Jak powstawał pomysł na serial


Serial „Władca Cieni” to produkcja, której geneza sięga znacznie dalej, niźli jako scenariusz do mechinimy wykonanej w grze The Sims 2 (dla laików, machinima to film wykonany przy pomocy gry komputerowej).

Na czym opierałam się, tworząc scenariusz do WC? Oczywiście bazą pomysłów były moje wcześniejsze „tworzywa”. O mojej „przyjaźni” z fantasy można uznać rok 1994, kiedy to panowała moda na „Króla Lwa”. Chociaż zaraz zaraz… W sumie za fantasy nie przepadam – nie lubię jednorożców i nigdy nie czytałam Tolkiena, ale za to urzekły mnie historie związane z XIX-wiecznymi powieściami gotyckimi – wampiry i wilkołaki. To byty, które z tego całego motłochu cenię sobie najbardziej. No dobra? Ale gdzie w „Królu…” jednorożce czy wampiry??? Zacznę może od początku…

Już jako dziecko lubiłam pisać i wymyślać różne historyjki. W filmie „Król Lew” zafascynowała mnie postać hieny Shenzi, co w języku suahili oznacza „okrutny”. Szkoda tylko, że za każdym razem te biedne hieny musiały po zadach dostawać… W każdym bądź razie wielkie zębiska i podkrążone oczy zainspirowały mnie do powstania moich (nie pierwszych wprawdzie) postaci zwierzęcych w opowiadaniach. Tak postały belozaury – stworzenia wyglądające jak połączenie dinozaura i hieny. Niestety, do dzisiejszego dnia nie zachowały się chyba żadne rysunki z tego okresu.

Akcja działa się w prehistorii. Pewien belozaur o imieniu Banzai (oczywiste zapożyczenie z „Króla…”) nie mógł znaleźć sobie miejsca w swoim stadzie, chyba dlatego, że był jakąś fajtłapą…. W każdym bądź razie stado go wypędziło. Gdy dorósł – mścił się za wyrządzone krzywdy. Oj, bardzo się mścił! Nawet doktor Hannibal z „Milczenia owiec” by się nie powstydził. Do czasu, dopóki nie poznał córki przewodnika stada – Keiko (imię zapożyczone z anime „Yattaman”). Trochę się opamiętał, ale oczywiście Kliko została porwana przez złego, innego wygnańca stada, czarnego belozaura o imieniu Nil’hi (imię zapożyczone z jednej z powieści Alfreda Szklarskiego. W języku indiańskim oznacza „wiatr”). Banzai ją uratował, po czym odeszli daleko od stada i żyli długo i szczęśliwie.
Ciekawostką jest, że belozaury wiedziały, co to aparat fotograficzny :)

Czemu o tym wspominam? W tym okresie zatliła się moja miłość do wilków. A to za sprawą anime „Księga Dżungli” z 1989 roku, które w Polsce było nadawane na kanale Polonia 1 (dubbing francuski). Do dziś uważam, że disneyowska wersja „Księgi…” do pięt nie dorasta tej japońskiej. Strukturę wilczego stada oraz funkcje jego członków wykorzystałam w opowiadaniu o belozaurach.

Potem zrezygnowałam z postaci zwierzęcych na rzecz absurdalnej (jak na to dziś patrzę) powieści o gangu motocyklowym. Cóż, należy podkreślić, że te bohomazy pisałam wieku lat 12.
Akcja działa się w USA, w Nowym Orleanie stanu Luizjana. Bohaterem powieści był niejaki Jerry Dowson, 15-latek z dobrego domu, który nie wiedzieć czemu, popada w poważne konflikty z prawem. Trafia do poprawczaka, skąd ucieka z poznanym tam kolegą. O ile pamiętam, miał na imię Kevin i trenował wschodnie sztuki walki (inspiracja filmami z Brucem Lee, a jakże!). W końcu do Jerrego przyłączają się jego siostra Kimberly oraz jej chłopak, Jason. Był jeszcze niejaki Charlie. W sumie było ich wszystkich siedmiu „wspaniałych”. Stworzyli gang motocyklowy, zwany Hawks (Jastrzębie). Jeździli wypasionymi harleyami i posiadali sprzęt rodem z „Ghost in the Shell”, ale skąd mieli na to hajs? Pojęcia nie mam xD
Ostatecznie Jerry znalazł sobie dziewczynę, której tatuś był wysoko ustawiony i jakoś mu się upiekło… Taki był zamiar, bo na szczęście powieści nie dokończyłam ^^.

Wspominam o tym, gdyż pojawia się tu po raz pierwszy imię „Jerry”. Imię to będzie mi towarzyszyć w późniejszych pisadłach, by w końcu we „Władcy Cieni” stać się Jerremusem – postacią całkowicie różną od idiotycznego Jerrego Dowsona.

