnej, ale na razie bez powodzenia, wciąż natykam się na te monstra…

Nosferacki mag znów zaczął się nad czymś zastanawiać. W oddali słychać było żałosne zawodzenie jakiegoś zwierza. Uroku dodawał jedynie fakt, że przestało padać.
- Chwyć moje ramię – polecił nagle łuczniczce.
- Ale po co??
- Nie zadawaj pytań. Chcę cię gdzieś zabrać.
Merrill, nadal bardzo zdziwiona i zdezorientowana, posłusznie dała się wziąć pod ramię. Lada moment błysnęło złote światło i na polanie nie było nikogo.

***

Nevran nie był tego dnia w nastroju. Nie dość, że tym razem nie wpuścili go do klasztoru, to jeszcze musiał wynieść się z karczmy, bo jak twierdził gospodarz „nie zapłacił mu za poprzedni nocleg”. Podenerwowany, szedł pustymi uliczkami miasta Gox. Było jeszcze bardzo rano, ale jemu to odpowiadało – wciąż nie mógł przywyknąć do światła słonecznego.
Zapatrzony w chmury na niebie, minął główną bramę oraz śpiących przy niej strażników. Jakaś sowa, być może puszczyk, przeleciała mu nad głową, gdy ten ostrożnie stąpał po pokrytej lodem, stromej ścieżce. Nevran wiedział, że w Gox nie ma już żadnych wolnych lokali, dlatego postanowił przenieść się do chatki byłego zielarza, tutejszego bohatera powstania niewolników. Nim jednak zdążył przypomnieć sobie drogę, usłyszał za sobą wysoki głos:

- Więc tu się jednak skryłeś Nevranie. Mistrz Krwi jak zwykle dobrze cię przewidział. On zawsze wszystko przewiduje.
- Niech zgadnę: Akolita? – Nev obrócił się i spojrzał w górę. Na jednej z dwóch wież stał młody, zamaskowany wilk. Z wyglądu Morrawarczyk lub Lotryjczyk. W dłoni dzierżył oślepiający oczy miecz. Syndykacki. Niczym modliszka wyskoczył i wylądował za Liończykiem, na tle wschodzącego słońca nad nordmandzką puszczą.
- Zwą mnie Zwinny. Mistrz był bardzo niepocieszony kiedy od nas uciekłeś. Bardzo, ale to bardzo niepocieszony. Wysyła więc do ciebie pytanie czy zamierzasz wrócić… po dobroci?
- Hah… Posłuchaj mnie dobrze, Zwinny. Nie zamierzam być znowu kukłą tego manipulanta. I tobie radzę to samo: odejdź od niego, póki masz jeszcze czas.
Zwinny milczał przez długi czas, patrząc ni to z politowaniem, ni to z ciekawością na władcę cieni. Nevranowi nie były potrzebne jednak jego słowa by zrozumieć, że jego przekonywanie jest bezcelowe.

- Widzę, że jednak nie będzie po dobroci – powiedział, po czym zaczął powoli podchodzić do Liończyka. Ten jednak nie zamierzał się dać łatwo – już po chwili uformowana w błyskawicę energia sheolu pędziła w stronę Akolity. Odbił ją zgrabnym ruchem srebrnego miecza, co dało Nevranowi szansę na ucieczkę. Rzucił się na lód i po krótkiej chwili zjechał na sam dół. Zwinny jednakże nie dał za wygraną – wyskoczył, dosłownie przeleciał na tle nieba i stanął na polanie, naprzeciwko uciekiniera, który upadł, uderzony w szczękę.
- Daj spokój, władco cieni – powiedział obracając w ręku mieczem – Myślałeś, że tak łatwo uciekniesz? Musisz być naprawdę zdesperowany.
Nev, wściekły zarówno na siebie jak i na przeciwnika, powtórzył swoją sztuczkę. Kula energii znów poleciała na Zwinnego, a on znów ją odbił. Tym razem jednak Liończyk nie uciekał. Zdecydowanie podbiegł do Akolity, by po chwili wymierzyć w niego pierwszy cios.
- Bułat? Tradycyjna broń Czerwonych Psów – powiedział brązowy wilk, wykonując proste uniki – Ale zapewne słyszałeś, że to syndykackie miecze, wyrabiane przez Ravnosów z tremeryjskiego srebra oraz wzmacniane różnorakimi runami są najpotężniejszymi broniami na kontynencie. Phi, jasne, że słyszałeś. Nawet ty musisz wiedzieć co nieco o Syndykacie, mimo że tyle lat żyłeś w odosobnieniu.

- Przestań gadać! – ryknął Nevran i coraz zacieklej uderzał. To jednak rozbawiło Zwinnego, który nie przestawał mówić:
- Mój kolega powiedział mi kiedyś, że rozmowa podczas walki zwiększa szansę na zwycięstwo tego, kto rozmawia. To podobno przynosi szczęście.
- Nie zwykłem wierzyć w przesądy – syknął, po czym schylił się przed klingą Akolity i przymierzył się do cięcia w nogi. Nie trafił jednak – Zwinny po raz kolejny wykorzystał swoją zwinność, aby przeskoczyć nad nim i z szybkością godną najlepszego szermierza ciachnął Nevrana w biodro. Władca cieni upadł w śnieg, skulony i obolały. Widział jak jego soki wypływają i zabarwiają biały dywan Nordmandii. Mimo swej woli jęknął żałośnie.
- Nie lamentuj tak – Zwinny podszedł do niego i zwrócił swoje zimne oczy ku oczom Liończyka – Przecież wiesz, że się nie wykrwawisz. Kamień ci nie pozwoli. W odpowiedzi otrzymał falę energii Niebieskich Piasków. Z szybkością geparda obronił się, po raz kolejny, ostrzem. Nevran jednak nie kończył. Z całych sił starał się przebić do twarzy wilka. W pewnym momencie jednak poczuł silne, gorące uderzenie w plecy. Czuł jak jego ciało bezwładnie odlatuje. Poczuł też jak przywala plecami o korę drzewa, po czym upada w kałużę. Wzrok mu się zamglił, lecz zdołał zobaczyć drugą postać przy Zwinnym. Postać ubraną w czerwone szaty i z rudą kitą. Postać, którą kiedyś dobrze znał.

- Dałbym sobie radę sam, Greed. Niemniej dziękuję.
- A więc jeden piesek jest już na smyczy. Pozostało jeszcze trzech.
Nevran próbował wstać, ale bezskutecznie. Poczuł ogarniającą go senność i po chwili zupełnie oddał się temu uczuciu.

***

Błysk złotego światła. Dwie postacie pojawiające się na stromym klifie. Ich oczom ukazuje się niebieska otchłań oceanu.
- Co… co to było? – Merrill ciągle nie mogła dojść do siebie. Kręciło się jej w głowie i zbierało na wymioty – Przez chwilę myślałam… że widzę coś niebieskiego… Gdzie my właściwie jesteśmy?
- Chyba teleportowałem nas trochę za daleko – Irving zaczął rozglądać się za siebie. Wokół widzieli tylko luźne knieje – Chodź, przebiegniemy się trochę. Amebyjka posłusznie usłuchała. Już po chwili pędzili jak atleci, podziwiając o drodze urok krajobrazu. Merrill nadal nie mogła się domyślić gdzie są, choć stawiała na północną Lotrię. – Jak pan to zrobił? – spytała, starając się wyrównać tempo z oficerem. Bez wątpienia była od niego szybsza. – Chodzi ci o teleport? Cóż… to taka sztuczka, której niedawno nauczył mnie przyjaciel.

- Nie znam się na magii, ale… podobno nikt jeszcze nie stworzył takiego zaklęcia. Nikomu się nie udało.
Irv chciał już odpowiedzieć, że to długa historia, ale wtem spostrzegł to, co spostrzec chciał. Jego towarzyszka aż oniemiała z zachwytu.

- Czy to… to o czym myślę??
- Jak najbardziej. Oto masz przed sobą Kolegium Taumaturgii.
Za warstwą wysokich dębów i klonów, na tle zachmurzonego nieba stała wieża-forteca. Nie mogła umknąć uwadze żadnego statku, nie tylko przez ogromną wysokość, lecz też przez swój kolor. Cała wykonana była z czarnego jak węgiel kamienia. Jej masywna budowa sprawiała, że wyglądała przerażająco, lecz potężnie.

- Podejdźmy trochę bliżej – zaproponował Irving.
Merrill kiwnęła głową z aprobatą i lada moment znów biegła z oficerem. Nie czuła się zmęczona, była zbyt podekscytowana by znać to uczucie. Po raz pierwszy zobaczyła miejsce, gdzie magowie, czarodzieje, szamani, guślarze i inni znawcy magii zgłębiali wiedzę o sztukach tajemnych. Wiedziała, że na tą wyspę normalne wilki nie mają wstępu, z Syndykatu zaś tylko nieliczni wtajemniczeni. Wstęp wolny mieli natomiast członkowie klanu Tremere, którzy pomogli w stworzeniu tego miejsca.

- Jesteśmy – powiedział Irv, nie kryjąc dumy i wyrywając swoja towarzyszkę z zamyślenia. Stali właśnie na początku usypanej kamieniami dróżki, która wiodło prosto ku bramie tego wspaniałego miejsca, które miała przed sobą. Jeszcze wspanialsi byli tylko jej strażnicy – kamienne istoty z kryształami przy ramionach, trzymające w swoich grubych łapskach halabardy. Golemy.
- Cóż… – zaczął Irv – Tu nasze drogi się rozchodzą…
- Co? Nie rozumiem.
- Na wschód stąd, jakieś dwie mile konkretnie, znajduje się chata przewoźnika. Powiedz mu, że… – tu mag zamyślił się na chwilę, jednak szybko począł kontynuować – Powiedz mu, że pani Huana przesyła pozdrowienia i prosi o twój transport. Przewiezie cię do posterunku w Tortudze, a stamtąd jestem pewien, że bezpiecznie dotrzesz do Twierdzy. A… i zanim pójdziesz – Irving zawahał się. Nie wiedział, czy jej powiedzieć.
- Zrób to – podpowiedział mu Uriel – Wiedzieć powinna ona.
- Twoja pani porucznik… Eh, cóż…. Nie żyje. Przykro mi.
Merr spojrzała na niego z wielkimi oczyma, co tylko bardziej go skołowało. Zaraz potem jednak, o dziwo, doszła do siebie. Milczeli jakiś czas, spoglądając na odlatujące mewy.