Po niedługim czasie powróciłam do postaci zwierzęcych. W mojej małej ślicznej główce zatlił się pomysł stworzenia książeczki z obrazkami, której bohaterami byłyby wilki. Ale nie takie zwyczajne. I znów wtrąciła się inspiracja – tym razem serialem „Buffy, postrach wampirów”. Trudno było się nie zachwycić przerażającą charakteryzacją. Wampiry w „Buffy…” należą bowiem do jednych z najlepszych filmowych wyobrażeń o wampirach. Zachwycona byłam zwłaszcza postacią Darli graną przez Julie Benz. Bożyszcze Angelus już mniej odpowiadał moim wampirzym ideałom.

Powracając do mojej historii o wilkach, wśród tych zwierząt żyły wilki przeklęte, wampiry. Bajka ta przypominała jednakże bardziej love story, niż coś strasznego. Zachowało się nawet całkiem sporo rysunków z tej historii (rysunki pochodzą z końca podstawówki, początku gimnazjum).


 

Nastał okres okres, gdzie pisałam poważniejsze rzeczy, nie związane w żaden sposób z późniejszym WC, więc nie będę się rozpisywać.
Wspomnę tylko, że znów pojawia się coś w rodzaju postaci Jerrego, tym razem o imieniu Jarek. Pojawia się także kilka, całkowicie świeżych i równie ważnych dla mnie postaci. Nie mają one jednak odzwierciedlenia w serialu WC.
Opowiadanie o tychże postaciach zdobyło parę nagród w ogólnopolskich konkursach literackich. Będąc na studiach, udoskonaliłam je i wykonałam rysunki w technice węglowej.

Do tworzenia o postaciach zwierzęcych pewnie bym już nigdy nie wróciła, gdyby nie gra The Sims 2, w którą od lat lubię zacinać. W jedynkę też lubiłam, ale dopiero dwójka dała wiele możliwości twórczych. Pewnego dnia obejrzałam sobie przypadkowo filmik zrobiony przy pomocy The Sims 2 i przeraziłam się (to było istne badziewie). Pomyślałam sobie „czemu nie, spróbuję wycisnąć z simsów co się da. Pozmieniać wszystko, by nie wyglądały jak simy”. Chyba się udało :) W końcu od jakiegoś czasu projektowałam już swoje dodatki.

Pozbierałam, materiały, odgrzebałam stare pomysły i stworzyłam ramowy scenariusz. Minęło parę miesięcy, nim przystąpiłam do nagrywania pierwszych scen WC. Powstało wiele projektów wilków, które pozostały niewykorzystane. Pierwotnym głównym bohaterem miał być oczywiście Jarremus. Ostatecznie jednak dodałam mu trochę lat, a główne miejsce przyznałam jego synowi, nieco szalonemu przygarniętemu wilkowi. Warto wspomnieć, iż postać Shadou miała na imię Tony i była to postać inspirowana wieszczką Yolą z powieści Andrzeja Sapkowskiego „Wiedźmin”. Tony był wilkiem, który nie potrafił odróżnić rzeczywistości od świata ułudy i świata zmarłych. Ta umiejętność pozostała w postaci Shadou (umiejętność wiedzenia krainy zmarłych, sheolu).

Uznałam, że Tony to głupie imię, zbyt amerykańskie. Trzeba było je zmienić. Wybór był trudny. Imię musiało współgrać z jego funkcją. Zostało Shadou – nazwa serialu pojawiła się zaraz potem.

A co z porucznikiem? Zabawne, ale aż do pierwszych scen serialu miała to być poboczna postać. Zmieniłam zdanie, a właściwie narzucił mi go dziurawy scenariusz. Znów poprawki (z resztą, w trakcie całego serialu pojawiało się ich całe mnóstwo).

Najpoważniejsza zmiana w scenariuszu dokonała się po ingerencji z zewnątrz. Dyskutując na YT z Raymanem, pojawił się pomysł wprowadzenia postaci jego pomysłu. Dziś jestem mu niesamowicie wdzięczna, bo bez Fargotha serial byłby sporo uboższy. Choćby w barwne słownictwo xD Tak Shadou i Nirthi zyskali towarzyszy. Towarzyszy – bo Lua i Azrak pierwotnie nie mieli brać większego udziału w serialu.

Obecnie serial doczekał się również czegoś w rodzaju alternatywnej historii. Opowiadanie Raymana pt. „Krew Bogów” możecie znaleźć w zakładce Wasza Twórczość. Rozdziały te tworzone są równolegle z nowopowstającymi odcinkami serialu WC.