- Ja… spodziewałam się tego – na te słowa zarówno Irving, jak i Uriel zdziwili się niezmiernie – Wtedy, gdy mnie odsyłała… coś w jej głosie mówiło mi, że tak może być… Mimo to, to wielka strata. Była moją mentorką…
Amebyjka niepewnie podeszła do maga, by po chwili znienacka dać mu całuska w policzek. Ten nie zauważył, że i na lewym, i na prawym pojawiły mu się rumieńce.
- Jeszcze raz dziękuję. Za uratowanie mi życia i za ten transport… Jak najszybciej udam się do oficera Aardona i dostarczę mu to… Przynajmniej tyle mogę zrobić dla porucznik Yean…
- Jesteś naprawdę świetną dziewczyną Merrill. Kiedyś jakiś mężczyzna na pewno cię doceni.
Merr podziękowała skinieniem głowy, z uśmiechem na twarzy, po czym jak antylopa pobiegła w kierunku wskazanym przez Irvinga. Ten patrzył na jej oddalającą się sylwetkę, aż zupełnie znikła.
- Co teraz?
- Zamierzam złożyć wizytę rektorowi. Ale najpierw…
- Pytałem ja, jak tam dostać chcesz się.

- Teoretycznie, golemy powinny mnie wpuścić. Wpuszczają każdego maga zarejestrowanego w archiwum Kolegium. Ale takie otwarte wejście… wzbudzi zbyt dużą sensację.
- Więc co zrobimy my?
- To co zwykle, mój przyjacielu.
Błysk światła i po Irvingu nie było ani śladu.

***

Kilka minut później nosferacki mag stąpał na paluszkach po wąskim korytarzu. Mijał znajdujące się obok pracownie dla młodych adeptów, sprawdzając przedtem czy nikogo w nich nie ma. Na szczęście w każdym z pomieszczeń było pusto.


Korytarz zaprowadził go na balkon znajdujący się w ogromnej sali. W dole zauważył grupę uczniów prowadzonych przez nauczyciela. Ominęli posąg jakiegoś Tremere i skierowali się do kręconych schodów. „Całe szczęście nie wchodzili tu, na górę”, pomyślał Irv, po czym kontynuował marsz na przód. W porę zdążył schować się za marmurową kolumną, gdy spostrzegł, że zza stalowych drzwi przez które wyszli uczniowie, wychodzą teraz dwie kobiety.
Jedną z nich znał bardzo dobrze. Meva, szamanka i zdolna uzdrowicielka z zebropieskiego plemienia Tele-Fele. Druga była znaną przez adeptów guślarką, surową i wymagającą.
- Mówiłam ci! – syknęła, wymachując przed zebropieską zwojem papieru – Mówiłam ci, żeby trzymać swojego kruka, gdzie ani uczniowie, ani reszta nauczycieli nie będą mieć oko na wysyłki!

- Cichajtu ti bić – Meva nie pozostała dłużna koleżance i też oblała ją lodowatym wzrokiem – Ja nie panimaju pa cóżto co zgadzaju na to wszytko. To, ćego wy żądaju… Co wyrabiata z Korpus…
- Sama się zgodziłaś brać w tym udział! Nie ma już żadnych wykrętów. Przedstawiciel z Korpusu zażądał tylko paru kruszców alchemicznych. Orichalcum. Topaz. Rubin. Lyrium. Złoto Tremeryjskie. Nie poradziłaś sobie z tak łatwym zadaniem!
- Bo Meva nadaju uważaju to co rabity rektoru złe bić.

- Rektor… – wycedziła guślarka i pogroziła Mevie palcem. Irving zaś nadal obserwował z bezpiecznej odległości, tak by żadna go nie zauważyła – Rektor pragnie dla nas lepszej przyszłości. Dla wszystkich magów – to mówiąc, chwyciła zebropieskę za gardło i pociągnęła ku sobie.
- Powinniśmy coś zrobić.
- Ćśś….

- Rektor, ani żaden z jego sprzymierzeńców, w tym i ja, nie pozwoli nikomu zaprzepaścić takiej szansy. Nigdy! Dlatego lepiej bierz się do roboty! Jeszcze będziesz nam dziękować.
Meva posłusznie pokiwała głową. Po chwili obie zniknęły za stalowymi wrotami.
- Coraz bardziej mi się to nie podoba – mruknął Irv, po czym, upewniwszy się, że nikt więcej nie idzie, poszedł dalej.
Minął za sobą sale lekcyjne i pokój nauczycielski. Szybkim krokiem dotarł do kręconych schodów umieszczonych wgłąb ściany. Przez chwilę myślał intensywnie, starając przypomnieć sobie plan fortecy, po czym zdecydowanie ruszył w górę.
- Miejsce to. Jest pierwszym chyba w świecie twoim, które w sobie tyle magii ma. Ją czuję. Słyszę pieśń jej słodką.

- To miejsce, gdzie magowie zgłębiają swoje moce, więc nie ma w tym nic dziwnego.
- O tym wiem . Ale to odmiana miła.
Irving wkroczył na ostatni stopień schodów dopiero po kilku minutach. W tym czasie on i Uriel podziwiali kolorowe witraże przedstawiające klan Tremere pomagający wilkom w budowie tego miejsca.
- Tremere… Taumaturgią scomandr władający, magią mroczną i demoniczną. Czemu to miejsce wilkom podarowali?

- Cóż… Można powiedzieć, że to był ich „prezent” na znak pokoju. Jako pierwsi, nie licząc mego klanu, przyłączyli się do Nowego Kodeksu. W ramach przyjaźni z wilkami Theorrnarr, wódz Tremere, zaproponował wilkom, że nauczą ich panować nad ich darami. To znaczy tych wilków, którzy…
- Tu schody kończą się – przerwał Uriel.
Znajdowali się teraz ku wejściu do dużego korytarza, oświetlonego przez palące się na żyrandolach świecach. Nad głową Irvinga przeleciał jakiś ptak. A raczej sowa – puszczyk.
- Heh – Irv zaśmiał się w duchu – Mój kolega z Bractwa Uroborosa powiedział mi kiedyś, że nordmandzkie wilki wierzą, iż puszczyk oznacza czające się gdzieś niebezpieczeństwo. Nieważne. Jesteśmy u celu naszej wizyty.
Mówiąc to wskazał na przeciwległe, drewniane drzwi w korytarzu naprzeciw tego. Poznał je spoglądając na charakterystyczną klamkę w kształcie głowy Tremere.
„Gabinet rektora”, pomyślał Irv i ruszył w jego stronę. Już po chwili był pod drzwiami i trzema szybkimi ruchami pięści uderzał w drzwi.
- Wejść! – odpowiedział mu donośny i opanowany głos. Irving rozpoznał w nim scomandrycki akcent.

Drzwi otworzyły się, a nosferacki mag wszedł do pomieszczenia. Pokój urządzony był elegancko i arystokratycznie, w stylu typowym dla Tremere. Za biurkiem, odwrócony do Irvinga stał dobrze zbudowany, przystojny, ubrany w szkarłatną szatę wilk. Na oko miał tyle lat co jego niespodziewany gość. Wąsy zwisały mu bezładnie z twarzy, zaś on sam obserwował przez okrągłe okno zachodzące nad oceanem słońce.
- Irving – rektor Hex, ha’shet i syn Theorrnarra zdecydował się przemówić – Nie sądziłem, że cię jeszcze ujrzę.
- Wzajemnie.
- Ha, jak zwykle w twym głosie rozbrzmiewa nuta cynizmu. Po co ta złość, mój przyjacielu – mówiąc to odwrócił się i spojrzał Irvingowi w oczy. Nosfer nigdy tego nie lubił – jego świdrujące oczy zawsze go irytowały.
- Przybyłem tu, aby oznajmić, iż żyję. Oskarżenia wobec mojego brata są niesłuszne.
- Hm? Doprawdy? Jednakże Wielki KalKil oraz świętej pamięci Joheru zarzekali się, że widzieli strzałę tkwiącą w twoim sercu. A także, że pochowano cię na Czarnych Mokradłach.

„Nie wiedziałem, że Joheru zginął”, pomyślał Irv. Hex tymczasem obszedł powoli gabinet, zatrzymując się przed obrazem swego ojca.
- To nie Fargoth wbił mi tą strzałę. Jakieś wilki usilnie starają się mnie zabić.
- Akolici – odpowiedział wolno rektor, co zmroziło Irvingowi krew w żyłach.
„A więc jednak coś wie. Moja hipoteza się sprawdza”.
- Chodź ze mną – polecił mu w pewnej chwili Hex.
Irv, zbity z tropu, szybko się opanował i ruszył za wychodzącym rektorem. Szli wąskim korytarzem, obserwując przez prostokątne okna, jak kruki latają wokół murów zachodniej wieży. Idąc szaro drewnianą, skrzypiącą podłogą natknęli się na błękitne świetliki wiszące w powietrzu, prawdopodobnie zgubione przez jakiegoś ucznia. Rektor chwycił obiema rękami jednego z nich i zaczął go potulnie gładzić.
- Wiesz jaka jest istota i znaczenie magii, Irvingu?
- Zamierzasz mi teraz zrobić test z magioznastwa? O co ci chodzi??
- Magia – rektor począł mówić, wcale niezrażony drwiną Nosfera – jest sztuką manipulowania siłami tajemnymi. Jest mądrością, potrafiącą odpowiedzieć nam na pytania, nad którymi nadal głowią się scomandr i wilki. Bo scomandr wcale nie są tak bardzo inne od wilków, możesz mi wierzyć. Magia to w końcu potęga, która zbliża wilki nią władające do bycia niczym… bogowie.

Irv poczuł narastające w nim ciepło. A raczej złość Uriela. Hex natomiast wypuścił świetlika z objęć, a ten wrócił do odlatującej chmary jego pobratymców. Has’heci kontynuowali przechadzkę. Niedługo potem natknęli się na schody, co okropnie sfrustrowało Irvinga. Miał już po dziurki w nosie wspinaczki po schodach.
- Magia to sztuka, mądrość i potęga. Wie to każdy adept. A więc powiedz mi, rektorze, o znaczeniu magii.
Hex, który do tej pory stawiał nogi na kolejnych stopniach, zatrzymał się teraz i odwrócił się. Jego wzrok znów począł świdrować nosferackiego maga.
- Naszym celem jako magowie jest własne udoskonalanie. Nieustanne dążenie do doskonałości. Musimy pielęgnować nasze moce, niczym młodą jabłoń, tak aby w przyszłości wydała soczysty owoc. A tym owocem będzie władza. Władza nad całym światem.
- I w tym celu Kolegium wykorzystuje Korpus, tak? – teraz to Irv wściekle patrzył w oblicze rektora – Kolegium dostarcza alchemikom rzadkich surowców do mutacji potworów. W zamian Korpus Alchemiczny tworzy dla magów środki wzmacniające. „Arcymikstury, dzięki którym magowie rozwiną w pełni swoje moce”, tak? Przecież tak napisałeś właśnie w liście do Asparo, prawda!?

Przez moment zdawało mu się, że widzi w oczach Tremere przerażenie. Ale tylko przez moment.
- Myślisz, że wszystko już wiesz, tak? – wysyczał, a jego oczy zapłonęły gniewem – Chodź ze mną.
- Cała Rada jest w to wmieszana?? W te wasze ciemne sprawki? – Irving pytał dalej, idąc równocześnie za Hexem.
- Asparo kieruje Korpusem. I tak, uprzedzając twoje pytanie, to za jego sprawą alchemicy przesyłają nam ulepszoną wersję Krwi Bogów.
- Krew Bogów! Bogowie przy mallahach tą nazwę kiedyś wspominali!
- To właśnie ten wasz środek, tak? A co z Lerrinem II, suwerenem Morrawaru?
- To tchórz – prychnął w odpowiedzi rektor – Na Wielkiej Wojnie dzielny woj. I wspaniały strateg, ale nigdy nie rozumiał magii. Jak większość Morrawarczyków, boi się jej. Zrobi wszystko, co każę mu ja albo cesarz.
Ich wędrówka skończyła się, gdy natrafili na klapę umieszczoną w suficie. Hex jednym niedbałym ruchem dłoni sprawił, że kłódka puściła. Pchnął klapę do góry, dzięki czemu Irv mógł ujrzeć wnętrze pomieszczenia, do którego został sprowadzony. Zobaczył jednak tylko chmury zawieszone na błękitnym niebie. „Wyprowadził mnie na otwarty teren. Już czuję co się szykuje” – pomyślał, wychodząc przez otwór. Znajdowali się bowiem na szczycie środkowej wieży, największej i najpotężniejszej. Irving rozejrzał się. Na wchodzie dało się zauważyć zarys Wybrzeży Morrawarskich. Obróciwszy się zaś do tyłu, wydawało mu się, że spostrzegł lodowe pustkowia Azurry.

-A więc jesteśmy- oznajmił rektor, patrząc na daleką i odległą północ, na dalekie wzgórza Nordmandii.
- Nie ściągnąłeś mnie tu by podziwiać widoki.
- Oczywiście, że nie – tremeryjski ha’shet po raz kolejny zaszczycił go swoim spojrzeniem – Postanowiłem złożyć ci propozycję. Radziłbym ci ją przemyśleć, zanim odmówisz.
- Daruj sobie te gierki. Chcesz mojej współpracy, tak? Myślisz, że dołączę do grona zwolenników tego co robisz z Korpusem? Ha, jak wielu magów przystało na tę twoją propozycję, co??
- Bardzo wielu. Oni rozumieją lepiej od ciebie, Irvingu, że nadchodzą zmiany. Dla magów bardzo korzystne. Bowiem to magowie będą już niedługo sprawować pieczę nad światem. Temu służy współpraca z Akolitami i alchemikami. Bo ja oraz ci magowie, którzy mnie rozumieją, zamierzamy odnowić dawną, zapomnianą potęgę. Zamierzamy być bogami, władcami przyszłego świata!
- Wszystko to bardzo piękne – Irv uśmiechnął się szyderczo – Dopóki ktoś wam nie przeszkodzi. Mój brat ma na pieńku z Akolitami i jest już na ich tropie. A ja też nie zamierzam bezczynnie siedzieć i patrzeć co robisz z Kolegium.
- Jaka szkoda. A więc wiesz co cię czeka – na te słowa Hex powoli wyciągnął rękę, co utwierdziło Irvinga w pogotowiu. Ten jednak nie rzucił zaklęcia, lecz sięgnął zza pazuchę. Po chwili trzymał w ręku średniej wielkości, okrągły flakonik z czerwoną jak krew substancją.
- Destylowana Krew Bogów. Wzmocniona poprzez Hydragenum – Hex przyłożył usta do wylotu szkła, by zaraz potem paroma łykami go opróżnić – Najnowszy wynalazek Korpusu.
Całe jego ciało poczęło zachodzić przemianom fizycznym. Na twarzy pojawiły się pęknięcia, początkowo małe, z czasem jednak robiły się głębsze, aż cała facjata pokryła się czerwonymi żyłami. To samo zaczęło następować na całym ciele. Jego źrenice, do tej pory czarne, nabrały koloru szkarłatnego. Po chwili krew z nich wytrysnęła, tak samo jak z uszu i z ust. Irving i Uriel przyglądali się temu z niemałym wstrętem.

- Nauczę cię prawdziwego znaczenia magii – rzekł rektor, odzyskując kontrolę nad sobą, po czym, z niewyobrażalną szybkością wystrzelił w Nosfera grad czerwonych błyskawic. Irvingowi tylko szczęściem udało się uskoczyć w bok. Za drugim razem obronił się wyczarowaną przez siebie tarczą, która po uderzeniu w nią zaklęciem Hexa rozpadła się na tysiąc kawałeczków. Irv poleciał w tył, a rektor szykował się w międzyczasie do kolejnego czaru. Tym razem jednak jego przeciwnik był przygotowany – odbił zaklęcie swoim własnym, po czym szybko wyciągnął miecz i z całym impetem uderzył na rektora. Lecz w ostatniej sekundzie, gdy myślał, że dosięgnie brzucha, jego ostrze natknęło się na żelazny drąg.

Hex wykonał ruch za ruchem – odrzucił miecz, uderzając w dłoń, a następnie drugim końcem swej broni przywalił Irvingowi w krocze. Nosfer zawył z bólu, lecz nie poddał się. Przywołał miecz do siebie i w porę uniknął ataku rektora. Zrozumiał jednak, że taka walka nie ma sensu, więc zdecydował się na coś szalonego.
- Irving, co robisz ty?? – spytał Uriel, gdy jego nosiciel wskoczył na basztę i zauważywszy, że przeciwnik przywołuje kolejną błyskawicę, wyskoczył przed siebie. Poczuł jak powietrze napływa mu do uszu. Czuł się taki wyzwolony. Już bał się, że sztuczka się nie uda i że roztrzaska się o skały u podnóża fortecy, ale znów szczęście go nie ominęło – wyciągnął ręce przed siebie i czubkami palców uczepił się baszty zachodniej wieży. Westchnął przeciągle i resztkami sił wdrapał się do góry. Jakież było jego zdumienie gdy spostrzegł, że jest otoczony przez tuzin magów pokrytych czerwonymi żyłami.

Pojawili się dosłownie znikąd. Poznał wśród nich Mevę i guślarkę, z którą rozmawiała. Poznał wśród nich Rorana, zaufanego informatora Aardona. Poznał też dwójkę magów, na których twarzach się zatrzymał. Wnet przypomniał sobie skąd ich zna – to oni nieudolnie czyhali na jego życie przez ostatnie dni. I w końcu poznał Huanę, dawną kochankę Fargotha.
Jeszcze bardziej się zdumiał gdy bez żadnego urazu wylądował wśród nich retor Hex. Wszyscy patrzyli na niego swoimi martwymi, szkarłatnymi ślepiami. Zaraz potem, bez żadnego ostrzeżenia, z ich rąk w stronę Irva wyleciały macki czerwonej energii, wbijając się w niego z każdej strony. Począł zwijać się z bólu, dusić się, łzawić i pocić. Nie mógł nic zrobić.
- Popatrzcie – powiedział powoli Hex, a na jego twarzy odmalowała się chora satysfakcja – To stanie się z tymi, którzy nie uznają naszej potęgi.
- NIE!!!!

***

- Czy wiesz co zrobiłeś Urielu??
- Wiem. Wyrwałem zasłonę do Nieba i spuściłem do świata śmiertelników czystą esencję magii.
- Czy wiesz jaka kara cię czeka??
- Wiem.
- Dlaczego to zrobiłeś??

- Ich świat… taki cielesny jest. Taki fizyczny. Wilki odkryć tajemne moce starają się, w nie wierzą, ale… prawdziwej magii nie poznały nigdy. Nie mogłem patrzeć na ich bezmyślne rytuały więcej, gusła i żałosne imitacje czarów. Musiałem na poznanie tej wspaniałej mocy dać im szansę. Musiałem… Po prostu musiałem…

***

- NIE!!!!- ryknął swoim donośnym, grubym głosem Uriel, przejmując całkowicie kontrolę nad ciałem nosiciela. Jego oczy zapłonęły złotym, gniewnym ogniem, by po chwili zacząć przyglądać się zlęknionym magom. Nawet rektor, do tej pory opanowany, teraz patrzył z niedowierzaniem na ten akt wściekłości i złości.
- Służy magia nie ku temu!! – ryczał mallah, zaraz potem zabijając jednego z wilków Hexa czystą energią – Nie po to na wasz świat zesłałem ją!! – znów wyciągnął rękę Irvinga i złota błyskawica poleciała w jednego z magów, rozbijając mu czaszkę – JAM MALLAH Z NAJWYŻSZEGO KRĘGU. JAM URIEL JEST! JAM OPIEKUN WSZELKIEJ MAGII JEST. I PATRZYŁ BEZCZYNNIE NIE BĘDĘ, JAK DARY ZATRUWACIE, KTÓRE WAM ZESŁAŁEM!!!

Poplecznicy rektora padli jak muchy po wybuchu energii z ciała Nosfera. Dwaj z nich wypadli za basztę, a ich ciała bezwładnie poleciały w gąszcz drzew. Tylko sam rektor utrzymał się na nogach, kołysząc się w jedną i drugą stronę. Lęk na jego twarzy szybko minął, zamieniając się w dziwny uśmieszek.
- A więc nie tylko ja zyskałem ostatnio silnych sprzymierzeńców. Mallah? A to ciekawe. Ty i on bylibyście wspaniałymi bogami. Mówię to po raz ostatni: dołączcie do nas.
W odpowiedzi otrzymał grad białych błyskawic sypiących się z nieba w odpowiedzi na ryk Uriela. Jego nosiciel skierował rękę do przodu, podobnie jak przeciwnik. Chwilę później dwie energie, złota i czerwona, zderzyły się ze sobą, posyłając na boki widoczne ślady magii. Część z nich uderzyła w ściany głównej wieży, w skutek czego gruz, niczym wodospad, zaczął sypać się po czarnych murach, zlatując na sam dół fortecy.
Żaden z rywali nie mógł przeciągnąć szali zwycięstwa na swoją stronę. Każdy z nich chciał wygrać tak samo. Niebiańska i plugawa magia przepychały się, uderzały, plątały ze sobą. Niebo nabrało koloru czerwieni, a pioruny nie przestawały walić w ziemię.

- Uriel!! – wykrzyczał Irving, uwięziony w wymiarze, który bez mallaha przyprawiał go o ból brzucha – Musisz to przerwać… Musimy… uciekać.
- Mam pozwolić. Pozwolić aby otruły swój świat wilki bezmyślne!? Tak jak stało się kiedyś!?
- Musisz… opanować gniew. Musimy… uciekać. Wasze moce… to za dużo dla tego świata…
Hex, zauważywszy, że mallah traci koncentrację, sięgnął po kolejny flakon i opróżnił go. Nie omieszkał przy tym uśmiechnąć się drwiąco. Tym razem jego moc uderzyła w Uriela ze zdwojoną siłą. Ten wciąż miał jednak siły by obronić się przed kontratakiem.
- Uriel… Musimy… uciekać..
- Dobrze… – dopowiedział zrezygnowanym głosem.
- Raz….
Rektor miał już w ręku trzecią buteleczkę.
- Dwa…
Wargami dotykał już jej otworu.
- TRZY!!! – po czym Irv skorzystał z całej dostępnej mocy, by połączyć się z mallahem. Dzięki ich zjednoczonej magii, Uriel skierował energię swoją i Hexa na doszczętnie już rozwaloną ścianę fortecy. Wyrwa w murze przekształciła się teraz w trzymetrową dziurę. Irving i Uriel, korzystając z zamieszania, teleportowali się jak najdalej z obrębu wyspy. Rektor natomiast, zdyszany i spocony, nadal pokryty efektami Krwi Bogów, opadł i oparł się plecami o jedną z baszt.

- To jeszcze nie koniec, Irvingu…

***

- Zawsze mnie ciekawiło – powiedział Aru, wskazując na umieszczony na dłoni Leto sygnet – czemu waszym znakiem jest gryf?
- Gryf to w wierzeniach południowych Azurrczyków bóstwo nadziei i jedności. Syndykat uznał za dobry pomysł, aby użyć tego jako naszego herbu. Jesteśmy nadzieją na jedność między wilkami i scomandr.
- Ooo… A ten pierścień?? Zauważyłem, że twój jest brązowy, a Fargotha złoty.
- Ah, tak – zaśmiał się varrantcki łotrzyk – Kolor oznacza rangę. Brązowy należy do zwyczajnego agenta organizacji. Srebrny przysługuje oficerom oddziałów oraz porucznikom. Złoty natomiast posiadają komendanci danego regionu. Dyplomaci mają unikalne sygnety wykonane z obsydianu.
- Eeeh – żachnęła się Jasmina, spoglądając na tą rozmawiającą dwójkę. Siedziała przy jednym z ognisk, razem z Berungarem, Nirthim i Farem, którzy z apetytem zajadali się rybą. Jej jednak ochota na posiłek przeszła.
- Czego bym nie zrobiła, nie zwraca na mnie uwagi!
- Kto? – spytał Berungar, wycierając chustą palce – Myślałem, że zerwałaś już z Leto.
- Ja przecie gadam o tym kapitanie. Totalnie mnie olewa, ciągle tylko ględzi i ględzi z tym szarodupem.

- Hehe, wiesz – zaczął Nir – Znam Arukara nie od dziś i… cóż, powiedzmy po prostu, że jako kobieta trudno ci będzie zwrócić jego uwagę.
- Zdecydowałaś już ostatecznie, czy chcesz wracać do Twierdzy? – spytał po raz kolejny starszy Morrawarczyk, tym razem bez cienia złośliwego uśmiechu.
- Tak – stanowczo pokiwała głową – Quaxi i tak wymaga odbudowy, a ja raczej im się nie przydam… Może dołączę do ciebie staruszku, w końcu straciłeś kilka wilków… Far, czemu z nami nie pogadasz?
Młody komendant, do tej pory przeżuwający wolno posiłek z mętnym wzrokiem, spojrzał teraz wymownie na swoją rudą przyjaciółkę.
- Słuchaj młody – Nirthi pierwszy podjął próbę rozmowy – Przynajmniej wiesz, że Irv żyje. Teraz łatwiej ci się będzie oczyścić. Twój brat jakby co się za tobą wstawi. Widziałeś zresztą, to wydarzenie chyba go zmieniło… Ciekawe tylko czemu jego gały tak dziwnie świeciły i czemu na początku tak dziwnie gadał…
- Zamiast tak się smęcić – zwróciła się do niego lisica, nie kryjąc łobuziarskiego uśmiechu – pogadałbyś z Gwen. Siedzi taka przygnębiona…


I rzeczywiście na samym krańcu wielkiego obozowiska, przy ledwo trzymającym się ogniu siedziała ich pani snajper. Nie tknęła nic ze swego talerza, tylko martwo patrzyła w płomyki.
- Twój kolega, Azrak, mówi, że ją „zraniłeś”. Czy ty się kiedyś nauczysz? – spytał retorycznie przełożony Leto.
- Nic mnie z nią nie łączy i nie łączyło – zaprzeczył Fargoth, jednak podniósł się i odszedł od ogniska. Jego towarzysze postanowili się zaś nie wtrącać, więc wrócili do swojej rozmowy o Syndykacie.
- Wszystko gra?- spytał Far, stając naprzeciw wilczycy. Ta jednak nie odezwała się ani słowem. Dorzuciła tylko chrustu do zanikającego płomienia.
- Wiem, że się na mnie gniewasz, ale…
- Nie gniewam się. Chciałam przeprosić…
Te słowa całkowicie wytrąciły Fara z równowagi. Dosłownie, bo o mało co nie potknął się o kamień.
- To… to chyba ja powinienem tu przepraszać, nie sądzisz?

- Nie powinnam była tak na ciebie naskakiwać… W końcu tamte twoje „przygody” to przeszłość. Ale kiedy powiedziałeś, że „mam tak od dzieciństwa”….
Far usłyszał jak w oddali świergota wróbel. Zignorował go jednak i powrócił do rozmowy:
- Czyli Mordin tak do końca się do ciebie nie pomylił? – spytał i usiadł obok niej.
- Nie… Nie pomylił się….
Wróbel na dobre rozpoczął swój koncert. Komendant wyczuł jak dołączają do niego inne ptaki. Razem tworzyły naprawdę smutną pieśń.
- Miałam kiedyś brata- zaczęła po dłuższej chwili – Razem z naszymi rodzicami stanowiliśmy dobrą, czteroosobową rodzinę. Mieszkaliśmy na południowych prowincjach Lionne, przy ujściu rzeki Wrrey. Mój brat… był władcą cieni. Zawsze pociągały go rzeczy… tajemne, nadprzyrodzone…
Koncert stał się słyszalny już także dla zwykłych wilków. Wróbel, jaskółka i gil przeszły do następnego aktu.
- Któregoś dnia… to było chyba w nocy…. brat zabrał mnie do stodoły… Mówił, że zauważył mój talent strzelecki i chciałby mi pomóc go rozwinąć. W środku… na drewnianym stole… zauważyłam tusz i narzędzia chirurgiczne. Ptaki zniżyły ton. W lesie przez moment zapanował istny mrok.

- Wszystko co pamiętam z tamtego dnia – powiedziała, a Far dopiero teraz zauważył, że głos zaczął jej się jąkać – to tylko… ból…. cierpienie…. Czułam się jakbym… była ofiarą jakiegoś gwałtu… Nie, to był gwałt…. Brat obracał moje ciało w swoich palcach, nożem chirurgicznym… wycinał mi ślady na poszczególnych fragmentach, a następnie… zamalowywał mi tuszem – z jej oczu poleciały łzy gdy to mówiła – Czułam się wtedy jak rzecz… jak nic więcej… tylko rzecz. W końcu brat próbował przyzwać coś z sheolu… ale ta energia była chyba dla niego zbyt silna…. Widziałam jak jego skóra pod okiem się rozrywa… Chwilę potem uciekł, właściwie to wtedy gdy do środka wszedł nasz ojciec… Gdy zobaczył mnie nago…
Ptaki zakończyły śpiewać i odleciały ze swoich drzew. Fargoth zaś siedział, ze zmrożoną krwią w żyłach i dopiero gdy zdołał w miarę możliwości oprzytomnieć, zauważył, że Gwen płacze. Bez słowa padła mu głową na kolana i przytuliła mocno. Objął ją. Nie odezwał się ani słowem, tylko gładził jej włosy.

***

Grix siedział, pogrążony w myślach, na bezdrzewnym pagórku, nad jeziorem rozciągającym się u podnóża Wzgórz Zefira. Bacznie obserwował swoje odbicie w wodzie, nucąc przy tym smutną, varrancką piosnkę. Myśli kłębiły się w jego głowie jak szalone:

- Co teraz robić!? Nie wpadać w panikę! Ojciec tego uczył… ojciec by wiedział… podły sukinsyn. Najpierw krew Giovannich, skutek tylko taki, że Grix wyglądał młodziej. Później? Eksperymenty, eksperymenty… z krwią Asamitów, z krwią Malkavian… Najgorszy okres… Tyle bólu i gorączki… Ojciec bił batem… Sukinsyn! Raz na jakiś czas małe dawki krwi Gangrel, synku! Miałem 8 lat… to wtedy poznałem Darkiego… Ojciec zaimplikował… oh! takie mądre słowo! Zaimplikował ostatnią – swoją krew. Wszczepił mi siłą macki sheolu. Nadal czuje jak elektryzują mi mózg…. Podły sukinsyn, kochany tata. I w końcu Kamień – dar od Akolitów, to po to mnie hodował. Bym go przyjął. Akolici tak chcieli, obiecali mu słodką Krew… taką piękną…
- SUKINSYNY!! Jego ryk rozniósł się po całym jeziorze, strasząc pobliskie kaczki i łabędzie. Poczuł niekontrolowany głód, ale nie mógł zjeść – rano upolował kuroliszka. Wystarczy. – Co teraz? Ojciec, tatuś… chciał, żeby był doskonały… To mój cel. Doskonałość… Jest tylko jedno źródło doskonałości, Krew Bogów. Ale sam jej nie zdobędzie.
Nagle usłyszał przeciągły jęk. Zerwał się na równe nogi i pobiegł w stronę wschodniej plaży. Znów go usłyszał. Zirytował się i gdy prawie stracił kontrolę, skrył się za drzewem.
- I co nam to dało, Urielu? – mówił brązowy wilk, w samych tylko spodniach. Jego koszula suszyła się na pobliskiej gruszy.

„Gada sam do siebie. Może to nasz brat?” – Grix zaśmiał się w duchu.
- Tak, wiem. Poznaliśmy Krew Bogów. I potwierdziliśmy, że Kolegium i Korpus z niej korzystają. To Akolici sprawują chyba nad nią pieczę… Ale co nam po tym, skoro nie wiemy gdzie oni są??
- Ja wiem – czerwony pies odezwał się głośno i wyszedł z kryjówki. Irving w pierwszej chwili wyciągnął rękę, a z jego dłoni poczęła emanować energia.
- Kto ty?!
- Twój sprzymierzeniec – Grix uśmiechnął się, choć był to uśmiech szkaradny – Znam odpowiedzi na twe pytania. Wiem gdzie są ci których szukasz – tu zawiesił głos, myśląc czy dobrze robi. Stwierdził jednak, że skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B.
- Mogę cię zabrać do nich. A także do ich Mistrza.

„Bo tam gdzie Mistrz… Tam i Krew Bogów”.

by Rayman
Czerwiec/Lipiec 2011